szykuj załogę

May 22, 2013 9:00 am

“Szykuj załogę na wpisy” – taki przyszedł telegraf od Kapitana Przystani, który, jak Czytelnicy zauważyli, od przeszło sześciu tygodni był w podróży. Zmierzyliśmy z dziećmi sznurkiem na globusie i wyszło nam trochę więcej niż pół długości równika w jedną stronę. Więc w obie wychodzi chyba przeszło cały obwód ziemi w jej najszerszym miejscu.

W sutannie przez świat

Mimo że na blogu po prostu codziennie pojawiały się doniesienia, kulisy tego dziennika podróży nie były wcale tak przewidywalne jak ruch jednostajny w fizyce. Więc były wpisy wystukiwane na klawiaturze z oczami na zapałkach po całym dniu pracy i wrażeń, na sytego lub o pustym żołądku, bo nie było kiedy zjeść; pisane z kuchennej podłogi gdzieś u litościwej zaprzyjaźnionej rodziny w gościach, bo zatrzasnęły się drzwi od tymczasowego oficjalnego lokum; i przez internet łapany jedynie przelotem, nie mamy pojęcia, gdzie. A przecież gdyby nie ta ekwilibrystyka, nie towarzyszylibyśmy Znajomemu Księdzu z Polski w jego niecodziennej eskapadzie.

Pełni wrażeń trochę nie wiemy, co począć. Nie mamy przygód do opisywania poza spektakularnym na przykład spóźnieniem na śniadanie w przedszkolu. I skąd weźmiemy ciekawe widoki i obrazki? Dosia musi na parę dni do szpitala. Basia z małym Juniorem nie wie, w co ręce włożyć. Jej Mąż, Michał, wykonuje zapierające dech w piersiach ewolucje miedzy pracą, domem i pro publico bono.

Ale się zwołujemy. Dobry marynarz nie negocjuje, lecz odpowiada “Aye, aye, Sir*.” 😉 Przecież jakoś to będzie. A Ksiądz Kapitan pomoże nam wszystkim pisaniem “teraz z Kraju” szukać pasjonujących przygód w codzienności.

M z Załogą. All hands aboard!!!*

pisał

*mar. tak jest, zrozumiałem.

** wszyscy na pokład, cała naprzód

PS. Dziękujemy Rafałowi, Mężowi Agnieszki, z którą tłumaczymy blog na angielski, za podrzucenie tytułu serii: “W sutannie przez świat”. 🙂

Powrót do początku

May 21, 2013 10:12 am

Zaczęliśmy (z Michałem, który mnie już 4 tyg temu opuścił, wracając do swojej Rodziny) naszą podróż od wymuszonego postoju w Chicago, gdzie gościny, mimo późnej nocnej pory, udzielili nam Janina i Janusz, przyjaciele stąd.

Dziś, po sześciu tygodniach, znowu do nich zawitałem, także w oczekiwaniu na samolot, tym razem jednak w drugą stronę, powrotną. To chyba mój najdłuższy dzień w życiu – 40 godzin, przesuwając się po różnych strefach czasowych, z czego w samej podróży, to znaczy na lotniskach i w samolotach, spędziłem 25 godzin. Jak już bić rekordy życiowe, to bić. 😉

Wszystkie samoloty były upakowane na ciasno, bez wolnych miejsc, co oznacza, że było bardzo ciasno. Ale taka jest cena podróży na koniec świata i z powrotem. Wczoraj były urodziny mojej Mamy, więc mogłem naprawdę długo pamiętać o niej w modlitwie. Podobnie jak o tylu bliskich sercu, i spotkanych tam, i czekających na mnie.

Trudno składać słowa po tak wyczerpującej podróży, choć przecież chciałbym napisać Wam wiele. Dziękuję, że byliście ze mną i zawsze mogę na Was liczyć. Dziś noc i jutro do południa w Chicago; po południu – lot do Warszawy. A w czwartek zajęcia na uczelni, w weekend Program 1 w Łomiankach, a w kolejny – Program 2 w Belgii. To tak, żeby się za bardzo nie zasiedzieć.

Za chwile wrócą na łamy nasi stali Autorzy. A póki co, jeszcze raz, oby ostatni z tej podróży (oby – bo do Illinois dotarło tornado, które sieje ogromne zniszczenia, więc oby się udało odlecieć do Polski)

Fr. Jay z Chicago

Ostatni dzień w Sydney

May 19, 2013 11:42 pm

I ostatnia okazja, żeby coś zobaczyć. Rano przyjeżdża po mnie Adrian i zabiera mnie do siebie do domu. Po drodze odwiedzamy na krótko Uniwersytet w Sydney. Po przyjeździe Msza św w gronie przedstawicieli rodziny, potem śniadanie i wyjazd. Przedstawicieli, bo Marian i Adrian są rodzicami 11 dzieci.

Przewodnicy

Najmłodsze ma 23 lata. Na Mszę św. mogło dotrzeć tylko czworo z dzieci. Marian, która jest jedynaczką, pokazała, że można być otwartą na życie. Dla jej mamy było to oczywiście trudne początkowo do zaakceptowania, ale dzisiaj ta 93 letnia babcia i prababcia z dumą mi pokazywała zdjęcia swoich wnuków i prawnuków, zdobiące całą półkę w jej domu.

Pierwsze kroki kierujemy oczywiście do koala i kangurów, no bo jak być w Australii i nie zobaczyć tych stworzeń. Można nawet podejść i dotknąć. Do koala podchodzę śmiało, ale do kangurów już trochę z obawą. Nie wiadomo, czy traktować je jak owieczki, czy jak coś groźniejszego. Okazuje się jednak, że są łagodne. I dają się pogłaskać.

400619_610985595580772_935015220_n

 

603457_610985818914083_1528809651_n

 

249113_610985428914122_1018527449_n

Mam więc dowód na to, że byłem w Australii (lub w ZOO, jak niektórzy dokładni zaraz zauważą), więc żeby nie było wątpliwości jedziemy obejrzeć słynną Operę w Sydnej. Po drodze zatrzymujemy się przy kilku plażach, których tu są setki. Takie do serfowania i takie do spokojnego kąpania się.

IMG_1670

Jestem pod wrażeniem, jak dużo tu jest rodziców z dziećmi. Warunki na spacery idealne, więc nie dziwi, że tylu ludzi jest na świeżym powietrzu, ale wyjątkowo cieszy, że tak dużo wraz z pociechami.

Następny krok to już port w Sydney, który oglądam z góry najpierw, by stopniowo patrzeć na niego z coraz bliższej odległości. To lokalna atrakcja turystyczna, jeden z najbardziej chyba znanych budynków na świecie, więc ludzi mnóstwo. I restauracji, kramów, artystów ulicznych i muzyki. Jak na Starówce. Po czterech dniach non-stop na Kongresie lub w hotelu miło było coś zobaczyć.

Opera w Sydney

942109_610986818913983_1920780920_nOpera od kuchni:

opera2Cała jest pokryta takimi płytkami. Potrzeba ich było 1.000.000:

181460_610987078913957_86350066_nopera3

Jutro rano Msza św, a potem na lotnisko, bo trzeba być 3 h wcześniej. Najpierw 15 godzin lotu do Los Angeles, tam 4 h na przesiadkę i lot do Chicago, kolejne 5 h. Wylecę o godz 13.50 a po 24 godzinach w podróży, wliczając w lot przesiadkę, wyląduję o godz. 20.10 w Chicago. Ciągle tego samego dnia. Teraz jestem 8 godzin przed Wami, tam będę 7 godzin za Wami. Jak te zmiany opanuje mój organizm? Następnego dnia wylot do Warszawy.

6 tygodni w podróży. Tylu poznanych ludzi, tyle doświadczonego dobra, tyle pięknych przeżyć, dobrze więc, że ten lot będzie taki długi, bo trzeba czasu, żeby spokojnie za to wszystko podziękować.

Z pamięcią o Was,

do zobaczenia już wkrótce

Fr. Jay

opera by nightOstatnie zdjęcie przed jutrzejszym wylotem:

970200_610987842247214_234377683_n

World Congress of Families – dzień trzeci i niestety ostatni

May 18, 2013 11:14 am

Niestety – bo już trzeba kończyć, bo to chwila rozjazdu, bo to piękne spotkanie się kończy.

Dziś, oprócz wybrania się na moje własne wystąpienie 😉 oraz wystąpienie Louise Kirk, którą pewnie pamiętacie z naszej wyprawy do Anglii, wybrałem się także na te wszystkie sesje, które były poświęcone ojcostwu. I baaaardzo mi się podobały.

Nie tylko były świetne merytorycznie, bo przedstawiały, jak bardzo obecność ojca zmienia życie dzieci i ich późniejsze funkcjonowanie w życiu, ale także występowali świetni mówcy. Mężowie, którzy realizują się w swoim powołaniu jako ojcowie.

Mnóstwo nowo poznanych ludzi, inspiracji, dobrych doświadczeń. Rodzina jest wszędzie ta sama, niezależnie od szerokości geograficznej, niezależnie od wyznania, niezależnie od koloru skóry…

Nowością tego kongresu był pokaz mody – takiej, która eksponuje godność kobiety.

pokaz

 

Przypomniało mi to nasz pokaz mody, zorganizowany przez moich studentów z Personalistycznych Podstaw Miłości Małżeńskiej, gdzie studenci przedstawili kolekcje ubrań na różne okazje, każda kreacja otrzymała metkę: MiO (ubiór zgodny z „Miłością i odpowiedzialnością”, czyli zgodny z normą personalistyczną). Może studenci mieli troszkę mniejsze możliwości niż dostępne na tutejszym pokazie, ale za to przedstawili ubrania na wszelkie możliwe okazje, nie tylko te super-wyjściowe. Czego oczywiście nie omieszkałem zaproponować autorce kolekcji i pokazu, Judy Limbers. Pomysł jej się spodobał. Ich strona na Facebooku to The Dress Shoppe.

Na koniec organizotarzy pokazali nam jeszcze występ Tongan Youth Choir.

I jak zwykle trudno było się rozstać. Z każdym jeszcze zamienić słowo, podziękować za dobro doświadczone. I obiecujemy sobie, że na pewno zobaczymy się za rok. Czyli 10 – 12 września 2014. Niektórym będzie zdecydowanie bliżej. Jest też pomysł, żeby wybrać się na kongres do Moskwy z Władywostoku, słynną koleją transyberyjską, czyli 2 tygodnie wcześniej. Jak dla mnie brzmi nieźle.

Jutro mam jeden dzień dla siebie. Czyli możliwość wybrania się na zwiedzanie Sydney.

Jak na razie moje pierwsze wrażenia z Sydney były mieszane. Niby mieszkam w Sydney, ale tak na prawdę w… Chinatown. Cała dzielnica, w której jest nasz hotel, to sklepy, restauracje i biura z napisami po chińsku.

Ale o Sydney już jutro.

z pamięcią o Was

Ks. Jarosław

WCF 7

 

World Congress of Families – dzień drugi

May 17, 2013 11:33 am

Każdego dnia mamy sesję plenarną rano i wieczorem i 4 sesje seminaryjne w ciągu dnia, po 5 bloków tematycznych w każdej sesji i od 3 do 4 prelegentów. Ludzie z każdego niemal zakątka świata. Niesamowite miejsce do wymiany doświadczeń. Każdego ranka długo się zastanawiam, na jaki temat się zdecydować, bo prawie każdy wydaje się bardzo ważny i warto by posłuchać.

Czy wiecie, na przykład, że na Facebooku jest  1 bilion aktywnych użytkowników? Nie zarejestrowanych, ale aktywnych! Że 43 % zaczyna dzień od sprawdzenia swojego konta? Że najbardziej aktywna grupa to kobiety, zwłaszcza w przedziale od 12-24 lat? Że w tym gronie najwięcej jest 15-letnich dziewcząt?

Warto wiedzieć.

Każdy z nas ma coś dobrego do powiedzenia całemu światu. Nie jest ważne, czy tym światem jest dziecko, któremu się powie, że jest naszym największym skarbem, czy nasza lepsza połowa, której dzisiaj zrobię jakąś miłą niespodziankę, bo… chcę, czy nasi sąsiedzi, lub koledzy z firmy, czy też… nasi znajomi z Facebooka.

z Sydney

Fr. Jay

 

Happy Families – Healthy Economy

May 16, 2013 5:06 pm

Komitet lokalny wybrał na nasz Kongres miejsce dość symboliczne: Australian Technology Park, dawną fabrykę lokomotyw. Miejsce, gdzie kiedyś dominowała technologia, dziś stawia rodzinę jako właściwy punkt odniesienia. 

Jeden z dzisiejszych prelegentów powiedział, że jeśli chcesz dojść do wyników szybko, idź sam, ale jeśli chcesz dojść daleko, idź razem (If you would like to go fast, go alone, if you would like go far, go together).

Bardzo mi się to spodobało. Rodzina jest takim miejscem, gdzie można zajść najdalej. Dzisiejsza cywilizacja chce nas zindywidualizować, prawa jednostki są najważniejsze. Może i uda się osiągnąć wszystko bardzo szybko, tylko że pozostaje się singlem. Kiedy się idzie razem, może i wolniej się osiąga wszystkie cele, bo idzie się tempem najsłabszego, ale zachodzi się daleko i można się cieszyć razem. To widać nawet w takiej sytuacji, w jakiej ja jestem. Widzieć tyle pięknych rzeczy, być w takich pięknych miejscach, a jakie to smutne, że nie ma bliskich, przyjaciół, z którymi można dzielić radość. Dlatego takie ważne jest dla mnie, że mogę dzielić się  z Wami się tym, co przeżywam. Mam świadomość, że przez to moje zdominowanie bloga przez 6 tygodni trochę odeszliśmy od tego, czym nasz blog starał się być: inspirować do codziennych radości z tego, że jesteście małżeństwem, rodziną. Wracam więc na nasze ścieżki relacją z WCF. 

Jedno z pytań, które ludzie zadają, to: co możemy zrobić w tych jakże trudnych czasach? Rodzina jest prześladowana coraz bardziej, coraz więcej państw zmienia definicję rodziny; gdzie się ukryć? Odpowiedź jest u pierwszych chrześcijan.  Wtedy było dokładnie tak samo jak teraz: aborcja, łatwe rozwody, rozwiązłość, homoseksualizm, pogaństwo i fałszywe bożki. A co zrobili chrześcijanie prześladowani przez wiele wieków? Troszczyli się o swoje rodziny: byli wierni sobie, otwarci na życie, modlili się. Rzym upadł. Chrześcijaństwo przetrwało. 

Bogaty dzień. 

Do usłyszenia jutro

Fr. Jay

port

zamiast transmisji

May 16, 2013 11:09 am

Bardzo chcieliśmy napisać tutaj wczoraj, że możemy wszyscy brać udział w World Congress of Families w Sydney 2013 poprzez transmisję on-line, ale niestety w tym roku tej możliwości – w odróżnieniu od Madrytu – nie ma. Dzisiaj rano naszego czasu Fr Jay miał mówić na sesji poświęconej tematowi rodziny w kontekście pracy o “Work-Life Balance: Preserving Dignity, Protecting Family”. Pozostaje mieć nadzieję na materiały pokonferencyjne.

Póki jednak nastąpi jakakolwiek łączność z Sydney i znak życia od Prelegenta, zamieszczamy kilka tzw. “highlights” z tego wystąpienia, czyli myśli, które mogą nam pomóc w naszym myśleniu o pracy.  Oraz pamiątkową fotografię z przygotowań do Kongresu.

“Potrzeba twórczego i celowego działania została wpisana w ludzkie serce przez Boga, pierwszego Twórcę i Artystę, który cieszył się za każdym razem, gdy widział efekty pracy swoich rąk.”

“Gdy nauczysz się współpracować z innymi, dzielić się odpowiedzialnością i rozwiązywać konflikty – umiejętności te będą stanowić twój osobisty potencjał także poza pracą.”

“Czasem trzeba sobie zadać proste pytanie – i udzielić na nie szczerej odpowiedzi: ‘Czy naprawdę potrzebujemy tej czy tamtej rzeczy?’ – zamiast mówić: Nie mam wyjścia, muszę wypruwać sobie flaki, żeby na to wszystko zarobić’.”

“Jeśli nie wpiszesz w kalendarz czasu dla relacji z żoną/mężem, śmierć waszego związku jest tylko kwestią czasu”.

“W pracy znajdziesz zastępcę, ale nikt ciebie nie zastąpi  w trosce o potrzeby swojej własnej rodziny. Gdy zadbasz o szczęście najbliższych i ty będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.”

work-life balance in practice

VII World Congress of Families – Sydney 2013

May 15, 2013 11:46 am

Podróż upłynęła bardzo szybko. Przylecieliśmy 50 min wcześniej. Musieliśmy czekać na płycie zanim zrobiło się dla nas miejsce w gate. Po raz pierwszy w życiu byłem trzeci w Immigration, co oznacza, że nie było żadnej kolejki. Moje zeznanie celne zostało przyjęte i o 9:50 rozpoczął się już mój pobyt w Sydney.

Do hotelu dotarłem pół godziny później i powtórzyło się to, co było w Amsterdamie i Madycie – stajesz się częścią wielkiej, światowej rodziny. W hallu spotykają się „starzy” znajomi. Trafiam na Mary-Louise Fowler – szefową komitetu z Sydney. Wygląda na wykończoną. Dla Australijczyków to są dni, które przygotowywali z ogromną wysiłkiem. Chwilę później hall wypełnia się członkami komitetu planowania, by zapoznać się z postępami w przygotowaniu Kongresu w Moskwie. Są prawie wszyscy, którzy spotkali się w zeszłym roku w Madrycie, by rozmawiać o kongresie w Sydney. Po wstępnej informacji o strukturze i temacie: Large Families – the Future of Humanity, dyskusja toczy się głównie wokół spraw związanych z samą organizacją. Wymiana doświadczeń, spostrzeżeń, uwag.

Podobnie jak w zeszłym roku jestem pod wrażeniem, jak wielu jest tu ludzi, którym zależy na dobru rodziny. Wielu wyznań i kultur, z tak wielu krajów czy nawet kontynentów. Bóg stworzył małżeństwo i rodzinę i ci, którzy wierzą w Niego, wierzą też w ogromną rolę rodziny.

Dziś pierwsze spotkania, bardziej towarzyskie. Jutro wielkie otwarcie.

Z Sydney, z World Congress of Families

Fr. Jay

 

 

Północ – ciąg dalszy

May 14, 2013 5:20 pm

Ponieważ nasi są wszędzie, więc wybieram się na zwiedzanie okolic z Wigą, Krakowianką, żoną Francuza i mamą 4 córek. Jej rodzice należeli do tego grona, które razem z bł. Karolem Wojtyłą wybierało się na kajaki; ona sama także z racji studiów w Rzymie miała szczęście bywać u bł. Papieża. 

Wszystkie ważne miejsca dla historii Nowej Zelandii.

Ale najpierw rozwiązanie zagadki: jak rośnie kiwi? Na krzakach. Taki trochę większy agrest.

To nie kartofle…

kiwi

Tak rosną
kiwi3

Ostał się ino jeden. Po sezonie już. 

kiwi4

Potem oglądam zatokę, gdzie wpłynęły pierwsze statki białego człowieka. Tu także wpłynął pierwszy biskup katolicki, który niedaleko tego miejsca odprawił pierwszą Mszę św. Niestety nie dałem rady (tym razem) tam zawitać.

Tu wpłynęły pierwsze statki białych ludzi:

pierwsze statki

A tak mogła wyglądać NZ przed przybyciem osadników:

przed ludzmi

Kierujemy się na południe do prastarego lasu. Jechaliśmy długo, ale jak tylko stanąłem przy drzewie, to wiedziałem, że warto. Czegoś takiego jak żyję nie widziałem. Wracam pamięcią do naszego dębu Mieszko na Wyspie Wolin. Ileż to drzewo „pamięta”…

las

cudo

I mały człowieczek:

drzewo 2

tane mahuta

Potem skracamy trochę trasę wybierając skrót, czyli promem na drugą stronę.

promem

Tym razem zatoka, którą początkowo Cook wziął za część morza, bo widział tylko wyspę, ale gdy podniosły się mgły, zobaczył połączenie lądowe. Stwierdził, że to bez wątpienia zatoka. I tak już zostało: Doubtless Bay. I na jej dnie leżał kabel położony z Australii, żeby Kiwi mieli kontakt ze światem.

Doubtless BayTu leżał kabel

kabel1kabel2

Nie ma czasu na najlepszą rybę w Nowej Zelandii. Tylko przejeżdżamy obok. A szkoda. Następnym razem… obiecuję sobie. 🙂

fish&chips

I lokalne kontrasty: zielona palma i jesienne drzewo.

kontrasty

Zaczyna się powoli robić ciemno. Krajobraz ucieka…

krajobraz ucieka

W domu Moniki i Jacka, gdzie docieram ok. 21, czeka na mnie jeszcze obiad. I ostatnie rozmowy. Choć z Jackiem widzieliśmy się ostatni raz w 1976 roku, a jego żonę Monikę poznałem dopiero tutaj, czułem się u nich jak w domu. Otoczony najserdeczniejszą opieką. Zatroszczyli się o wszystkie szczegóły: mapy, posiłki, wyprawkę na wyprawę, samochód, telefon na wypadek wszelki, itp., itd. I jeszcze bladym świtem odwiozą mnie na lotnisko.

Gospodarze

Gospodarze

Po raz ostatni oglądam z NZ krzyż południa. Niebo już znowu zasnute chmurami. Po prostu koniec wakacji.

W sumie 1500 km. I to tylko na wyspie północnej. A południowa? Zabrakło mi 100 km, żeby dotrzeć na sam kraniec północy kraniec wyspy. Ale ile udało mi się zobaczyć.

Cieszę się, że choć w tej formie mogłem Was zabrać. No bo jak oglądać takie cuda, gdy nie ma się z kim tym podzielić?

Z pamięcią o Was wszystkich

z ostatnich chwil w Nowej Zelandii

ks. Jarosław

Za mną już tylko Australia:

coast

Wyprawa na północ

May 13, 2013 11:56 am

Ruszam o 9, żeby mieć większość korków za sobą. Kierunek – północ. Choć nie na sam koniec (początek?) wyspy, tylko troszkę wcześniej. Korzenie Nowej Zelandii.

Ale najpierw punkty widokowe: przepiękne plaże, ogrom wody, wyspy…

IMG_1506IMG_0669

IMG_0666

Ze względu na to, że to bardzo młody kraj (nawet najstarszy murowany dom nie wygląda bardzo staro):

IMG_0716

tu nawet toaleta może być atrakcją turystyczną:

IMG_0671IMG_0672

Zwiedzam szczegółowo miejsce, które traktowane jest jako kolebka Nowej Zelandii. Tu podpisano umowę pomiędzy przedstawicielami różnych plemion (tribes) – w sumie 500 – z koroną brytyjską. 6 lutego 1840 roku. Symboliczna data powstania osobnego państwa.

IMG_0712

Na koniec trafiam do domu polsko-francuskiego. Tu się zatrzymam na noc, żeby jutro jeszcze zobaczyć okolicę i wrócić na noc do Auckland, bo w środę bardzo bladym świtem trzeba lecieć do Sydney. World Congress of Families.

Z pozdrowieniami z północy,

ks. Jarosław