Nie można przestać się starać

March 22, 2017 5:00 am

Przygotowywałem ostatnio materiał dotyczący misterium Męki Pańskiej w jednym z warmińskich miast. Wspaniała sprawa – po raz pierwszy taka inicjatywa w tym miejscu, a zaangażowanych jest ponad 130 osób. Szyją stroje, piszą rozważania, dbają o wszystkie detale – nawet kielich sprowadzili z Kaliningradu, bo w całej okolicy nie znaleźli odpowiedniego. Wybili także specjalnie na tę okazję 30 srebrników.

Rozmawiałem z kilkoma aktorami – ten grający Jezusa powiedział, że choćby nawet chciał, to nie da się zagrać na sucho, bez emocji, że to wszystko przeżywa się od środka. Zapytałem też Judaszam jak to jest być tym złym. Odrzekł, że na pewno łatwiej niż tym dobrym. “Nie muszę się spinać, wszystko wychodzi naturalnie” – powiedział.

Nie od dziś wiadomo, że bycie „tym dobrym” jest trudniejsze – to w końcu płynięcie pod prąd. Ale w zasadzie dopiero po słowach tego chłopaka dotarło do mnie, że to mógł właśnie być największy błąd Judasza – nie to, że był mściwy i zachłanny, ale że zwyczajnie przestał się starać, by być tym dobrym.

Takie też jest zadanie w Wielkim Poście – modlitwa, post, jałmużna, które przecież wymagają wysiłku: tego, żeby się postarać. I nie przestawać się starać, bo jak tylko przestaniemy, to potem ciężko zacząć od nowa.

Łukasz

Podwójny Program w Hastings

March 21, 2017 8:40 am

Choć już kiedyś o tym pisałem, myślę, że warto powtórzyć, żeby zorientować się troszkę w realiach pracy z rodzinami, jaką podejmujemy naszymi Programami w różnych miejscach na świecie. Hastings w Nebrasce, należące do Diecezji Lincoln, to jej drugie co wielkości miasto. Diecezja ta jest bardzo szeroka, bo prawie od jednego krańca stanu Nebraska (i jego granicy z Iową i Missouri), aż po drugi kraniec (i granicą z Colorado), czyli obejmuje wszystko, co leży poniżej rzeki Platte. Całość powierzchni to prawie 62 tysiące km2 (1/5 Polski), a mieszka tu ponad 500 000 ludzi, z czego katolików jest 100 000. Duszpasterską opiekę sprawuje 150 kapłanów w 134 parafiach. Hastings liczy sobie ok. 25 000 mieszkańców, z czego 1/5 to katolicy, którzy podzieleni są na dwie parafie.

Nasze Programy odbywają się w St. Cecylia Highschool, przy wsparciu miejscowego ks. Proboszcza, który od pierwszego Programu wspiera nas i uczestniczy w spotkaniach poprogramowych.

Jedynie w Hastings nasze Programy odbywają się w oparciu o społeczność parafialną – i jest to wyjatkowe w skali naszych doświadczeń w różnych miejscach. Nie jest przeszkodą ani odległość pomiędzy uczestnikami (czasem bardzo duża, jak np. w Meksyku czy Bogocie) ani brak stałego miejsca na spotkania po Programie (gdy trzeba za każdym razem szukać innego miejsca). Uczestnicy widzą się często przy wielu różnych okazjach i mają na miejscu duszpasterzy, którzy coraz lepiej znają nasze Programy i chętnie się włączają w spotkania.

Tym razem odbyły się dwa Programy na raz: JA+TY=MY oraz MY+RODZINA. To trochę trudniejsze dla prowadzącego, który ma dwa razy tyle wykładów, i dla organizatorów, gdy trzeba było wszystkie posiłki rozkładać na dwa różne harmonogramy. Jest też tutejszą tradycją, że pary z poprzednich edycji sami przygotowują posiłki dla nowych uczestników oraz przychodzą na Mszę św. na zakończenie. To wszystko powoduje, że Programy w Hastings rozwijają się bardzo dynamicznie, choć jest to przecież nieduża społeczność.

Dziękuję wszystkim za serdeczne otoczenie nas modlitwą i niezwodne wsparcie.

Otaczając Was moją modlitwą

Ks. Jarosław

PS. Jak pamiętacie, za kilka dni Program JA+TY=MY w Omaha. Już z góry proszę o pamięć.


 

 

Józef, człowiek czynu

March 20, 2017 5:00 am

Pięć lat temu, wykonując kolejne tłumaczenie artykułu na temat głębokich wykopów, ścianek szczelnych i parametrów gruntowych w ramach mojej specjalizacji zawodowej, jaką osiągnęłam tłumacząc podobne teksty od roku 2000, napisałam list do św. Józefa z prośbą o zmianę branży. Było to ostatnie zlecenie, jakie do mnie przyszło wtedy na długie miesiące potem. Liścik przechowuję do dzisiaj, bo ta prośba jakoś także przyprowadziła mnie do Fundacji i zaangażowania swoich talentów w pracę na rzecz małżeństwa (najpierw swojego) i rodziny.

Święty Józef, Patron dzisiejszego dnia, tak mi się kojarzy. Z konkretem. Z dachem nad głową (zawsze go znajdował, gdy Święta Rodzina była w opałach), z troską o swoich bliskich w ciągłych podróżach (dlatego zawsze modlimy się do niego, gdy wyruszamy w podróż), z pomocą w trudnych dylematach zawodowych czy materialnych niedostatakach.

Nie wiem, czy Mu to wystarcza i czy nie można pójść w stronę pogłębienia tego, jak dobrym był mężem i wspaniałym tatą, ale ta oszczędność słów na kartach Ewangelii, gdy jest o nim mowa, mówi mi bardzo wiele o mężczyznach: o ich wąskiej specjalizacji do konkretu i czynu, o potrzebie zaufania ze strony kobiety w ich decyzjach podejmowanych w stanie zagrożenia, o miłości wyrażającej się poprzez zapobiegliwość i wreszcie o ofierze, jaką składają z własnej potrzeby kontroli, gdy poddają się Bogu.

Jak bardzo Maryja musiała znać różnice i ubogocać ich wspólne życie intuicją, drobiazgami, kobiecą delikatnością i mądrością. Choć przecież była kobietą silną, pełną wewnętrznego piękna, w dodatku Matką Boga. Mogłaby uprosić jakiś cud u Niego, żeby Józef gadał z nią godzinami, osiem razy dziennie zapewniał ją, że jest ważna, jedyna i najwspanialsza na świecie, opowiadał jej ze szczegółami o każdym kliencie stolarni oraz jak miała na imię jego żona i dzieci. Bo przecież wydaje się,  że na pytanie: “jak było w pracy?” On także odpowiadał: “dobrze”. 🙂 A jednak Maryja nigdy nie zwątpiła w jego miłość.

Małgorzata Rybak

znaleźć w sobie przystanek

March 19, 2017 5:00 am

Ostatnio na spacerze z dwuletnim Pawełkiem zobaczyliśmy karetkę, która zabierała do szpitala sąsiada z naszej ulicy, rzutkiego przedsiębiorcę, choć już niemłodego. Pomyślałam o spowolnieniu życia, o którym ostatnio wspominał Znajomy Ksiądz z Polski, a które w przypadku sąsiada będzie jakoś przymusowym oderwaniem od zadań codzienności.

Najtrudniejsza jednak gonitwa, którą trzeba uspokoić, to ta w środku nas. Nieraz nawet gdy już dotrzemy do punktów wspomnianych przez Księdza we wpisie, jak prysznic, jazda samochodem czy drugie śniadanie, jest nam strasznie trudno wyhamować to szaleństwo, które dzieje się w środku. Przynajmniej jest to moim osobistym doświadczeniem. I chociaż z jednej strony to cudowne, że w tak prozaicznych sytuacjach przychodzą do głowy nieraz zupełnie nowe i świetne pomysły czy rozwiązania problemów, to z drugiej – tak ważne jest wyciszenie planów i działań, nawet tych w środku, by móc się pomodlić, by móc określić, co jest dla mnie dzisiaj najważniejsze, czego się boję, czym się cieszę, a co od siebie odsuwam i spycham w kąt (a co będzie miało wpływ na moje działania). Albo ucieszyć się tym, że jestem. Powiedzieć sobie samej coś dobrego.

Zdolność regulowania tempa “dziania się” w nas przekłada się nie tylko na nasze wewnetrzne poukładanie czy spokój, którym moglibyśmy promieniować na zewnatrz. Ta umiejętność sprawdza się bardzo, gdy życie spowalnia “za nas”. Gdy dziecko jest chore i trzeba spędzać z nim każdą chwilę, z punktu widzenia produktywności nie robiąc nic. Gdy potrzeba znaleźć w kalendarzu czas na wizytę u babci, dziadka czy dawno niewidzianej rodziny, mieszkającej na dalekim krańcu Polski. Odpisać na list, kóry nie jest zwykłą wymianą zadań i rzeczy do zrobienia. Co ciekawe, to właśnie te działania podejmują ludzie, którzy nagle się dowiadują, że ich życie niebawem się skończy. Nagle okazuje się, że mają dużo czasu na spowolnienie, że gonitwa nie ma już najmniejszego sensu; że “spowolnienie” przynosi najważniejsze słowa i działania, podczas gdy gonitwa troszczy się tylko o te najpilniejsze.

Warto podejmować trening, jeśli jest to dla nas trudne. Robienia nic, spędzania chwil z samymi sobą, z Panem Bogiem, w odłączeniu od elektroniki i podajników ciągle to nowych bodźców. Po to także, by mieć dystans do codziennej gonitwy i spojrzenie pełne nieba i słońca, które jest nad horyzontem, na to wszystko, z czym się zmagamy. 🙂

Małgorzata Rybak

PS. Szukając przykładów osobistej misji na warsztaty dla kobiet, które zaczynamy od wtorku za tydzień, znalazłam stronę, na której można kupić taki tekst za jedyne 5 dolarów. Nawet więc misję zyciową można załatwić sobie w biegu. 😉

Małże w Poście

March 18, 2017 8:29 am

Przez wieki krążyły różne fantastyczne pomysły na temat produkcji pereł. Dzisiaj już wiadomo, że czynnikiem sprawczym jest ziarenko piasku, które dostaje się do wnętrza perłopława, tworząc strukturę zwaną “woreczkiem perłotwórczym”. W nim rozpoczyna się proces odkładania masy perłowej…

Małż początkowo wzbrania się, usiłując pozbyć się intruza. Odczuwa ból , który jest zupełnie nowym doznaniem. Z czasem akceptuje nową sytuację, nie płacze, nie rozpacza…
Powoli dzień po dniu przemienia swój ból w perłę , tworząc piękne arcydzieło.

Trawa post, który jest chwilą zatrzymania się na modlitwie, refleksją nad sensem i jakością życia. To czas porządków wiosennych w domu i ogrodzie, a przede wszystkim w nas samych. Dobry moment do postawienia sobie krótkiego pytania: ” jak?” .

Jak być trochę lepszym niż wczoraj?
Jak umieć rezygnować z przyjemności własnych w imię wyższych intencji?
Jak znaleźć czas dla tych którzy mnie potrzebują?
Jak przerobić w sobie decyzję nawrócenia do przemiany – w bycie darem?
Jak naśladować perłopława, by stworzyć w trudach codzienności perłę relacji?

Katarzyna Stettner

Gdzie popełniłam błąd? :)

March 17, 2017 7:23 am

Moją mocną stroną jest kreatywność, więc uwielbiam to, że dar z siebie jest twórczy, radosny, wolny i daje duże pole do popisu. Nie stanowi więc dla mnie problemu wymyślanie nowych pomysłów, niespodzianek, zaskakiwanie Pawła prezentami czy zorganizowaniem czasu w ciekawy sposób. Można nawet pokusić się o wniosek, że w tej materii wykazuję aż za dużą aktywność. 🙂 I wszystko jest pięknie… do czasu… Kiedy następuje zderzenie z reakcją Ukochanego. Bo u mnie bardzo często w pakiecie z darem jest zaszyte bardzo konkretne oczekiwanie, określona ilość “achów” i “echów”, pełne wdzięczności spojrzenie i słowa miodem płynące. 🙂 No, w końcu należy mi się nagrodę za pomysł, oryginalność i w ogóle. W efekcie kiedy życie gotuje mi inny scenariusz niż sztuka zapisana w mojej głowie – pojawia się złość, rozczarowanie i zadawanie sobie pytania: gdzie popełniałam błąd? 🙂

Dopiero Program pomógł mi zrozumieć, no właśnie… gdzie popełniłam błąd. Zarządzanie oczekiwaniami to nie lada sztuka, ale warto się jej uczyć, a przede wszystkim warto w sobie szukać radości z samego aktu dawania, a nie z reakcji, która nastąpi potem. Tak wiem, to trudne, ale z pewnością możliwe. Jak to robić? Nie mam złotego patentu, wciąż popełniłam błędy, choć mam nadzieje, że jest ich mniej. To, co ja robię, to przede wszystkim staram się przechwytywać wszystkie głosy w mojej głowie, które szepczą mi: “nie tego się spodziewałaś”, “powinien to”, “powinien tamto”. To powoduje, że odbieram tym słowom moc wprowadzania mnie w rozczarowanie.

Na końcu chciałam podzielić się Wami jeszcze małym ćwiczeniem, które kiedyś zrobiliśmy razem z Pawełkiem. Bardzo je polecam w kontekście szukania inspiracji do daru z siebie. Jest ono bardzo proste i polega na napisaniu  i powiedzeniu Mężowi/Żonie wszystkiego tego, co powoduje, że czujemy się kochani, bezpieczni i zaopiekowani w formule: “Czuję się kochany/bezpieczny/zaopiekowany kiedy Ty…” To mogą być drobne rzeczy, np. “kiedy się do mnie uśmiechasz, kiedy okrywasz mnie kocem podczas drzemki na kanapie, kiedy opłacasz rachunki, bo wiesz, że tego nie znoszę” albo rzeczy nieco większe. Taka lista to prawdziwa skarbnica wiedzy! Zatem do dzieła! Skarby ukryte są tuż pod naszym nosem. 🙂

Ania

świeca

March 16, 2017 5:00 am

Gdy się pali, daje światło i ciepło. Jej bezgłośny płomień jest pełen energii, dającej ciepło i poczucie bezpieczeństwa, i zawsze pali się w górę, wskazując jakby drogę wzwyż, ku górze. Bo ten płomień jest w świecy tak naprawdę najważniejszy. Ale aby świeca mogła płonąć, musi przejść pewną drogę przemiany, kosztem samej siebie. Wosk czy stearyna, z której jest zrobiona, pod wpływem temperatury topi się i zamienia w ulotny płomień.  Jest takim symbolem daru z siebie.

Może dlatego żony tak bardzo lubią kolacje przy świecach, bo właśnie w tym wyjątkowym czasie przeznaczonym dla siebie nawzajem, gdy palą się świece (a nie jedna świeca), to właśnie one przypominają, że małżonkowie są dla siebie nawzajem darem z siebie.

Może warto o tej symbolice świecy w małżeństwie porozmawiać sobie… przy świecach 🙂

Dorota

dar i granice

March 15, 2017 4:30 am

Autorzy JA+TY=MY mówią o tym, że nie da się dać czegoś, czego się nie posiada.

Myślę, że dlatego “dar z siebie” wymaga znajomości swoich granic. Gdzie się zaczynam i gdzie kończę? Co jestem w stanie zrobić, a czemu już nie podołam? Ile jestem w stanie wziąć na siebie? To pokora. Uznanie swoich możliwości. Uznanie, że jestem jak inni ludzie: potrzebuję snu, potrzebuję momentów zatrzymania, innych ludzi, spaceru, zdjęcia z głowy trosk.

Na drugim biegunie jest pycha: dam z siebie wszystko i wszystko zawsze wezmę na siebie. Oddam wszystkie zasoby. Potem jednak następuje bankructwo. Nie ma już nic do oddania.

A przecież gdy dbam o siebie, podejmuję troskę, by mój dar był możliwy i piękny. Więcej snu zapewni lepsze interakcje z bliskimi. Spacer – przewietrzy głowę. Uczciwe postawienie sprawy: “nie dam rady tego zrobić” – zaoszczędzi potem nerwów, nie tylko nam. Zrobienie czegoś, co lubię i co mnie uszczęśliwia – odda mnie szczęśliwą moim bliskim, sprawi, że ich także zainspiruję do radości życia.

Dar z siebie układa też kolejność: komu najpierw chcę go dać? Całemu światu, czy w pierwszej kolejności mężowi / żonie, dzieciom? Żaby nie zawieść ich, być może będziemy musieli zawieść kogoś innego.

Dar dobrze czuje się w granicach – w nich wzrasta i staje się możliwy.

Małgorzata Rybak

Program w Meksyku

March 14, 2017 7:59 am

Każdy kraj ma swoją specyfikę, także przy organizacji Programów. Inaczej to trochę wygląda w USA, inaczej w Kolumbii, inaczej w Meksyku, inaczej w Europie, że już o naszych polskich Centrach nie wspomnę. Jest to pewnie przejawem różnic i tradycji, bo choć Program wszędzie jest ten sam, to jednak zachowuje swoje lokalne elementy.

Meksyk pozostaje ciągle nr 1, gdy chodzi o „spokojne” podejście do czasu. Przyjeżdżamy w sobotę 10 minut przed rozpoczęciem Programu. Poza sprzątającymi plac – jeszcze nikogo nie ma; rozstawiamy więc krzesła, szykujemy salę. Ta, która jest dla nas, była otwarta, ale jeszcze potrzebna nam druga, tylko nie ma kogo poprosić o otwarcie. Dopiero kilka minut po oficjalnym rozpoczęciu pojawiają się pierwsze pary, które schodzić się będą jeszcze przez godzinę. Kiedy organizowaliśmy Program w Meksyku po raz pierwszy, było to dla mnie nie do przeżycia. A trzeba po prostu wiedzieć, że tak mają i zamiast ich zmieniać, trzeba poszerzyć swoją wyobraźnię. Choć potem, pod koniec pierwszego dnia, sam pozwoliłem sobie na długi poślizg, bo nie mogłem skończyć Tematu 4. 🙂

W niedzielę także zaczęliśmy później, bo nikt nie przyjechał na czas (poza nami). Ale jak mi wytłumaczono, to przez to – że niedziela (po hiszp. Domingo) tradycyjnie oznacza tu „dormingo” (połączenie durmiente = spanie i Domingo = niedziela). A przecież zaczynaliśmy późno, bo o godz. 9.

Ale Meksyk to także wieczna zieleń, słońce (choć w niedzielę sześć razy padało i musieliśmy wnosić i wynosić stoliki na godzinędialogu małżeńskiego) i ogromna serdeczność, cierpliwość wobec rzeczy, na które się nie ma wpływu i duża elastyczność.

Całość prowadzili Marichu i Juan Manuel, który niestety musiał nas opuścić w niedzielę, bo podobnie jak większość ich dzieci mocno się przeziębił. Na szczęście oprócz Tere i Ricardo, którzy prowadzili drugą grupę, przybyli jeszcze z pomocą Malena i Jefe oraz Pati i Ricardo. Ks. Luis, gospodarz miejsca i także „Programista” (prowadził już samodzielnie nasz Program) jak tylko mógł, to nas odwiedzał.

Dziękuję za pamięć o nas i wsparcie. Wczoraj byłem pożegnać się z Matką Bożą i dziękowałem nie tylko to Program, ale także Was wszystkich wspierających. Bez Waszej modlitwy Programy nie byłyby takie same.

Dziś już jestem w drodze do Nebraski, gdzie w najbliższy weekend odbędą się dwa Programy równolegle: P1 i P2. A w czwartek mam spotkanie z parafianami w Hastings, gdzie się nasze Programy odbywają, by opowiedzieć o tym, co robimy.

Polecam się więc dalej Waszej serdecznej modlitwie

Ks. Jarosław

 

dar wygrany z samym sobą

March 13, 2017 5:00 am

Jest taka sfera daru dla drugiego, która w pierwszym momencie jest bardzo trudno uchwytna. W pierwszym rzędzie “dar” kojarzy się z czymś fizycznym, co możemy rzeczywiście dać. Na JA+TY=MY, podczas warsztatowej burzy mózgów startujemy z reguły od kwiatów i upominków, potem okazuje się, że dar to także lunch do pracy, wzięcie na siebie jakiegoś obowiązku, żeby mąż czy żona już nie musieli tego robić albo dobre słowo – i okazuje się, że wyobraźnia pokazuje więcej i więcej.

Ale jest też taki obszar, który wydaje się jeszcze większym wyzwaniem, bo dar pozostaje naszą tajemnicą. Dotyczy nie tyle naszych pomysłów, co zrobić dla drugiego, ale reakcji na jego/jej działania. To pozostająca w ukryciu decyzja, by nie obrazić się na czyjeś zmęczenie, brak ochoty na nasze towarzystwo akurat w tym momencie. Trudne dla nas słowo – wziąć od lepszej strony. Albo też nie odpowiedzieć fochem na focha, nie eskalować negatywnych emocji, ale wydobyć z serca coś zupełnie innego. Na zewnątrz będzie widać nasz uśmiech, dobre słowo, żart – choć pracy, jaką wykonamy w środku, nikt nie zobaczy.

Może tylko nasz Anioł Stróż, który nauczył się drgania naszych mięśni twarzy na pamięć, albo Pan Jezus, który widzi wszystkie walki w naszych sercach. Te wygrane są źródłem ogromnej wewnętrznej radości; z tych ciągle jeszcze przegranych – możemy się zawsze uczyć.

Małgorzata Rybak