pod ochroną

November 11, 2013 5:00 am

Ty ze wszystkich stron mnie ogarniasz i kładziesz na mnie swą rękę.

(Psalm 139,5)

135391924_bdddfab7a2_o

Nasze dotykanie się Boga często jest gestem testowania, sprawdzania, wkładania palców w przebity bok i rany. Tak trudno jest wierzyć w dobre intencje, obietnicę, miłość, co nie stawia wstępnych warunków. Tak wiele ludzkiego kombinowania, lęku, nieufności.

A przecież na to wszystko pozwala. Pamięta, kim jesteśmy. I pozwala się dotykać. A Jego gesty są tak różne od naszych. Nie sprawdza nas, nie podejrzewa, nie trzyma na dystans. “Kładziesz na mnie swą rękę…” Tym samym gestem, którym uspokajamy i wyrażamy bliskość względem naszych dzieci. Nieskończona akceptacja i pragnienie chronienia ich – dlatego tylko, że są.

M

Zdjęcie: źródło

Ważny dzień

November 10, 2013 7:53 am

Już minął. Dzięki modlitwie tak wielu z pośród Was, dzięki wsparciu z Waszej strony i tylu oznakom Waszej pamięci i obecności rzuciłem się na głębokie wody i po raz pierwszy w życiu, poza głoszeniem Słowa Bożego w czasie Mszy św., wygłosiłem konferencję w języku angielskim. Bez kartki, bez ściągi, korzystając tylko z prezentacji (którą pomogła stworzyć nasza redakcyjna Szefowa – nie wiem jak ją Wam pokazać, a warto).

Przerażała mnie tylko świadomość, że moje wystąpienie przewidziano na godzinę. Uprzedziłem więc Organizatorów, że dobrze będzie jak dam radę mówić przez 30, góra 40 minut. Uspokojono mnie, że to nie szkodzi; będzie przerwa, potem ktoś powie o swoim doświadczeniu jako instruktor Modelu Creightona, potem NaPro doktor, potem trochę o Programie, zaplanowanym na środek stycznia i jakoś do tej 12.00 dotrwamy.

Zaczęło się wszystko później. Zamiast o 10, jak było planowane zaczęło się o 10.20. Eloisa powiedział kilka słów o konferencjoniście, powitała uczestników w innych krajach dzięki transmitowanej konferencji na żywo i oddała mi głos. Kiedy skończyłem mówić była godzina 12. Nawet nie zauważyłem, że minęło 1,5 godziny. Jak brakowało słów, przychodzili z pomocą uczestnicy, jak nie wiedziałem jakiego pojęcia użyć, używałem słów opisujących, jak się myliłem i zauważyłem błąd, to się poprawiałem… po prostu dzieliłem się tym, co było w sercu. O dziwo nikt nie zaprotestował, że za długo, nikt nie wytknął błędów.

Piszę o tym do Was kochani, bo się znamy, bo jesteście moją rodziną, bo wiem, że z bliskimi można się dzielić także radością, że poszło, że pokonałem siebie, że odważyłem się na coś, co jeszcze niedawno wydawało mi się zupełnie niemożliwe. I tego wam także życzę: odwagi w pokonywaniu przeszkód, odwagi w świadczeniu. Wierzcie mi, komuś, kto wykłada całe swoje dorosłe życie i trochę już ma pojęcie jak używać języka, żeby się wypowiedzieć, świadomość swoich ograniczeń w języku obcym może odebrać odwagę.

Dzięki Waszemu wsparciu to było możliwe. Dziękuję, że jesteście, że wspieracie, że można na Was zawsze liczyć.

z wdzięczną modlitwą

Padre J.

Od Redakcji: dzięki Organizatorom konferencji, którzy pomyśleli o tych w odleglejszych zakątkach świata, można obejrzeć nagranie wykładu 🙂
[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=HlgRIa70fBc&w=560&h=315]

na walizkach

November 9, 2013 5:00 am

memory-suitcase-by-yuval-yairi-6

Każdy z nas w małżeństwie ląduje z walizką. Wypakowujemy ją najpierw mimowolnie – to cały asortyment reakcji, przyzwyczajeń, wartościowania. Mamy też w środku doznane upokorzenia, przylepione etykiety, niespełnione marzenia, krzywdzące słowa, chybione priorytety. Listę każdy z nas mógłby dla samego siebie jeszcze szeroko uzupełnić.

Jeśli wypakowywaniu towarzyszy refleksja, możliwy jest i okresowy remanent, który pozwoli poukładać się na nowo. Jednak szczęśliwy człowiek, który może rozpakować swój tobołek mając bezpieczeństwo bycia kochanym i z tym bagażem.  Nie da się posortować siebie samego bez miłości.

Miara dojrzałości każdego z nas: stworzyć warunki, by się drugi mógł w swoim tempie wypakować – bez poganiania i osądu. Nasze historie bólu i nadziei czynią nas zarazem najbardziej bezbronnymi – i najbardziej bliskimi, powierzonymi sobie nawzajem.

M

Owoce spotkania

November 8, 2013 9:30 am

Kiedy zaraz po przyjeździe wybrałem się na spotkanie z ks. biskupem Carlosem Briseño, ustaliliśmy ramy mojego pobytu i obszary zaangażowania. Tak żeby na wszystko starczyło czasu i sił. Miałem oczywiście wesprzeć lokalny kościół swoją wiedzą na temat małżeństwa i rodziny, w sposób szczególny towarzysząc jako opiekun duchowy w szkoleniu z NaProTechnology i FertiltyCare prowadzonym przez Zespół z Omaha, oraz poprzez nasze Programy Rozwoju Relacji Małżeńskiej. To było oczywiste i następnym razem mieliśmy omówić już to bardziej szczegółowo, z wpisaniem w kalendarz konkretnych dat.

Na to spotkanie tym razem wybraliśmy się w trzy osoby: Eloisa, Beatriz i ja (Eloisa jest tą osobą, która rozpoczęła promocję NaPro w Meksyku i jest pierwszym instruktorem Modelu Creightona, a Beatriz już znacie z Programu 1, który się tu odbył w maju br. ). Spotkanie było bardzo piękne i niezwykle owocne. Nawet bardziej niż się spodziewałem. Z jednym tylko problemem. Ks. biskup pragnął, żeby zacząć spotkania informacyjno-motywacyjne już w najbliższą sobotę. Dziś jest więc dzień na gruntowne przemyślenie tego, czym chciałbym się podzielić, co nie byłoby takie trudne, gdyby nie fakt, że w obcym języku. Na szczęście w obcym dla nas wszystkich. Mam nadzieję, że Meksykanie szybciej mi wybaczą błędy w angielskim. 😉

Proszę więc was nieśmiało o jedno Zdrowaś Maryjo do Matki Bożej z Guadalupe o światło i mądrość plus łatwość wypowiedzi i żeby właściwe słowa same przychodziły do głowy. Bo po raz pierwszy chcę się odważyć i powiedzieć wszystko z serca a nie z kartki. Przekonałem się bowiem nie raz, że jak się mówi z kartki, to często tekst trafia dalej też na kartki słuchaczy – z kartki przez usta mówiącego, potem uszy słuchaczy i na kartkę notatnika. A jak się mówi z serca to najczęściej tam też ląduje u słuchaczy. I tylko to mnie ośmiela, żeby się tego podjąć, bo mowa serca ma uproszczoną gramatykę i nie szuka poklasku. Stąd prośba, żebym usłużył jak Święta Rodzina sobie tego życzy. A Wasza modlitwa, trud organizujących to spotkanie  i moje mówienie, niech przyniesie pożytek słuchającym. Jak przeżyję to spotkanie to napiszę jak przebiegło. 🙂

Z serdeczną pamięcią,

Padre J

 

 

z nadzieją

November 7, 2013 5:00 am

„ Pan obrońcą mego życia, przed kim miałbym czuć trwogę?”  (Ps 27, 1)

„ Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”. (Łk 15, 2)

„ Dlaczego więc ty potępiasz swego brata? Albo dlaczego gardzisz swoim bratem? ” (Rz 14, 7)

Jeśli wierzę i doświadczam Boga, który jest obrońcą, a nie oskarżycielem, to ta wiara zobowiązuje…. Do tego, bym uczyła się patrzeć na moich bliskich i tych, których spotykam każdego dnia, z nadzieją. Do dania im w relacji bezpiecznej przestrzeni i czasu na dojrzewanie. Do pogodnej cierpliwości. Do przyjmowania ich tak, jak On nas przyjmuje – ze zrozumieniem i współczuciem. Bez surowych osądów, nadawania etykiet, poczucia wyższości. Z nadzieją. Bo On przecież nigdy jej nie traci względem nas.

Basia

pustynia i krzyż

November 6, 2013 5:00 am

“Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.” (Łk 14,27)

Gdy idę zatłoczoną ulicą miasta i mijam setki ludzi – młodych, w sile wieku, starszych, niektórych uśmiechniętych, niektórych smutnych, dociera do mnie wówczas świadomość, że tylu ilu ludzi tu jest, każdy ma swój krzyż i żaden z nich nie jest ważniejszy od drugiego. Bo ten, z pozoru mały, może mieć sęk, która będzie uwierał tak bardzo, że pod nim otworzy się rana, która nie będzie mogła się zagoić. A ten z pozoru wielki może być dużo lżejszy, niż się wydaje. Nie ma to znaczenia.

Krzyż jest krzyżem.

Ważne jest, aby zechcieć ten krzyż przyjąć. I nieść. A nie uciekać, nie udawać, że go nie ma.

Aby zrozumieć mój krzyż, musiałam się znaleźć na pustyni. Tak. Na pustyni. Mimo że byłam w domu, w pracy i miałam swoje obowiązki. Odcięłam się od mediów i zbytecznej wrzawy na własne życzenie, ale towarzyszyło mi też olbrzmymie poczucie pustki i osamotnienia.
Wiedziałam, że Pan Bóg jest przy mnie, ale zupełnie Go nie rozumiałam. Trwać przy Nim pomogły mi zobowiązania modlitwy. Później pojawiły się konkretne znaki, sygnały i osoby przysłane przez Niego, aby wyprowadzić mnie z tej pustyni jak najszybciej.

Dziękuję Ci, Panie, za mój krzyż. Taki, a nie inny. Dziękuję Ci za moich braci i siostry w wierze, którzy niosą swój krzyż w ufności. Dziękuję Ci też za wszelkie łaski i siły, które są nam potrzebne, aby ten krzyż przyjąć i dźwigać.

Z pozdrowieniami wśród trudów dnia codziennego,

Dorota

Wieczorne różańce

November 5, 2013 9:05 am

Wspomniałem już wcześniej, że w oczekiwaniu na miejsce u ks. biskupa Carlosa zamieszkałem u rodziny Beatriz i Pepe. Uczestniczę więc w całym życiu domowym pełnym swoich rytuałów, jak poranne wyjście dzieci do szkoły i ich powroty, rodzinne obiady, z którymi czekamy na powrót Pepe z pracy, wspólne zabawy i wyprawy, odrabianie lekcji i spełnianie obowiązków.

Wszystko to tak dobrze znane z tylu odwiedzonych przeze mnie domów w czasie naszych Dni skupienia czy Programów. Tyle, że to były zwykle 2 – 3 dni, a teraz to trochę dłużej. Dzisiaj mija już 10 dni odkąd wylądowałem w Meksyku. I jeszcze drugie tyle będę tu mieszkać.

Moim ulubionym rytuałem stały się wieczorne różańce. Oczywiście, jeśli jedziemy gdzieś razem, jak np w odwiedziny do Matki Bożej, to wtedy modlimy się w drodze. Ale jeśli tylko jesteśmy wszyscy w domu, spotykamy się wspólnie, najlepiej u dzieci w pokoju, które już w piżamach i gotowe do snu – razem z nami się modlą. 

Wracam pamięcią do tych wszystkich odwiedzonych domów, gdzie różaniec odmawia się całą rodziną i to codziennie. Na początku to zawsze będzie trudne, ale z biegiem czasu staje się wspaniałym punktem dnia, na który się czeka. Czy może być coś piękniejszego niż rodzina spotykająca się na modlitwie? I czy córeczka zasypiająca w czasie różańca na kolanach u taty nie jest najpiękniejszym widokiem? Ile różnych pretensji i roszczeń – jak zawsze 😉 słusznych – można zgubić we wspólnym różańcu, ile pragnień można oczyścić, ile siły nabrać. Może mimo tego, że październik się skończył, nie trzeba kończyć ze wspólnie odmawianym różańcem?

z modlitwą za Was, Kochani

Padre J. 

Kolorowy Meksyk

November 4, 2013 9:17 am

W ostatnim czasie zdarzyło mi się ładnych kilka razy przemieszczać się przez miasto w różnych kierunkach. W dużej części przejeżdżałem przez dzielnice raczej ubogie. To co mnie niezwykle uderzyło – to niezwykła kolorystyka tego miasta.

Typowa biedna dzielnica, jakich wiele możemy sobie wyobrazić w naszych miastach: stare domy, bardzo dawno nie remontowane; tu – zamiast szyby dykta, tam drzwi, które już nie spełniają swojej roli, bo bez zawiasów. A przecież każdy z domów żyje swoim życiem wypowiadanym innym kolorem. To nie odgórna decyzja władz miasta – to radosna twórczość mieszkańców, którzy malują swój świat na niebiesko, czerwono, zielono, żółto, w całej palecie odmian. Całe ulice pełne kolorowych domów. Nie udało mi się zrobić zdjęć (jeszcze nie, ale z pewnością je zrobię i wtedy umieszczę) i wiem, że opis tego nie oddaje.

Przypomina mi się moja dzielnica  z jej nieodłączną szarzyzną, wszystkie kamienice jednakowo szare. Nie mówię o nowoczesnych osiedlach, pięknie wymalowanych, mówię o dzielnicach, gdzie się turyści nie wybierają, a gdzie życie jest pełne kolorów. Kolory są mocne, różnorodne, i wszystkie tak bardzo ciepłe.

I wcale nie chodzi o ukrycie biedy. Ona sobie dalej istnieje, ale nie przytłacza swoją szarzyzną.

Pewnie jest wiele powodów, które za tym się kryją. Ale nie robię tu żadnych studiów antropologicznych. Po prostu dzielę się tylko tym, co mnie uderzyło po raz kolejny, gdy przejeżdżałem przez miasto.

Załączam tylko jedno zdjęcie z wnętrza.

Z pamięcią o Was,

Padre J.

IMG_1018

świętych obcowanie

November 3, 2013 5:00 am

„Unieśmy nieco zasłony i idźmy za tym, który zniknął bardzo wysoko, w tych wszystkich rejonach pokoju i światła, gdzie cierpienie zamieniło się w miłość. To bowiem jest tak bardzo prawdziwe, że my możemy żyć z tymi, których nie ma już tu na ziemi…” (bł. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej)

Ścieżka umarłych

November 2, 2013 5:00 am

Pamiętam, jak jeszcze w seminarium duchownym zachwycił nas Tolkien swoją Trylogią. Jak nam się wtedy (do dziś zresztą) wszystko podobało i ile w tym widzieliśmy inspiracji dla siebie i dla swojego życia. Każdy miał swojego bohatera, który go inspirował.
Pamiętam też, że bardzo nas zainspirowała ścieżka umarłych, na którą musiał wkroczyć Aragorn, żeby zdobyć sojuszników. Jak pamiętamy, umarli Ludzie z Gór pokonali korsarzy z Umbaru, sojuszników Saurona, i dopełniwszy przysięgi zostali zwolnieni i mogli zaznać pokoju po śmierci.

Zaczęliśmy wtedy nasze własne “ścieżki umarłych”: jeśli czyjeś życie w łonie mamy było zagrożone, modliliśmy się do dusz czyśćcowych, które znalazły się tam z powodu grzechów w tej dziedzinie, jeśli czyjeś małżeństwo było zagrożone, modliliśmy się do dusz, które znalazły się w czyśćcu z tego właśnie powodu. Wiedzieliśmy to przecież jakoś bardzo wyraźnie, że bardzo możemy liczyć na ich pomoc. Ale też i odwrotnie, wiedzieliśmy, że one sobie pomóc nie mogą i tylko nasza modlitwa skraca ich mękę. To dlatego Kościół w każdej Mszy św. się za nie modli i w Liturgii Godzin mamy każdego dnia modlitwy w ich intencji.

Przypomina się dziś trójka świętych. O. Pio, który całe swoje życie ofiarował za wyzwolenie dusz z czyśćca i prosił, byśmy oczyścili przez nasze modlitwy czyściec. Przypomina się Nowenna do Miłosierdzia Bożego św. Faustyny, dzień ósmy: „Dziś sprowadź mi dusze, które są w więzieniu czyśćcowym i zanurz je w przepaści miłosierdzia mojego, niechaj strumienie Krwi Mojej ochłodzą ich upalenie. Wszystkie te dusze są bardzo przeze mnie umiłowane, odpłacają się Mojej sprawiedliwości, w twojej mocy jest im przynieść ulgę. Bierz ze skarbca Mojego Kościoła wszystkie odpusty i ofiaruj za nie… O, gdybyś znała ich mękę, ustawicznie byś ofiarowała za nie jałmużnę ducha i spłacała ich długi Mojej sprawiedliwości”.

I robię sobie rachunek sumienia, że za mało serca w to wkładałem. Dziś niech będzie zaledwie początkiem większej troski o naszych Przyjaciół, którzy cierpią.

Wasz Padre J