11 IX

September 11, 2015 5:00 am

“Świat już nigdy nie będzie taki sam” – powiedział jeden z polityków po 11 września 2001. Mija czternaście lat od tamtych dni. Trudniej się podróżuje samolotami, więcej czasu trzeba poświęcić na “kontrolę bezpieczeństwa” na lotnisku. Niektóre jej procedury są upokarzające… Świat wydał wojnę terroryzmowi – obawia się jego ataków. Czy potrzeba wydarzeń na tak wielką skalę, spektakularnych tragedii bedących pożywką dla mediów, śmierci tysięcy niewinnych ludzi – by się zatrzymać sie na chwilę i zastanowić nad sensem życia? Mam wrażenie, że świat kręci sie coraz prędzej, że ludzkość oczekuje coraz silniejszych wrażeń, ze już niewiele brakuje, abyśmy “byli jako bogowie”… Jak silny musi być impuls, jak mocno trzeba pociągnąć hamulec awaryjny, by zaistniał skutek?

Paradoksalnie takim hamulcem jest dla mnie modlitwa. Momentem zwolnienia, zatrzymania, wyciszenia. Pozostawienia wszystkiego poza sobą. Uwolnienia sie od elektronicznych gadżetów, telefonu, komputera. Momentem milczenia i słuchania – czasami wsłuchiwania się w ciszę, nasłuchiwania bicia własnego serca.  Modlitwa – to wejście do “Strefy Zero”. Tylko ja i Bóg. Wtedy niczego nie potrzeba – żadnych wytworów ludzkich rąk. Modlitwa – jak w “Strefie Zero” – otwiera pokłady, które pozwalają na przyjęcie niemożliwego, na dokonywanie tego, co po ludzku niewykonalne.

Wiara, nadzieja i miłość pozwoliły przetrwać poszkodowanym pod gruzami. Wiara, nadzieja i miłość były motorem działań ratowników, którzy zawsze idą po żywych.

Czy po każdej modlitwie, po każdym spotkaniu z Bogiem, świat nie jest już dla mnie taki sam…?

Andrzej O.

mistrzowie daru

September 10, 2015 5:00 am

Wy natomiast (…) czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka…” (Łk 6,35)

W pierwszych latach małżeństwa, pewien znajomy kapłan często przestrzegał mnie od popadnięcia w niewolę logiki „coś za coś”. Program Pierwszy jeszcze bardziej uświadomił mi, jak ważne jest to, by dar z siebie był wolny, twórczy i radosny.

„Czyńcie dobrze, niczego się za to nie spodziewając” – dla mnie te słowa są drogą do wewnętrznej wolności, na której mistrzami są dla mnie zwłaszcza nasze najmłodsze dzieci. Jak bardzo ich rysunki, zerwane wraz z korzeniami 🙂 polne kwiatki i koślawe serduszka z plasteliny, pełne są najczystszej, bezinteresownej radości dawania. I jak cudownie jest być odbiorcą tak pięknego daru 🙂 .

IMG_5325[1]

Basia

 

upadek

September 9, 2015 5:00 am

Na Mszy Św. podczas rekolekcji w Trzęsaczu jeden z maluszków najpierw ćwiczył gimnastykę na klęczniku obok rodziców, a później postanowił rozszerzyć swój rewir, przechodząc przez nogi, po swojemu – do momentu, gdy upadł. I krzyk. I płacz. Rozpacz.

Może niektórzy uważają za mocno infantylne te moje porównywania do dzieci, ale cóż na to poradzę, że odnajduję siebie w tych zdarzeniach. Bo przecież tyle razy upadłam i upadam w grzechu, w słabości, w kruchości swojej, że patrząc na to z boku, to tylko usiąść i płakać.

Zaraz po upadku mama podnosi dziecko i tuli, głaszcze, całuje. Chce zapewnić o swojej obecności, dać powtórnie  poczucie bezpieczeństwa, bliskości.

Zaraz po upadku, zanim krzyknę (o ile w ogóle), zaciskam zęby, ganiąc siebie, wyrażając dezaprobatę dla samej siebie, dla swojej słabości, ułomności, że jeszcze nie ogarnęłam się, nie wyćwiczyłam, nie poradziłam sobie. Oczami wyobraźni już widzę, jak inni oceniają mnie, już słyszę: „ogarnij się, kobieto – dzieckiem już przecież nie jesteś”.

Prawda. Dzieckiem nie jestem.  Przewiduję konsekwencje swoich działań, swoich wyborów, które często doprowadzają mnie do wewnętrznej rezygnacji. Powoduje to, że chcę sama zatroszczyć się o swoje sprawy, życie brać w swoje ręce – przecież dorosła jestem.

Lecz ciągle mam potrzebę tego poczucia, że jest przy mnie Ojciec, który w tych trudnych chwilach, w tej mojej rozpaczy przytuli mnie, ogarnie, po prostu ze mną będzie. I który ciągle będzie czekał, aż Mu w końcu bezgranicznie zaufam.

 

Dorota

Goooooool!

September 8, 2015 11:49 am

Warszawa, Stadion Narodowy. Mecz eliminacyjny do mistrzostw Europy w Piłce nożnej 2016: Polska – Gibraltar. Godz. 20:45. Warszawa stoi korkami. Od godziny jesteśmy w drodze, żeby zdążyć na czas, ale wszystkie, najbardziej optymalne opcje trasy pokazują, że i tak wszędzie korek. Zdążyliśmy na hymn. Miejsce mam zacne, bo trybuna czerwona, sektor V3L, rząd 5 a miejsce 141. Czyli z widokiem na środek boiska i tylko 5 rzędów od murawy. Idealne. Najlepsze, jakie kiedykolwiek zająłem na Stadionie Narodowym. Może dlatego, że pierwszy raz na tym stadionie.

O zaproszenie zatroszczył się serdeczny Przyjaciel, który jest na wszystkich meczach naszej Reprezentacji. Szczęśliwie zaprosił na mecz, który sprawiał tylko radość. Bramki od pierwszych minut, akcja cały czas na połowie przeciwników i ładna gra.

Ostatni raz byłem na meczu w Lincoln. Ale tam nie grali nasi. Dobrze jest sobie przypomnieć emocje związane z walką. Oczywiście łatwiej być obserwatorem niż graczem, ale doping ze strony kibiców, fala i oklaski robią wrażenie. Przypominają się emocje ze startów w maratonach. Inny rodzaj sportu. Stadion czeka najczęściej na końcu i tylko na kilkaset ostatnich metrów. Ale jak się na niego wpada i słyszy się te oklaski i widzi się metę, to choć ostatnie kilometry były walką do upadłego, żeby tylko dotrwać do końca i nie poddać się, to wtedy wszystko mija, wraca radość i satysfakcja jest niesamowita.

Wspaniale jest oglądać mecz, kiedy nasi tak wspaniale wygrywają. Ale też i wielką radość sprawiła mi bramka Gibraltaru. Już w ostatnich minutach meczu, ale była konieczna, żeby pokazać, że walczy się do końca. I że każdy może przegrać, ale ważne jest, żeby nie dać sobie odebrać woli walki. Widziałem, jak ciężko było opanować emocje bramkarzowi, który stracił dwie bramki w odstępie zaledwie dwóch minut. Ale walczyli do końca. Mój najtrudniejszy maraton, kiedy już wydawało mi się, że nie dam rady dobiec do końca i kiedy musiałem walczyć przez ostatnie kilometry, żeby dalej biec (organizm wołał o odpoczynek, a żar lał się z nieba i od asfaltu), przyniósł jednocześnie najwięcej satysfakcji, że się udało go ukończyć, że nie dało się pokusie odpuszczenia.

Cieszę się więc naszymi ośmioma bramkami. I cieszę się bardzo jedną Gibraltaru. Bo wiem, jak jest ważna. Walczyliśmy do końca. Przegraliśmy mecz, ale nie siebie. A to jest czasem ważniejsze niż eliminacje do mistrzostw. Gdzieś tam na końcu zostaje szacunek do siebie. Za walkę do końca.

ks. Jarosław

PHOTOS

unnamed (1)

unnamed

on mnie (nie) kocha

September 7, 2015 5:00 am

Doczytuję “Błękitny zamek” Lucy Maud Montgomery. Za podlotka słyszałam ją w radio, potem kupiłam sobie za młodu, teraz czytała ją córka i ja po niej, dla przypomnienia sobie i bycia w temacie lektur latorośli, zwłaszcza że to w zasadzie książka, którą autorka napisała dla czytelników dorosłych. Powieść ma w sobie wiele uroku, ale znowu zdumiewa mnie charakterystyczna dla tzw. “literatury kobiecej” wizja doskonałego związku i idealnego mężczyzny. Można by streścić ją tak: słabo się znali, gdy się pobierali, ale po ślubie godzinami gadali i ani na krok się nie rozstawali. On czytał jej przy kominku poezje i rozprawy naukowe. A jeszcze piękniej czas im upływał na milczeniu, które było “żywszą jeszcze rozmową dusz” [cytat oryginalny]. I oczywiście niespodzianki, wycieczki, noce spędzane na patrzeniu w gwiazdy.

Rzecz byłaby tylko zabawna, gdyby nie małżeństwa, w których żony pogrążają się w nieszczęściu, bo ich ideał mężczyzny sięgnął bruku, a mężczyźni zamykają się w stresie, że choćby stanęli na uszach, nie są w stanie dać swoim żonom tego, czego one potrzebują.

Może zamiast czekać na sznury pereł i godziny czytania poezji warto nauczyć się nowych zwrotów w języku miłości:

– Wyniosłem śmieci. – Zamknąłem drzwi wejściowe na klucz. – Połóż się wcześniej. – Napijesz się herbaty? – Kupiłem chleb. – Muszę wcześniej wstać do pracy. – Poradzę sobie, nie musisz mi w tym pomagać. – Daj te siatki. – Nie wracaj późno. – Czy coś się stało?

Wszystkie znaczą “Kocham Cię”.

M

Wspólne chwile

September 6, 2015 5:00 am

W idealistycznych wizjach, jakie tworzymy nie tylko dla swoich współmałżonków, ale też i ludzi innych powołań (na przykład dla księży z Instytutu Świętej Rodziny), jest także miejsce na ich przykładne życie we wspólnocie, braterskie spotkania, eksplozje łagodności, szacunku i nieustannej rywalizacji na “dar z siebie” (kto da z siebie więcej, kto weźmie „najgorszy” dyżur liturgiczny itp., itd).

Wychodząc naprzeciw tym wspaniałym wizjom, postanowiliśmy już wiele miesięcy temu zorganizować czas na nasze wspólne przebywanie. Choć cztery dni. Prawie nic, ale zawsze to już coś. Okoliczności (w tym choroba ks. Darka)  nie pozwoliły na realizację planów z rozmachem, ale istota została zachowana: pobyć  razem, znaleźć wreszcie „czas dla nas.” Małżonkowie też to wiedzą, że dni mogą być tak bogate, iż nawet na te nasze „rytualne” pięć minut może nie być czasu.

Podobnie jest i w naszym powołaniu: każdy weekend jesteśmy w innych miejscach, przy rekolekcjach posługujemy często też osobno, a nawet jak spotykamy się na modlitwach i posiłkach, to albo się modlimy w ciszy, albo wykorzystujemy okazję, żeby ustalić jeszcze jakieś nasze zajęcia czy znaleźć na nie zastępstwo.

Plan ostatecznie wyszedł bardzo prosty: być tyle, ile się tylko da razem z ks. Darkiem: Liturgia Godzin, Msza św., Adoracja i jakieś wspólne krótkie chwile na rozmowach, a w przerwach lokalne wyprawy, takie jak dłuuugi spacer po Kampinosie, wyskok do kina, wspólne wszystkie posiłki (w osobnej jadalence), czy od dawna planowany posiłek „na mieście”.

Był to bardzo dobry czas. Pełen radości, żartów, narad, planowania, wspomnień i dzielenia się  naszym różnym doświadczeniem.  I jak każdą rzecz, która przynosi dobro, planujemy już na następny rok.

A póki co dzielimy się z Wami radością, że się udało i że przyniosło dobre owoce. Co powinno oczywiście skutkować jeszcze lepszą naszą posługą w tych wszystkich miejscach, gdzie nas spotkacie.

ks. Jarosław 

nie przeszkadzaj mi, kobieto

September 5, 2015 5:00 am

W jednej z szant Stinga*, których słucham ostatnio z wielkim zamiłowaniem, zrozpaczona Maria Magdalena przychodzi do grobu Pana Jezusa, gdzie kamień odsunięty – i widzi, jak On zmierza do portu, gdzie odpływa ostatni żaglowiec. Zwraca się do niej słowami: “Nie przeszkadzaj mi, kobieto…” Jest bowiem marynarzem i na to powstał z martwych, by wyruszyć w drogę i zmierzyć się ze sztormem. Daleka od zgorszenia tą ludową przypowiastką, pomyślałam sobie o kilku faktach:

1. Jako kobiety cierpimy na ogół z tego powodu, że mężczyźni są w biegu do “działania”. Mądra to kobieta, która rozumie, że męskość wyraża się w czynie i tak po prostu jest. Nawet gdy chciałoby się tylko siedzieć i trzymać za ręce. Mądra i szczęśliwa to kobieta, która zamiast powiewać z wieży białą chusteczką, również potrafi sobie znaleźć celowe, owocne zajęcie zgodne z jej osobistymi darami i wspierać męża w jego działaniu przez uznanie.

2. Miła to okoliczność, gdy mężczyzna dojrzewa do prawdy, że chwila rozmowy, wspólnej kawy i nicnierobienia nie będzie z uszczerbkiem dla wielkich projektów działania, a spełni ważną potrzebę serca kobiety jego życia.

3. Pan Jezus jest absolutnie wyjątkowy. Bo w prawdziwej historii, nawet jeśli się “spieszył”, poświęcił Marii Magdalenie całą swoją uwagę. Spotkał się z nią najbardziej, jak tylko to było możliwe, w przepaściach tamtego “Mario” i w zaufaniu wyrażonym w powierzeniu misji. Bez Jego spojrzenia nasze – kobiet – serca pozostają nienasycone.

M

Sting, “The Last Ship”

Po wakacjach…

September 4, 2015 5:30 am

Bóg jest blisko mnie – tak blisko, że słyszy bicie mego serca (M – 30.08).

Nowy początek dbania o relację małżeńską (xj – 31.08).

Znak krzyża – to sygnał gotowości na przyjęcie codziennego trudu, ale i błogosławieństwa (M – 1.09).

Jak ważna jest choć chwilowa samotność, by zobaczyć sprawy w nowej, Bożej perspektywie (Dorota – 2.09).

Stałość, cierpliwość, moc Jego chwały (Michał – 3.09).

To nie brak pomysłu na dzisiejszy wpis, ani nie “mały plagiacik”. Przeczytałem wpisy na blogu z ostatnich dni, bo i nasza Rodzina na nowo mierzy się z wrześniową logistyką, układaniem planu tygodnia,dokonywaniem wyborów, podejmowaniem decyzji. Czasem powoduje to spory ból głowy i lęk o ich owoce… Ale nie jesteśmy przecież w tym sami. Stale jesteśmy zaproszeni na ucztę, jest jeszcze z nami pan młody – tak mówi dzisiejsza Ewangelia (Łk 5, 34). Nie możemy się zatem smucić. Jedzenie i picie to symbol zaspokojenia podstawowych potrzeb. “Przyjdą dni, gdy pan młody będzie zabrany spośród nich. Wtedy będą pościć” (Łk 5, 35).

Dziś, w pierwszy piątek września, na nowo zwracam się do Serca Jezusa. Jest okazja, by plany, zamierzenia, lęki na nowo Mu oddać. by na nowo Mu zaufać. Być może – by na nowo podjąć trud nowenny pierwszopiątkowej komunii wynagradzającej. “Przez krwawą śmierć Jezusa na krzyżu wprowadził Bóg pokój między tym, co na niebie, i co na ziemi” (Kol 1, 20) upewnia i uspokaja mnie dziś św. Paweł.

Andrzej O.

 

Cierpliwość i stałość

September 3, 2015 5:00 am

”Niech moc Jego chwały w pełni was umacnia do okazywania wszelkiego rodzaju cierpliwości i stałości.” (Kol 1,11)

Tak sobie myślę: by być stałym trzeba być bardzo cierpliwym. Zwłaszcza wobec siebie, swojej słabości. I tylko w Jego mocy można znaleźć siły do owej cierpliwości.

Michał

a po "odpoczynku" …

September 2, 2015 5:00 am

„Z nastaniem dnia [Jezus] wyszedł i udał się na miejsce pustynne.”(Łk 4,42)

Dzień dobry 🙂

Nie wiem, jak Wy, ale ja zdecydowanie czuję, że bardzo potrzebuję chwili spokoju i odosobnienia. Po wakacjach i odpoczynku potrzebuję chwili … odpoczynku 🙂

Bo wbrew pozorom wakacje to jeden z bardziej wyczerpujących okresów w roku. Nieźle trzeba się przecież nagimnastykować, jak zorganizować opiekę i czas dzieciom przy jednoczesnym wykonywaniu wielu innych obowiązków. Nierzadko służbowych. A nawet gdy poukłada się milion logistycznych zawiłości i dzieci przekaże się pod dobrą opiekę dziadków, wychowawców kolonijnych czy obozowych, to wówczas zamiast odpoczywać pod gruszą, korzysta się z chwili wytchnienia i spokoju i wykonuje się „mały remoncik” w pokoju dziecięcym (przecież szybciej i łatwiej bez ich obecności na pokładzie). I nawet gdy wcześniej dokonało się zakupów „wyprawek szkolnych” dla dzieci, to i tak 1 września, po rozdaniu planów lekcji, okazuje się, że wszystko się gdzieś zapodziało, pochowało i następuje wieczorna gorączka pakowania tornistrów z wizją nieprzygotowania do zajęć szkolnych zaraz pierwszego dnia.

No i to poranne wstawanie… 🙂

Mam wielką potrzebę znalezienia swojego miejsca pustynnego i odpocząć tam choćby przez małą chwilę, nim obowiązki znowu mnie dogonią. Jak ważne są te chwile pokazuje sam Jezus – można wówczas zobaczyć wiele rzeczy i spraw w zupełnie nowej perspektywie. Bożej perspektywie.

Dorota