upadek

September 9, 2015 5:00 am

Na Mszy Św. podczas rekolekcji w Trzęsaczu jeden z maluszków najpierw ćwiczył gimnastykę na klęczniku obok rodziców, a później postanowił rozszerzyć swój rewir, przechodząc przez nogi, po swojemu – do momentu, gdy upadł. I krzyk. I płacz. Rozpacz.

Może niektórzy uważają za mocno infantylne te moje porównywania do dzieci, ale cóż na to poradzę, że odnajduję siebie w tych zdarzeniach. Bo przecież tyle razy upadłam i upadam w grzechu, w słabości, w kruchości swojej, że patrząc na to z boku, to tylko usiąść i płakać.

Zaraz po upadku mama podnosi dziecko i tuli, głaszcze, całuje. Chce zapewnić o swojej obecności, dać powtórnie  poczucie bezpieczeństwa, bliskości.

Zaraz po upadku, zanim krzyknę (o ile w ogóle), zaciskam zęby, ganiąc siebie, wyrażając dezaprobatę dla samej siebie, dla swojej słabości, ułomności, że jeszcze nie ogarnęłam się, nie wyćwiczyłam, nie poradziłam sobie. Oczami wyobraźni już widzę, jak inni oceniają mnie, już słyszę: „ogarnij się, kobieto – dzieckiem już przecież nie jesteś”.

Prawda. Dzieckiem nie jestem.  Przewiduję konsekwencje swoich działań, swoich wyborów, które często doprowadzają mnie do wewnętrznej rezygnacji. Powoduje to, że chcę sama zatroszczyć się o swoje sprawy, życie brać w swoje ręce – przecież dorosła jestem.

Lecz ciągle mam potrzebę tego poczucia, że jest przy mnie Ojciec, który w tych trudnych chwilach, w tej mojej rozpaczy przytuli mnie, ogarnie, po prostu ze mną będzie. I który ciągle będzie czekał, aż Mu w końcu bezgranicznie zaufam.

 

Dorota

Tags:

Categorised in: Dorota

Otrzymuj posty przez e-mail

Wpisz adres e-mail

Join 149 other subscribers