I tu także

July 12, 2012 9:34 am

Wszędzie jest to samo. Na szczęście. Tak było w Amsterdamie, tak było w Madrycie. Tak jest i tutaj. Jak ludzie widzą księdza siedzącego w kącie, ze stułą, w sali, gdzie ma być Msza św., to kojarzą to jednoznacznie – okazja do spowiedzi. Nawet w Ameryce, gdzie spowiedź w wielu parafiach jest „by appointment” albo w jakiś wyznaczony dzień w miesiącu.

Kolejka jest, ale do Mszy św jest jeszcze sporo czasu, więc można nad każdym się spokojnie pochylić.

Moja „parafia” systematycznie się powiększa. Mimo wczesnej pory Mszy św. tak wiele osób chce rozpocząć dzień od spotkania z Panem Jezusem. Jak dobrze jest być częścią „jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego” Kościoła.

Fr Jay

Salt Lake City, 11.07.2012, 23:37 US Mountain Daylight Time

Miasto z biegu

July 11, 2012 11:19 am

Po krótkiej nocy, choć wystarczającej, wstałem przed 6 rano, żeby obejrzeć sobie miasto, zanim zaczną się nasze zajęcia.

Salt Lake City – nazwane od jeziora Great Salt Lake, często zwane w skrócie Lake City albo SLC – ma niecałe 200.000 mieszkańców i jest stolicą stanu Utah. Zostało założone w 1847 roku przez Mormonów, członków Kościoła Jezusa Świętych w Dniach Ostatnich, którzy stanowią większość mieszkańców Utah.

Zwiedzanie połączyłem z tzw. wycieczką biegową, bo wtedy szybciej się zwiedza.

SLC ma szerokie ulice i raczej jednopiętrowe domy. Tylko hotele i nieliczne budynki wyrastają ponad resztę zabudowy. Najbardziej okazała część miasta związana jest z Mormonami i ich okazałą świątynią, którą budowano przez 40 lat.

Biegnąc dalej pod górę (SLC leży na wysokości 1200 m n.p.m.), dobiegłem do Utah State Capitol, miejsca urzędowania Gubernatora Stanu Utah, która bardzo przypomina White House. Z powodu wczesnej pory nie wpadłem na herbatę. 😉

Po drodze spotkałem wielu biegających. Z jednym pobiegliśmy zwiedzać jeszcze bardzo ładny szlak biegowy w górę potoku. Dostaliśmy w kość, ale było warto.

Do jutra.

Fr. Jay

Salt Lake City, 10.07.2012,18:20 US Mountain Daylight Time

Już po drugiej stronie

July 10, 2012 10:17 am

Długa podróż. Dwie przesiadki. W Monachium godzina oczekiwania, w Waszyngtonie 3. Długie loty (1.40, 8.5, 4.45; a jak dodać jeszcze min 30 min zanim wystartujemy to się jeszcze wydłuża), długa kolejka przed Imigration, długie czekanie na samolot. I potem czekanie na bagaż.

Ale jak tu narzekać, kiedy nie ma innego sposobu, żeby zobaczyć to miejsce… Pozdrawiam w ciągle jeszcze 1-szym dniu mojej podróży, choć dla Was to już drugi.

Z modlitwą

Fr. Jay

Salt Lake City, 10.07.2012, 1:42 a.m. US Mountain Daylight Time

Z dziennika podróży: pakowanie

July 9, 2012 6:35 am

Skończył się intensywny weekend: Kurs dla narzeczonych i Program Ja+Ty=My. Piękny czas, dzielony pomiędzy dwie grupy, spowiedzi, indywidualne spotkania z uczestnikami i modlitwę.

Teraz czas na pakowanie. Limity linii lotniczych, systematycznie obniżających ilość kilogramów, które można zabrać, powodują, że każdą rzecz trzeba obejrzeć kilka razy z pytaniem, czy to aby jest rzeczywiście niezbędne?

Zawsze zabierałem troszkę więcej, bo jak wiadomo, „kto swoje nosi, ten się nie prosi”, ale tym razem idę na radykalizm. Chcę się zapakować w plecak. Wyprawa na miesiąc. Sporo przesiadek, mnóstwo miejsc, które trzeba będzie odwiedzić, częste zmiany miejsc pobytu, różne warunki. Różne środki transportu. Od samolotów przez pociągi, autobusy i samochody, po piesze wycieczki w górskie trasy. Trudno sobie wyobrazić podróżowanie z dużą walizką na kółkach. Do dyspozycji mam 52 litry plecaka “Prophet” (North Face), gdzie oprócz rzeczy osobistych, muszą się zmieścić buty na wyprawy w góry, alba i przenośny zestaw, który moi znajomi nazywają „mały ksiądz”, czyli wszystko, co jest potrzebne do odprawienia Mszy św.

Za niecałe 4 godziny Msza św. w Domu i wyjazd na lotnisko. Pierwszy odcinek to lot do Monachium, przesiadka na samolot do Waszyngtonu, trzy godziny później lot do Salt Lake City, gdzie spędzę trochę czasu. Tam spotkanie rady FertilityCare Centers International, a potem bardzo ważne sympozjum American Academy of FertilityCare Professionals. BARDZO intensywny czas. Ale też i niezwykle owocny. Przyjadą na to spotkanie ludzie, którzy całe swoje życie poświęcili pomocy małżonkom, którzy doświadczyli cierpienia niepłodności. Oni wiedzą, że bez modlitwy, bez Eucharystii, bez osobistej więzi z „Ojcem, od którego pochodzi wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi,” nie ma prawdziwej pomocy. Mam im towarzyszyć modlitwą, posługą spowiednika i sprawowaniem Mszy św. Czy może być większa radość dla kapłana z Instytutu Świętej Rodziny?

Słucham jeszcze raz wytycznych Słowa Bożego: „Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski!” (Mt 10, 10). OK. Nie biorę torby, tylko plecak. Nie bierzcie dwóch sukien – zgadza się, mam tylko jedną sutannę, w której podróżuję, laska – na szczęście i tak nie zmieściłaby się (zresztą nie mam żadnej, a kije do Nordic Walking nie zmieszczą się do plecaka). Gorzej z sandałami. Jadę w butach, bo nie mam przyzwoitych sandałów, ale ostatecznie do plecaka zapakowałem wyprawowe sandały, bo w górach mogą się przydać. Małe odstępstwo.

Już nie mogę się doczekać, kiedy ruszę w drogę. Mój Przełożony przed wyjazdem dał mi błogosławieństwo. I to jest najważniejsze wyposażenie. Jak tylko dolecę odezwę się. Do szybkiego. Zostańcie z Bogiem.

Wasz

X Jarosław

Łomianki, 9.07.2012, 2:16

Uff, jak gorąco

July 8, 2012 5:22 am

Może to dlatego moja sutanna staje się obiektem powszechnych komentarzy.

Czy księdzu nie jest za gorąco w tej sutannie, w takim upale? Czy nie mógłby ksiądz chodzić po prostu w koszuli?

Owszem, jest za gorąco. Czasem chodzę. Np. w pokoju. I śpię też bez sutanny. 😉

To czemu się męczę? Może staram się o jakiś bilans w materiałach na ulicach?  Może lubię trochę tak wspak, tak wbrew, tak na przekór? Może nie lubię anonimowości i lubię się „pokazać”?

Kto wie?

Wczoraj spotkałem się z kolegą. Usiedliśmy na chwilkę żeby porozmawiać. Po chwili podszedł mężczyzna i położył kartkę z nr telefonu i przepraszając, że przeszkadza, poprosił, żebym w wolnej chwili zadzwonił.

Może to dla niego? Może dla Ciebie? Może dla siebie?

X Jarosław

sztuka wizualna

July 7, 2012 5:40 am

Jadąc autem mijam billboard reklamujący bikini. Michał Anioł nie wyrzeźbiłby lepiej, wszystko na swoim miejscu. Zwłaszcza brzuch, płaski jak deska do prasowania, ogłasza światu ideał ciała bez śladu macierzyństwa. A przecież jest mieszkaniem zbyt ciasnym, by  znaleźć w nim “przestrzeń życiową.”

Powinnam podziękować sklepowi, który zainwestował w reklamę. Bo zaczynam myśleć z wdzięcznością o wszystkich ciążowych rozstępach i o centymetrach w pasie, co mimo reżimu nie skrócą się nigdy do figury nastolatki. Bo wszystkie te znaki na ciele przypominają mi największą tajemnicę mojego życia: że można u siebie dać schronienie komuś, kogo przed chwilą jeszcze nie było.

I myślę, ile kłamstwa w tym wizualnym ideale kobiety, którą by można liczyć na sztuki i sprzedawać w sklepie razem z bikini. I myślę też, o ile byłybyśmy wewnętrznie bardziej wolne i bogate, gdyby nie rozdawano za darmo takich obrazków.

Małgosia

ze szpitalnej sali

July 6, 2012 12:31 am

“Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają.” (Mt 9, 12)

Towarzyszę od wczoraj rano najmłodszemu synkowi w szpitalu, od trzech dni bowiem walczymy z gorączką i biegunką. I rzeczywiście, bardzo potrzebujemy teraz lekarza. Do skutecznej walki z chorobą. I takich jak my jest tu naprawdę wielu. Lekarze wydają się być kompetentni, ale brak poprawy irytuje.

Proszę Cię więc, Panie, aby ci, którzy wybrali zawód lekarza, mieli w sobie coś z Twojej troski i współczucia, coś z chęci przychodzenia z pomocą tym, co się źle mają. Proszę i za chorych – by nie brakło im ufności i nadziei w trudach choroby.

Tak często wszyscy bywamy Twoimi pacjentami w potrzebie.

Dosia

zaufanie w akcji

July 4, 2012 5:45 am

Jestem tak przekonany o tym, że czuwasz nad ufającymi Tobie, że postanowiłem przeżywać przyszłość bez żadnej troski i powierzać Ci wszystkie moje lęki i smutki”.

Tak pisał święty Klaudiusz de la Colombierre, przyjaciel i kierownik duchowy św. Małgorzaty Marii Alacoque. A ja przed kolejnym dniem staram się widzieć lessons learnt z poprzedniego: że samo mówienie Panu Jezusowi o tym, że Mu ufam, może się mijać szerokim łukiem z codzienną praktyką.

Bo ufać – to znaczy także w odpowiednim momencie przyznać, że się nie dało rady i poprosić o pomoc. Ufać – to umieć nagle zmienić plany, gdy sytuacja tego wymaga, bo to tam, w nieprzewidzianej wersji B, właśnie Go spotkam. Dać drugiemu człowiekowi sobie przeszkodzić, czegoś chcieć ode mnie zupełnie “nie w porę”. Coś stracić (wtedy jeszcze nie wiadomo, że zyska się w zamian coś zupełnie innego). Przełknąć rozczarowanie.

Ewangeliczna beztroska nie jest całkiem prosta. „Dorosły” w nas ciągle wierzy, że wie lepiej i poradzi sobie sam. Dopiero „dziecko” zdaje się na Ojca, który kocha bezgranicznie… i wie więcej. Nie robi krzywdy. I cierpliwie tłumaczy życie.

Małgosia

Kiedy nie można nic powiedzieć,

July 3, 2012 5:45 am

bo nie wiadomo, jak to powiedzieć, albo nie ma takiej możliwości, to zawsze można zawrzeć to, co najważniejsze, w uśmiechu.

Św. Urszula Ledóchowska zalecała swoim siostrom stosowanie tego najprostszego apostolstwa: “Podaję wam tu rodzaj apostolstwa, które nie domaga się od was ciężkiej pracy, wielkich umartwień i trudów, ale które szczególnie dziś, w naszych czasach, bardzo jest pożądane, potrzebne i skuteczne, mianowicie apostolstwo uśmiechu.”

Jak dobrze jest uśmiechnąć się do dziecka i jego mamy, do starszej pani mijanej w czasie spaceru, na widok wracającego z pracy męża, czy do żony, która zajęta czymś czuje na sobie Twój wzrok. A teraz możesz po prostu się uśmiechnąć, żeby poczuć na swoich policzkach jakie to cudowne uczucie. I warto tym zarażać innych. W domu, pracy, na ulicy i w podróży.

🙂

X Jarosław