czas dla siebie

June 20, 2016 5:00 am

Przez najbliższe dwa tygodnie zatrzymamy się na Przystani nad “czasem dla nas”. Jako swego rodzaju intro, chciałabym jeszcze przez chwilę zastanowić się nad czasem dla siebie samej / siebie samego, który sprawi, że będziemy na tyle “u siebie”, żeby być w stanie przyjąć tam drugiego.

Cały człowiek to ciało, dusza, emocje i intelekt (pisaliśmy o tym dużo w książce). Kiedy myślę nad swoimi czterema ćwiartkami i obszarami największych zaniedbań – szukam dobrych kroków, dobrych rozwiązań, żeby dowartościować sfery zaniedbane przez ilość zadań czekających realizacji w pracy i w domu. I przychodzi mi do głowy jedna tylko rzecz: doba ma 24 godziny. Tylko to jedno zdanie.

Jeśli dla ciała wykroimy z tych 24 godzin stosowną ilość snu i pół godziny (godzinę?) na spacer (bieg? rower? basen?), to na pozostałe dziedziny także zostanie ileś. Nie mniej, nie więcej. Ileś na rozmowę z Bogiem, ileś na bycie z mężem, dziećmi, budowanie z nimi więzi. I dopiero resztę czasu trzeba by ładować w krzątaninę po domu (ta nigdy się nie kończy, to studnia bez dnia, która pożre wszystko inne, czego nie ochronimy). I podobnie na pracę, jeśli mamy jakiś wpływ na ilość godzin, które mamy jej (twórczo) oddać.

Wystarczy więc inżynierię planowania czasu zacząć od końca – od tego, co ważne i kluczowe dla naszego funkcjonowania jako zdrowego człowieka, żony/męża, mamy/taty. Wówczas pozostałe pilne sprawy zastaną w nas przytomnego, gotowego im podołać człowieka – oraz realistę, jeśli chodzi o zapełnianie kalendarza planami.

m

Dar z siebie – pierwotna intuicja

June 19, 2016 10:04 am

Bardzo lubię określenie ‘dar z siebie’. Nie znam lepszego, równie adekwatnego określenia na opisanie tego, czym jest miłość. To ostatnie słowo znaczy już tak wiele i tak różnych, a często i sprzecznych rzeczy, że nie znaczy już nic. W zasadzie za każdym razem, kiedy rozmawiamy z kimś o miłości, należałoby uzgadniać sens tego słowa, aby być pewnym, że mówimy o tym samym. Mówiąc o ‘darze z siebie’ nie pozostawiam rozmówcy wątpliwości, czym jest miłość i co to znaczy kochać – kochać to dawać siebie. I nie trzeba być żadnym wyrafinowanym intelektualistą, aby właściwie zrozumieć o co chodzi w postawie ‘daru z siebie’. Mogłem się o tym przekonać jakiś czas temu, gdy przysłuchiwałem się rozmowie Agnieszki (mojej żony) z bratem, który po rozstaniu z dziewczyną dzielił się z nami swoim sceptycyzmem w sprawie istnienia miłości. Rozmowa ta wyglądała mniej więcej tak:

– Nie wiem, czy ja kocham. Nie wiem, co to miłość. Czy coś takiego w ogóle istnieje? – wyznał Kamil zapytany o powody rozstania ze swoją ostatnią dziewczyną.

– No co ty, brat? – spytała Agnieszka uśmiechając się do Kamila – Nie kochasz mnie?

– Nie no, co ty, siostra. Pewnie, że cię kocham.

– No to, co to znaczy, że mnie kochasz? – nie dawała za wygraną Agnieszka.

– No, że gdyby coś ci stało, to zrobiłbym wszystko, żeby ci pomóc…. dałbym się za ciebie porąbać.

Przysłuchiwałem sie tej rozmowie podziwiając jak Agnieszka jednym pytaniem – „Nie kochasz mnie?” – otwiera drogę do rozumienia istoty miłości. Kochać bowiem to pragnąć dobra drugiej osoby, afirmować jej wartości jako osoby właśnie, stawiając na szali swoje własne dobro, a nawet swoją własną osobę, a czyniąc to doświadczać siebie jako istoty wolnej rozumnej i spełniającej swoje najwyższe powołanie, doświadczać pełni człowieczeństwa. Wszystko to, co wyczytałem w mądrych traktatach rozpisane na dziesiątkach stron, rozłożone na czynniki proste i z powrotem powiązane w zgrabne sylogizmy, w jednym momencie stanęło mi przed oczyma jako organiczna całość wyrastająca z doświadczenia żywej relacji bliskich sobie osób. Kamil nie potrzebował żadnych studiów, aby uchwycić sens miłości jako daru z siebie. Źródłem jego rozumienia nie była nabyta w toku żmudnych analiz i wieloletniego badania wiedza, ale bezpośrednia intuicja dostępna w doświadczeniu drugiej osoby. Takie rozumienie nie musi przybierać jakiejś językowej formy w postaci mniej lub bardziej rozbudowanej teorii. Co więcej, właściwym żywiołem, w którym wyraża się takie rozumienie miłości jest działanie, a nie teoretyczne dociekanie jej istoty. Rozumienie w tym sensie nie oznacza posiadania adekwatnie wyartykułowanej treści poznania, ale oznacza, po heideggerowsku, pewien sposób funkcjonowania w świecie. Tak jak szewc rozumie się na swoim fachu i zgodnie z tym rozumieniem postępuje wykonując swój zawód, tak i ten, kto rozumie miłość jako dar z siebie odpowiednio do tego rozumienia kształtuje swoje relacje z innymi ludźmi.

Nie chciałbym, aby to co wyżej napisałem było brane za wyraz postawy negującej wartość teoretycznego namysłu nad istotą miłości. Bynajmniej, uważam, że jest on bardzo potrzebny. Taki namysł nie jest intelektualną rozrywką znudzonych czy nawiedzonych osobników, ale praktyczną koniecznością. Niebezpieczeństwem jakie bowiem grozi postawie opartej na pierwotnej intuicji dostępnej w codziennym doświadczeniu i nie pogłębionej przez teoretyczny namysł, jest załamanie się jej w obliczu negatywnych doświadczeń. Osobiste doświadczenie podniesione na poziom teoretycznej wiedzy stabilizuje taką chwiejną postawę. Jednak ostatecznym oparciem, na którym wspiera się postawa daru z siebie jest Ten, który „istniejąc w postaci Bożej nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi” (Flp 2).

Mariusz Rogalski

zamiar był dobry

June 18, 2016 5:03 am

Syn sąsiadów, w wieku przedmaturalnym, zabrał na boisko, gdzie spotyka się na towarzyskie kopanie piłki ze swoimi kolegami z klubu, naszego dziesięcioletniego syna. Zdecydowanie umiejętności tych młodych ludzi przekraczają warsztat naszej latorośli, która ze sportów raczej szachy, a posturą przypomina przecinek. Mój Mąż, który z najmłodszym naszym synkiem w wózku wybrał się podpatrzyć, jak przebiegają rozgrywki, był zachwycony wielką opiekuńczością, z jaką starsi koledzy wprowadzali Krzysia w arkana “kiwania” i strzelania goli. W końcu, gdy znalazł w sobie zapał, złapał dryg i zaczął angażować się z sercem w akcje, zmierzając na bramkę oddał niezbyt celny strzał. I wówczas ci chłopcy skwitowali to entuzjastycznym okrzykiem: “zamiar był dobry”!

Na fali Programowego skrzywienia, które na zawsze zmieniło moją optykę patrzenia na świat i relacje międzyludzkie, pomyślałam, jak cudownie byłoby umieć tak samo. W działaniu bliskich osób widzieć ten dobry zamiar, tę najlepszą intencję. I to ją ocalić, ją serdecznie i pokrzepiająco nagrodzić.

By nie było jak w powiedzeniu, że innych oceniamy na podstawie efektów ich działań, za to siebie samych – na podstawie intencji, jakie nam przyświecały…

m

 

 

Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej – Euro 2016…

June 17, 2016 5:00 am

…trwają od tygodnia. Niektórzy mówią – wielkie święto futbolu; inni – takiej szansy nie mieliśmy jeszcze nigdy dotąd; jeszcze inni – nic nie mówią, bo wzięli urlop na ten czas. Oglądanie meczów w czasie tak długiego turnieju (w fazie grupowej 2-3 mecze codziennie przez 12 dni) jest “dodatkowym, nieprzewidywalnym czynnikiem” mającym wpływ na work-life balance. W sieci pojawiają się porady – i dla Mężów,  i dla Żon – jak przeżyć, jak przetrwać ten czas, nie zabijając się wzajemnie i nie raniąc. Tym razem dodatkowym ułatwieniem/utrudnieniem (właściwe podkreślić) jest fakt, że mecze nie są transmitowane w ogólnodostępnych kanałach tv…

Absolwenci programu JA+TY=MY mają ZA DARMO miesięczny warsztat w kilku dziedzinach: szacunek i akceptacja odmienności, dar zamiast roszczeń, czas dla nas, dialog i komunikacja…

Trzymając kciuki za 23-osobową kadrę Adama Nawałki myślę, że zwycięzców tegorocznego Euro może być – i będzie jednak – wielokrotnie, wielokrotnie więcej…

“ŁĄCZY NAS PIŁKA”  Mam nadzieję, że nie tylko ona… 😉

Andrzej O.

co w zamian?

June 16, 2016 5:00 am

To, jak jesteśmy ważni i wyjątkowi, dzisiaj kolejny raz możemy się przekonać. Nikt inny jak sam Bóg przez swojego Syna nam przypomina: „Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. Wy zatem tak się módlcie: Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech się święci imię Twoje!…” (Mt 6,8b-9) Nikt inny nie ofiarował nam tak wiele: Ojciec swojego Syna, a Syn swojego życia za nas. Przez Syna staliśmy się też dziećmi Boga. Dziedzicami Nieba!

Ale też bardzo często, pomimo takiego pochodzenia, zapominamy o tym, albo nie dowierzamy. A On, tak jak dzisiaj, ciągle nam o tym przypomina.

Niejeden pewnie zachodzi w głowę nad opłacalnością tego usynowienia. Ale nijak się mają tu prawa ekonomii, nijak spekulacje. Sumy na kontach się nie powiększają, złota nie przybywa, posiadłości i rezydencje nie są w cenie. A jednak…

Jest coś, co rośnie w sposób trudny do opisania, bo wzory matematyczne tego też nie ogarniają. W Królestwie Bożym przybywa miłości i radość Boga wielka, gdy może przyjąć każdy nasz skromny dar z naszego życia. Każdy dar ofiarowania siebie z miłością mężowi, żonie, dzieciom, przyjaciołom, znajomym, nieznajomym. Każde przebaczenie. Zaufanie Jemu.

To jest ten nasz dar dla Niego.

Dorota

Dar przywołuje dar

June 15, 2016 9:02 am

Kończą się powoli rekolekcje w Wisełce. Będąc tak blisko rodzin, obserwując je na modlitwie porannej, w czasie Mszy św., w czasie wolnym i w czasie wieczornych adoracji, przeżywam na nowo, jak bardzo troska o siebie nawzajem – o dobro drugiej osoby, o to, żeby mąż czy żona mogła trochę bardziej wypocząć czy trochę dłużej się pomodlić – jak bardzo taki rodzaj troski wywołuje pragnienie obdarowania drugiej osoby z jeszcze większą mocą.

Troska tylko o własne potrzeby zamyka nas w ciasnym kręgu rywalizacji, “kto dał więcej”, podczas gdy troska o drugą osobę przywołuje dar z drugiej strony. Kiedy na zakończenie odnowienia przyrzeczeń małżeńskich dzieci śpiewały chwytającą za serca piosenkę, pełną wdzięczności dla rodzicielskich starań o swoje pociechy, łzy płynęły równo po obu stronach – i dziecka, które nie mogło pomieścić w sobie uczuć, i jego rodziców; po stronie kobiet i po stronie mężczyzn. To tylko zwykłe podziękowanie za to, że się jest kochanym, że się jest kimś dla kogoś – a przecież niezwykłe, gdy sobie uświadamiamy, jak wiele to znaczy.

Budowanie wokół siebie cywilizacji życia i miłości, cywilizacji zorientowanej na dobro drugiej osoby, a nie własne, zaczyna się od drobiazgów, ale konsekwencje mogą być ogromne.

Z życzeniem dobrego czasu na obdarowywanie sobą

ks. Jarosław

 

 

nie dam, czego nie mam

June 14, 2016 5:00 am

Jeśli nie mam czasu, to go nikomu nie ofiaruję.

Jeśli ciągle się na siebie denerwuję, nie dam nikomu cierpliwości.

Jeśli się nie wysypiam, nie dam nikomu mojej przytomnej obecności.

Jeśli nie pozwolę Mu, by mnie kochał, zwłaszcza gdy się przewracam – nikomu nie okażę serdecznego współczucia.

Jeśli nie poczuję na twarzy słońca, dla nikogo nie stanę się jego promykiem.

Jeśli nie przyjmę naprawdę w sercu dobra od Ciebie, to nie ofiaruję Ci mojego “dziękuję”, zawsze pokornego i mniejszego niż Twój dar, który mnie zachwyca i wprawia w zakłopotanie.

Z pustego i Salomon nie naleje.

Co mogę dziś dać sobie i co przyjąć – aby podzielić się tym z Tobą?

m

San Antonio

June 13, 2016 5:00 am

Ten popularny w pokoleniu naszych rodziców i dziadków Święty – choć teraz jest dużo “małoletnich” Antków – to patron osób i rzeczy zaginionych, dzieci, małżeństw, ubogich. Dziś, 13 czerwca, przypada Jego wspomnienie. Choć mówi się o nim Padewski, albo św. Antoni z Padwy – to z urodzenia był Portugalczykiem, urodził się w Lizbonie. Ikonografia przedstawia Go z Dzieciątkiem Jezus na ręku, z lilią, z chlebem. W dzieciństwie i młodości mieszkałem w parafii św. Antoniego. Pamiętam skarbonki z napisem “chleb św. Antoniego”. To dzieło miłosierdzia  – pomocy biednym i potrzebującym.

Św. Antoni, skuteczny orędownik, wyzwala w obdarowanych mechanizm wdzięczności – otwiera ich serca i dłonie na potrzeby innych. Uczy dzielić się tym, co otrzymałem, doceniać każdy dar, nawet najmniejszy.

Kiedy z radością przyjmuję to, czym zostałem obdarowany, gdy nie kalkuluję, czy mi się to “opłaca”, czy bilans będzie “na plusie” – to wdzięczność wyzwala kolejne dobro, działanie, wrażliwość serca…

I choć o Świętym Antonim przed wojną śpiewała Hanka Ordonówna, to jednak w moim sercu pobrzmiewa piosenka Staszka Soyki:

Na miły Bóg,

Życie nie tylko po to jest, by brać,

Życie nie po to, by bezczynnie trwać,

I aby żyć siebie samego trzeba dać…

Andrzej O.

robić mniej

June 12, 2016 5:00 am

Nowy dzień, nowe wyzwanie. Przy tylu rozmaitych zaangażowaniach i pięcioosobowej rodzinie właściwie z automatu odpala się nieuświadomiony program: “jak dzisiaj zrobić więcej niż wczoraj?” Wiadomo – po to, żeby zniwelować wczorajsze “zaległe” i żeby nie uzbierała się górka już na jutrzejszy wschód słońca. I ciągle jest zadyszka, ciągle wyścig z czasem wydaje się przegrany.

Dojrzewam coraz bardziej do myśli, którą ktoś mi podrzucił, że trzeba by założyć program odwrotny: “jak robić mniej?” By ten maksymalizm, który budzi się razem ze słońcem, znalazł lepszy kierunek. Bo gdyby robić mniej, można by bardziej być. Być z drugim. Z mężem, dziećmi, przyjaciółmi. Stawać się dla nich lepszą wersją siebie: bardziej uważną, cierpliwą, łagodną.

“Bycie” pozornie wydaje się brakiem aktywności. Kiedy chcemy innym “coś z siebie dać”, szukamy natychmiast pomysłu na niespodziankę, na coś niezwykłego, przygotowanego z wysiłkiem. Zastanawia mnie, jak wielkim darem jest ta przestrzeń w sobie, którą można zrobić dla drugiego. Zaczynając od zwykłej ciekawości: “a co u Ciebie?” To jest dar upragniony: bycie wysłuchanym bez oceniania i udzielania rad. Bycie przyjętym.  Bycie dla kogoś ważnym.

Do tego jednak, by tak przyjmować innych i by pozwolić siebie samą przygarnąć, trzeba na pewno wyłączyć tykający w umyśle zegar, który ucieka przed siebie.

m

Wisełka 2016 – turnus „zerowy”

June 11, 2016 11:08 am

Rekolekcje w Wisełce to rekolekcje niezwykłe: oczekiwane, wytęsknione, limitowane i oblegane tłumnie, z listą oczekujących czasem równą liście tych, którzy się na nie dostali. Z jednym małym wyjątkiem—turnusem tzw. „zerowym”, czyli jeszcze w trakcie roku szkolnego, na początku czerwca, dla rodzin, których dzieci jeszcze nie chodzą do szkoły (albo uczą się w systemie domowym i nie przeszkadza im to w przerobieniu materiału). Jest nas więc niedużo, w kaplicy jest przestronnie, a w jadalni wszyscy się mieszczą. Małżeństwa są w podobnym wieku, dzieci także, wolontariat właśnie zdał maturę, więc podobieństw jest więcej niż różnic.

To jednocześnie najkrótszy z turnusów, bo tylko 10-dniowy, ale ze wszystkimi istotnymi elementami. Jutro kończy się czas ściśle rekolekcyjny, w poniedziałek czeka nas dzień pokutny, we wtorek “Wesele”, a w środę prezentacja prac poszczególnych grup, których nie ma zbyt wielu, ale pracują bardzo intensywnie. Ministranci, którzy służą do Mszy św., noszą komże, które trzeba zmniejszać agrafkami, a ci, którzy siedzą na ławce pod oknem, spokojnie mieszczą się pod parapetem. Choć jest to załoga mikro-ministrancka, to jednak liturgia jest w pełnej asyście. Oni pierwsi mieli szansę przetestować zamek z „Wieżami Anioła”, który bardzo im przypadł do gustu. 

Dobrze tu być znowu. Dobrze być wśród swoich i z rodzinami. Dobrze jest słuchać małżeńskich świadectw o działaniu Pana Boga w ich życiu. Dobrze, że jest Wisełka i ten Dom.

Z serdeczną pamięcią o Was

Ks. Jarosław