Ach, te dzieci…

July 31, 2012 12:01 am

Rodzicielstwo względem dzieci, które już wyszły z Domu i są samodzielne, to inny rodzaj rodzicielstwa. Czas dumy, radości stawania się teściami (?), dziadkami, doradcami…

Czasem – to czas konfrontacji z życiem innym niż nasze oczekiwania: odchodzenie od wiary, wybory, których nie możemy zaakceptować, odrzucenie, pretensje, na które nie zasłużyliśmy…

A jednak, gdy rozmawiam z takimi rodzicami, zawsze na nowo mnie zachwyca ich nieskończona miłość, cierpliwość i wiara, że dzieci wyjdą na prostą, że przyjdzie czas, kiedy ich bunty się zakończą i wrócą na drogę wiary.

Dzięki nim lepiej rozumiem miłość Pana Boga, który nigdy nie odwraca się od swojego dziecka, zwłaszcza takiego, które zbłądziło.

Otaczam Was szczególną modlitwą, kochani Rodzice, którzy cierpicie z powodu wyborów waszych dzieci. Wasze dzieci, są dziećmi Boga, który je kocha jeszcze mocniej niż Wy.

Ciągle w drodze,

homo transitus 😉

Gateway to the West

July 30, 2012 7:46 am

Ostatnie duże miasto przed wyprawą na Dziki Zachód żegna wszystkich wyruszających w podróż znakiem nadziei – tęczą (znowu zagadka: gdzie jestem?).

Znak nadziei – Boga, który jest wierny swojemu przymierzu z człowiekiem. Warto sobie często uświadamiać, że jesteśmy Jego dziećmi. Zbyt często pozwalamy, żeby to drugi człowiek określał nasz status – jedynie w relacji do człowieka. A przecież to Bóg zaprosił mnie do życia. On mnie wezwał. On tylko wie, do jak wielkich rzeczy jestem powołany. On nadaje właściwą perspektywę memu życiu.

Gdy robiłem zdjęcie, ktoś zrobił zdjęcie mnie. Czy może się ksiądz kojarzyć z nadzieją?

Fr Jay

Pain is the weakness leaving your body

July 29, 2012 1:41 am

Taki napis ma na koszulce Ks. Biskup Ordynariusz diecezji w której jestem (czy ktoś już zgadł, gdzie?), który przebiegł 18 maratonów i codziennie jego diecezjanie mogą go spotkać rano na biegowych ścieżkach. Dziś biegł w towarzystwie jednego seminarzysty i znajomego księdza z Polski ;-). Dystans 7 mil, czyli 11 km.

Rozmowa we trzech o bieganiu, a gdy po 3 milach seminarzysta nas opuścił, o Polsce, o wierze, o wyzwaniach, o modlitwie w czasie biegania i chwilach koniecznej samotności.

Biegacze mają swój świat, a biegający księża to osobna podgrupa. Pana Boga można zabrać także i na trasy swojego miasta i oplatać je modlitwą.

Po wczorajszych odwiedzinach Muzeum Abrahama Lincolna, gdzie w czasie lata w każdy piątek i sobotę można przez kilka godzin towarzyszyć życiu Prezydenta (którego rolę gra jego sobowtór) dziś była okazja poznawać miasto u boku jego Biskupa. Historia uczy. A pociągają przykłady. Historia docet, exempla trahunt. Każda wizyta może wnieść coś do naszego życia.

z serdeczną pamięcią o Was wszystkich

Fr. Jay z…?

Abraham Lincoln,

July 28, 2012 8:45 am

 

mój (od dziś) znajomy, mógł mi poświęcić trochę czasu w swoim przydomowym ogródku, więc rozmawialiśmy z nim i jego żoną o roli wiary i jego osobistej drodze do Boga. (Trochę mi w tym pomogła sutanna, bo zdecydowanie zwróciła uwagę żony Prezydenta, a przez to i jego, co ułatwiło rozmowę).

Potem już trochę czas nas gonił i trzeba było się pożegnać, i to  nie tylko ze mną, ale i z całą rzeszą, która przyszła, żeby posłuchać ostatniego przemówienia przed rozstaniem się z domem i wyjazdem do Waszyngtonu. Cała grupa przeszła na Kapitol, ale ja już nie mogłem, bo goniły mnie inne obowiązki.

Pozostawiłem więc dom Abrahama Lincolna, najbliższe ulice i domy (w takim samym stanie, jak były za jego życia) miasta, w którym spędził 25 lat swojego życia i gdzie pochował jednego ze swoich synów. (Mała podpowiedź – stolica Stanu Illinois).

Muszę przyznać, że Prezydent zaimponował mi wiedzą o sobie samym. 😉 A samo spotkanie i otoczenie pozwoliło mi przenieść się w tamte czasu. Okazuje się, że do tematu MUZEUM BARDZO WAŻNEJ OSOBY można podejść bardzo niekonwencjonalnie.

z pozdrowieniami także od Prezydenta
Fr. Jay 

 

I ty możesz wejść na ścieżkę

July 26, 2012 11:58 pm

Ktoś mądry zauważył, że maratony są straszne, za daleko i za długo, ale … nie ma nic lepszego niż trening do maratonu. I tu pojawia się zasadnicza różnica. Przestań biegać… zacznij trenować. Jeśli już coś robić, to robić to z głową. Trening uczy systematyczności, wytrwałości, odpowiedzialności; docenia nie tylko wysiłek, ale i odpoczynek, który jest także częścią treningu. Podjęcie takiego wyzwania, jakim jest trening do maratonu – to dobra okazja do pracy nad sobą.

Jak wiele osób, które tu spotkałem, startowało w maratonie, półmaratonie czy choćby w biegu na 10 K, jak dużo osób można spotkać na trasach biegowych czy rowerowych, w różnym wieku i stanie zaawansowania, małżeńskie pary i rodziców z dziećmi.

Ale też można im pozazdrościć wspaniałych tras biegowych/rowerowych. Przy osiedlach czy wzdłuż potoku, równolegle do dróg pomiędzy miastami (w rozsądnej odległości oczywiście) można spotkać drogi tylko dla biegaczy/rowerzystów. Ruch motorowy zakazany, trasy świetnie oznakowane, informacje o przeszkodach, itp. Mnie się ta ostatnia szczególnie podobała. Biegnie starym torem kolejowym, więc jest idealnie prosta, równiutka, ze świetną nawierzchnią, oznakowana – i ciągnie się kilometrami. Mnie się udało sprawdzić tylko 15 km tej trasy i końca jej nie było widać. Może więc i to trochę mniej dziwi, że gdy się ma takie wspaniałe warunki, aż się chce coś ze sobą porobić.

Chyba, że się trenuje do maratonu. Wtedy już nieważna jakie warunki, ważne, że wczoraj był dzień odpoczynku a dziś jest czas na … trening.

Fr Jay

Rodeo!!!

July 26, 2012 10:43 am

Nie wiem, jak Wy, ale ja do tej pory kojarzyłem kowbojów z Zachodem (i to tym “dzikim”) – czyli słusznie, ale jakoś tak dziwnie połączyło mi się to z Teksasem (może przez “Strażnika Teksasu”?). Tymczasem Teksas to bardziej południe, a kowbojów można spotkać we wszystkich zachodnich stanach. Także w Utah. A tam, gdzie kowboje, organizuje się Rodeo (ja byłem w Ogden; to najlepsze rodeo w “Wilderness Circuit”: Idaho, Nevada i Utah). Przyjeżdżają na nie załogi z całych Stanów, by startować w typowych dla rodeo konkurencjach, jak np. ujeżdżanie dzikich koni, łapanie na lasso byczków przez dwóch kowbojów (jeden głowę, drugi tylne nogi), łapanie na lasso i wiązanie nóg przez jednego kowboja i chyba najtrudniejsza konkurencja – utrzymanie się przez 8 sekund na byku (tylko jeden dał radę, siedmiu spadło).

Choć widziałem to przynajmniej w kilku amerykańskich filmach, to jednak nic nie zastąpi wrażeń, jakich dostarczył mi ten trzygodzinny pokaz. Zwłaszcza, że mam jakieś wyobrażenie, jak się utrzymać na koniu w galopie ;-). Wszyscy widzowie poubierani stosownie do chwili, od dzieciaczków po starsze osoby. I wszyscy dumni z osiągnięć naszych chłopców, bo to rzeczywiście pokaz prawdziwych umiejętności. I ta także zachwycająca umiejętność dobrze-się-bawienia, dopingu i szczególnego gestu serdeczności wobec tych, którym się nie powiodło.

Jeśli komuś z Was zdarzy się wybrać do USA to warto w swoim programie znaleźć miejsce na rodeo. Naprawdę warto.

Fr Jay

Prawdziwy głód

July 25, 2012 12:08 am

Nie da się zbyt długo żyć bez adoracji Najświętszego Sakramentu. W zeszłym tygodniu, po kilku dniach pobytu w SLC, udało mi się wybrać na 3 godziny do kościoła. Chciałem być jak najbliżej Najświętszego Sakramentu. Jak bardzo potrzebuję być blisko Niego, niewiele mówić, po prostu być z NIM. W Jego towarzystwie wszystko się uspokaja, wraca na swoje miejsce, a mój wewnętrzny człowiek nabiera siły.

Dookoła mnie mnóstwo kościołów. Na każde 360 rodzin przypada jeden kościół. Gromadzą się w nim 3 wards (po 120 rodzin każda). W każdą niedzielę większość z wiernych uczestniczy w trzygodzinnym programie parafialnym, podzielonym na trzy części: liturgiczną, biblijną i spotkania stanowe. Każda ward ma swoje godziny (9-12, 11-14, 13-16). To naprawdę godne podziwu.

Ale nie ma w pobliżu kościołów katolickich. Przynajmniej w takim, żeby się tam dało dojść czy dobiec (bo to też jakaś opcja 😉 ). A mnie tak tęskno do adoracji. Dla nas Najświętszy Sakrament jest miejscem spotkania z najdroższą nam Osobą. Tym, który nas umiłował, który patrzy na nas jak na swoich braci i siostry. Jak bardzo pomaga rozpoznać swoją tożsamość stanięcie przed Nim. Żadna chwila nie jest warta tyle, ile ta spędzona w Jego obecności. Nawet jeśli „w Nim poruszamy i jesteśmy”.

Z najserdeczniejszą pamięcią o Wszystkich z “Przystani”

ks. Jarosław

Parada

July 24, 2012 1:43 am

Wygląda na to, że Amerykanie lubią parady (nam się to kojarzy tylko z 1 maja). Teraz w Utah jest ku temu szczególna okazja, bo od szeregu dni i w różnych miejscach świętuje się przybycie do Doliny Salt Lake pierwszych pionierów, którzy pokonali tysiące kilometrów, by się tu osiedlić.

Muszę przyznać, że doświadczenie jest niezwykłe. Wzdłuż głównej ulicy miasta na przestrzeni kilku kilometrów rozkładają się całe rodziny, bądź na krzesłach, bądź na kocach, by uczestniczyć w trwającym przeszło 2 godziny przemarszu.

Jest to okazja, by pokazać wszystko, co służy naszej społeczności (i oczywiście siebie zareklamować). Byli więc i strażacy, i policjanci, burmistrz i władze miasta, miss Utah i różne szpitale oraz służby zdrowia, szkoły podstawowe i średnie oraz uniwersytet, sklepy i różnego rodzaju propozycje spędzania wolnego czasu (od tańca po wycieczki rowerowe), wolontariaty i stare samochody, żołnierze, którzy byli w Iraku i Afganistanie oraz weterani II wojny światowej, szkolne orkiestry i zespół jazzowy. W sumie prawie 70 różnych grup.

Wspaniale było patrzeć, jak starsze już osoby zrywały się entuzjastycznie, bo przechodzi właśnie „moja” szkoła średnia; jak ludzie reagują, pozdrawiając znane przecież sobie środowiska: jesteśmy dumni, z tego, co robimy, chcemy się tą radością podzielić, chcemy was „zarazić” swoim entuzjazmem. A razem cieszymy się z tego, że tu jesteśmy i to dzięki naszym przodkom, którzy tu przybyli i sprawili, że mamy tu swój dom.

Może to i bardzo amerykańskie, ale chciałbym coś takiego przeżyć w moich Łomiankach.

Fr Jay

 

Jogurt po amerykańsku

July 23, 2012 10:04 am

 

Wybraliśmy się na jogurt. Ale taki po amerykańsku. Czyli do samoobsługowego baru jogurtowego – Self-served frozen yogurt. Do dyspozycji ściana jogurtów…… a potem jeszcze dwie stacje dodatków…

…od owoców począwszy po najróżniejsze słodkie przyprawy.

Spotkaliśmy tam całe rodziny, które zamiast na lody, wybrały się z dziećmi na jogurt. I jak to z obfitością jest pojawia się problem, który smak, a potem jakie dodatki, które choć opisane nic mi w większości ich nazwy nie mówiły Pozostawał więc dylemat, wziąć te, co wyglądają na znajome, czy też eksperymentować i wziąć najbardziej dziwaczne? Może jednak poznawać nowe i to, co nieznane? Tak dla pilnowania szerokości horyzontów. Przynajmniej jeśli chodzi o jogurty i dodatki.
Fr Jay

 

Po gór szczyty

July 22, 2012 1:27 am

Chociaż całe Utah to Rocky Mountains State, i jest położone wysoko, to tym razem przenosimy się znad jeziora w góry, które bardzo przypominają mi nasze Bieszczady.

Zatrzymujemy się w domku na szczycie góry, u siostry Stevena, Stany, i jej męża, Scotta. Planowana jest wyprawa na okoliczne szczyty wokół pobliskiej kotliny. Wyprawa na four wheels, czy po naszemu – na quadach.

Sama przejażdżka była niesamowita, ale największe wrażenie zrobiły na mnie widoki. Góry ciągnące się po horyzont i prawie zero śladów obecności człowieka. Cudowne miejsce na spędzenie czasu w samotności. Po raz kolejny dociera do mnie bezkres tego kraju. Jedzie się kilometrami i nie spotyka się żadnego domostwa czy osady.

Chwytam każdą taką chwilę samotności jak ryba powietrze, bo bez takiego czasu na samotność nie można dobrze przeżyć chwil, które są poświęcone słuchaniu innych.

Fr Jay

Otrzymuj posty przez e-mail

Wpisz adres e-mail

Join 145 other subscribers