Kardynał Franciszek Macharski

August 5, 2016 5:00 am

emerytowany arcybiskup-metropolita krakowski, kapelan Rycerzy Kolumba w Polsce – odszedł do Boga w ostatni wtorek, dziś Jego pogrzeb. W tych dniach wiele o Nim powiedziano – wspomnienia, świadectwa, podsumowania, refleksje… Ubóstwo, prostota, pełnienie czynów miłosierdzia. On nie tylko o tym mówił, On sam także pierwszy dawał tego przykład. I moment Jego śmierci – w Roku Miłosierdzia; tuż po ŚDM w Krakowie – tak, by nie zakłócić i nie zaburzyć ich radości i entuzjazmu; w dniu Matki Bożej Anielskiej – odpustu Porcjunkuli, tak bardzo związanym ze św. Franciszkiem; o godzinie 9:37…

Kardynał Macharski obrał sobie jako zawołanie biskupie słowa Jezu ufam Tobie! Dziś je powtarzam – i dodaję: wieczny odpoczynek racz Mu dać, Panie…

Vivat Jesus!

Andrzej O.

PS. Jak zwykle w czasie Programów, tak i tym razem otoczmy modlitwą Międzynarodowy Program 3: NASZA RODZINA + SPOŁECZEŃSTWO we Wrocławiu. 🙂

Dar i czas  

August 4, 2016 5:00 am

Zastanawiając się nad kolejnym wpisem na blogu pomyślałem, że rozpocznę od słów jednej z czołowych polskich feministek na temat jej stosunku do dzieci. Ponieważ chciałem wiernie oddać ich sens zacząłem szukać interesującej mnie wypowiedzi w Internecie. Niestety nie znalazłem jej ani w brzmieniu, które zapamiętałem, ani żadnym innym, które mniej lub bardziej wyrażałoby poszukiwaną przeze mnie myśl. Wobec tego postanowiłem zrezygnować z zamierzonego tematu. Po pewnym jednak czasie pomyślałem, że w zasadzie nie muszę odnosić się do czyichś słów, aby poruszyć interesujący mnie problem, ale mogę odwołać się do własnej na nie reakcji. A jeśli tak, to nie ma większego znaczenia czy brzmiały one dokładnie tak, jak je zapamiętałem czy nie, a nawet czy w ogóle ktoś je wypowiedział. Ważne jest to, co dzięki nim sobie uświadomiłem.

Myśl, o która mi chodziło brzmiała mniej więcej tak (cudzysłów należy wziąć w cudzysłów, gdyż nie chodzi tu o cytat): „Nie lubię niemowląt. Są one intelektualnie nieinteresujące. Co innego kilkuletnie dzieci, one potrafią być już ciekawymi rozmówcami”. Pierwsza moją reakcją była niezgoda na taki punkt widzenia, w którym miarą wartości człowieka są jego intelektualne zdolności. W tle tego negatywnego nastawienia stały inne znane mi wypowiedzi tej feministycznej działaczki, w śród których znaleźć można też postulat nieograniczonego prawa do aborcji. Chociaż więc wypowiedź ta nie dotyczyła tego problemu, to stał się on głównym kontekstem mojego jej odczytania. Po chwili zastanowienia doszedłem jednak do wniosku, że zdanie to wzięte samo w sobie opisuje również moje ojcowskie doświadczenie. Czy czasu spędzonego z moimi małymi dziećmi nie przeżywam jako przykrej konieczności odbierającej mi możliwość rozwijania własnych intelektualnych zainteresowań? Czy nie doświadczam tego czasu jako straconego? Czy nie dlatego każdą przeszkodę (opieszałość w sprzątaniu, jedzeniu kolacji, itd.) oddalającą moment, w którym będę mógł wreszcie zająć się swoimi sprawami, przyjmuję ze wzrastającą irytacją i zdenerwowaniem? Czy nie dlatego wreszcie dominującym doświadczeniem mojego ojcostwa jest frustracja? „Tak” – brzmiałaby moja odpowiedź. A przecież gdyby ktoś mnie zapytał czy kocham moje dzieci, to bez wahania i szczerze odparłbym, że bardzo je kocham. A więc tak wygląda ta moja miłość? Cóż za rozczarowanie. Świadomość rozdźwięku między aktualną zdolnością do kochania, do bycia darem, a wysokim ideałem, w który celuję mówiąc „kocham”, staje się dodatkowo źródłem frustracji. Po pewnym czasie staje się również źródłem nadziei, że w miłości można wzrastać. Mając za sobą kilkuletnie doświadczenie ojcostwa mogę z całą pewnością powiedzieć: „dziś potrafię bardziej dawać”. Nawet jeśli to bardziej to tak niewiele, że czasami trudno to zauważyć, to z tego doświadczenia wewnętrznej przemiany wypływa oszałamiająca nadzieja na Miłość bez końca. Zupełnie zaskakującym odkryciem było dla mnie stwierdzenie, że ta wewnętrzna przemiana wpływa również na intelekt uzdalniając go do kontemplacji, do bezpośredniego doświadczania Bożej rzeczywistości. „Odbierając” mi możliwość „intelektualnego rozwoju” moje dzieci „dały i dają” mi możliwość duchowego wzrostu i odkrycia kontemplacyjnego wymiaru intelektu. Zrozumiałem starą prawdę nauczaną przez ojców pustyni, że prakthike poprzedza theorethike, że ćwiczenie się w cnotach otwiera intelekt na oglądanie Boga, nigdy odwrotnie.

Na marginesie tych przemyśleń przypomniałem sobie o artykule profesora Romana Ingardena pt. „Człowiek i czas”, w którym krakowski filozof rozważa związek łączący sposób rozumienia siebie przez człowieka ze sposobem rozumienia i przeżywania czasu. Komuś niezorientowanemu w filozoficznym kontekście, w którym autor prowadzi swoje rozważania, końcowa hipoteza może wydać się niedorzeczna lub cokolwiek osobliwa: czas jest pochodną sposobu istnienia człowieka. W tym kontekście pomyślałem sobie, że sposób w jaki przeżywam swój czas z innymi może być wskaźnikiem mojego zasadniczego sposobu istnienia. Inaczej bowiem przezywa swój czas człowiek, który rozumie siebie i drugiego człowieka jak dar i szansę, a inaczej człowiek, który rozumie drugiego człowieka jako środek do celu, narzędzie, które prędzej czy później, chwilowo lub trwale, staje się przeszkodą w realizacji własnego celu.

Mariusz Rogalski

„Tylko tyle” też wystarczy  

August 3, 2016 5:00 am

Wczoraj ruszyła do Częstochowy pielgrzymka warmińska. Podczas rozmów z pielgrzymami całkiem spora część mówiła, że będzie szła tylko 2-3 dni, a potem wraca do domu, bo praca, bo rodzina… I w tych rozmowach inni rozmówcy reagowali na dwa sposoby. Pierwszy to: „No jak? Tylko na dwa dni? To w zasadzie bez sensu, to się nawet nie liczy jako pielgrzymka”. Inni (na szczęście w większości) mówili: „Super. Dobrze, że chociaż tyle możesz z nami iść”.

Na gruncie małżeńskim i rodzinnym codziennie znajdujemy się w dziesiątkach czy nawet setkach sytuacji, w której mamy podobne opcje reagowania. Mąż posprzątał łazienkę, ale nie robi tego zbyt często, więc zapomniał umyć lustro – opcje do wyboru: „Lustra już ci się nie chciało, co?” lub „Świetnie, dzięki Tobie mam mniej sprzątania”. Żona wyprasowała dwie koszule do pracy: numer 1. „Ty myślisz, że tydzień ma tylko dwa dni?” i numer 2. „Dziękuję Kochanie, wiem, że tego nie lubisz”. I tak na okrągło… Generalnie sytuacja sprowadza się do prostego wyboru: czy odbierzemy działanie drugiej osoby jako „tylko tyle” czy „aż tyle”.

Sami siebie też tak często odbieramy – ileż razy nie zrobimy czegoś, bo to przecież „tylko tyle” i nikt tego nie zauważy? Apostołowie mieli podobnie – kiedy poprosili Jezusa, żeby odprawił tłumy, bo nie mają ich czym nakarmić nie wspomnieli od razu, że mają „tylko” trochę chleba i ryby. Jednak z Jezusem to wystarczyło. To jest klucz – nasze „tylko tyle”, o ile poprosimy o błogosławieństwo od Boga, zawsze wystarczy.

Łukasz Czechyra

ojcostwo według Franciszka

August 2, 2016 5:00 am

“Bóg jest daleki, surowy i niezbyt czuły, dobry dla dobrych, ale zły wobec złych”. Tak Franciszek streścił jedną z przeszkód w budowaniu relacji z Bogiem, jaką jest okaleczony, fałszywy obraz Ojca. Pomyślałam, że to zarazem świetny punkt wyjścia, by określić, jaki Bóg jednak jest. Wystarczyłoby tylko odwrócić te negatywy. Z “dalekim”, “niezbyt czułym” i “złym wobec złych” poszło mi dosyć łatwo: a więc jest “bliski”, “ogromnie czuły” i “dobry dla wszystkich”. Gdy szukam odwrócenia dla “surowego”, wydaje mi się, że to niekoniecznie będzie tylko “miłosierny”. Czymś po drugiej stronie surowego oblicza będzie poczucie humoru, pogoda, dystans, radość, wyrozumiałość, zatroskanie wobec słabości, delikatność. Całe mnóstwo niesamowitych spraw, które “surowość” zabija, odcinając właśnie nas od tego, co subtelne i żywe, co czujące i empatyczne w nas.

Czytam to jako wielki drogowskaz dla ojców swoich dzieci, którzy kładą w ich sercach głębokie fundamenty obrazu Boga Ojca na ich już dorosłe życie duchowe. Jakim być? Jakim ojcem być zwłaszcza wtedy, gdy samemu nie ma się w tej dziedzinie dobrych doświadczeń? Czy nie byłoby wspaniale być tatą według tak obiecującej listy pozytywów? Ale chociaż głowa wie, że tak, owszem, byłoby fantastycznie, ojcowie często doświadczają wewnętrznego paraliżu i niezdolności, by takimi się stać. Może się bowiem zdarzyć, że w środku noszą małego chłopca, zdruzgotanego surowością własnego ojca, zapomnianego (bo ten zajęty był ważnymi sprawami), ogromnie osamotnionego.

Trzeba po tego chłopca wrócić. Koniecznie trzeba tego chłopca w sobie znaleźć. Trzeba go uwolnić od klątwy słów, że prawdziwi mężczyźni nie czują, nie wzruszają się, nie mają obaw. Trzeba dotrzymać mu towarzystwa w czasie, gdy się bał, cieszył albo wstydził; gdy był niezrozumiany, nazwany głupkiem, odepchnięty. Trzeba stanąć po jego stronie i powiedzieć: to było okropnie przykre. To wszystkiego nauczy. Nauczy być bliskim wobec własnych dzieci, które się boją, cieszą, wstydzą – i bardzo potrzebują taty.

m

Cały tekst homilii tu – a jeśli ktoś chciałby posłuchać i popatrzeć – relacja TV tu.

 

Dar z siebie zamiast pragnienia władzy

August 1, 2016 5:00 am

Nie było takiego miejsca w czasie naszej krakowskiej podróży z Blair i Markiem z Hastings w Nebrasce, którzy przyjechali do Polski na Program 3, zaplanowany na przyszły weekend. żebyśmy nie byli otoczeni przez młodych z ŚDM. Gdyby pominąć oczywistości, takie jak Kraków i Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, gdzie musieliśmy się mocno przeciskać, bo grupy szły całą szerokością jezdni raz w jedną stronę, a raz w drugą, to natknęliśmy się na nich i w Wadowicach (całe miasto należało do nich), i w Auschwitz, i w Birkenau, ale także w Zakopanem i na Jasnej Górze.

Wszędzie było to samo—młodzież idąca tłumnie, bawiąca się tłumnie, siedząca tłumnie czy śpiewająca tłumnie. A jak razem, to z jakąś troską o siebie nawzajem: dzieląca się kanapką, piciem czy kawałkiem maty, żeby nie siedzieć na gołej ziemi.

Gdy się jest razem, bliskie i naturalne jest bycie darem z siebie. Możemy powalczyć o większy kawałek czekolady czy o wzięcie większego „gryza” jabłka, ale ostatecznie zawsze jest relacja, zawsze jest interakcja z kimś mi bliskim, obok mnie. Pragnienie władzy pozbawia nas drugiej osoby obok nas. Wynosi nas ponad i każe patrzeć, nawet jeśli nieświadomie, to jednak z góry. Czy to jako brzemię odpowiedzialności za „moich” ludzi czy też użalanie się „kim tu pracować”?

Papież Franciszek kierował młodzież na dar z siebie, bo nie ma innej drogi, która prowadzi do Nieba. A ono zaczyna się już tutaj, gdy tworzymy wokół siebie środowisko ludzi szczęśliwych z tego, że mogą być dla innych darem. Bezinteresownym.

ks. Jarosław

„Pragnienie władzy, wielkości i sławy jest rzeczą tragicznie ludzką i jest wielką pokusą, która stara się wkraść wszędzie; dawać siebie innym, eliminując dystanse, pozostając w małości i konkretnie wypełniając codzienność – to subtelnie Boskie.” (Franciszek, Homilia w Częstochowie, Jasna Góra, 28.07.2016)