Świadectwo po Programie JA+TY=MY we Wrocławiu

February 16, 2017 5:00 am

Dziękujemy za warsztaty, które stały się dla nas startem w nową podróż, której drogowskazem jest uważność.

Niestety w długich stażach małżeńskich (my dinozaury to wiemy ? )… z każdym rokiem, tak po kropelce, wycieka ze zbiornika empatia, wrażliwość i takie świeże dostrzeganie drugiego obok nas… Pozwalamy niechcący na stępienie wszystkich zmysłów, które jeszcze tak niedawno były nastawione na męża czy żonę.

Nasz pobyt we Wrocławiu zadziałał jak mocny odkurzacz. Widzimy wreszcie, co mogliśmy wkrótce stracić. Dobrze, że jest program JA+TY=MY – to propozycja przeznaczona dla WSZYSTKICH stażów małżeńskich !!! Przywraca wzrok miłości i nie pozwala jej zardzewieć!

Ciszymy się na dalsze kontynuowanie spotkań i sympatycznych zadań. Koperty* to powrót do dzieciństwa – ciekawość: co będzie jutro? Wprowadzenie zabawy w powszedni dzień bardzo go urozmaiciło.

Dziękujemy Wam za ciepłe zaopiekowanie podczas warsztatów. Liczymy na kolejne spotkania!

Kasia, żona Janusza, Nowy Sącz

*koperty to nowa forma kontynuacji pracy po Programie :) możecie się po nie zgłaszać do Waszych par trenerskich [przyp. red.]

Kartka z Programu JA+TY=MY w Łomiankach

January 31, 2017 5:00 am

W sobotę przeżyliśmy razem cudowny inspirujący dzień, ale już w niedzielę rano dopadła nas moja idealistyczna wizja.

Pawełkowi strasznie zależało żebyś iść rano na trening (zwłaszcza że wczoraj odpuścił), więc ustaliliśmy, że pojedziemy od razu na wykład o godz, 10:00, a zaplanowany na godzinę wcześniej poranny dialog odbędziemy w drodze na Program.

Zgodnie z planem rano Paweł pobiegł do lasu, a ja ogarnięta szałem daru z siebie, biegnę do sklepu, żeby przygotować mu pyszne śniadanko. Są owoce, kasza jaglana, bakalie, świeżo zmielona kawa. I czekam, i wyobrażam sobie, jak będzie miło i jaki od będzie wdzięczny. Paweł wraca, przemarznięty, zły, bo o mało się na tym lodzie nie zabił i na moje pytania reaguje… powiedzmy: inaczej niż się spodziewałam. 🙂 Więc ja podnoszę głos, więc on się obraża; mi się robi smutno, więc uciekam do łazienki, żeby się uspokoić. Wracam, ale z miłego nastroju nici. On zamyka się w sobie (ładuje taczkę;-)) A ja jeszcze w samochodzie mu dokładam, mówiąc, że jestem zła, bo on na trening i owszem poszedł i dlatego nie pojechaliśmy rano na dialog, który mieliśmy zrobić teraz, ale przecież on zapomniał skryptu…

No więc tak sobie milczymy w drodze do Łomianek… Milczmy przez pierwszy wykład, milczymy podczas warsztatu i potem nadchodzi czas na dialog. Próbuję się przebić do Pawła, ale mi się nie udaje. W końcu dzięki Bożej pomocy wypowiadam słowa, korzystając z techniki, którą wczoraj poznaliśmy i mówię: “Pawełku zobacz, to dobrze że nam się przytrafiła ta kłótnia rano, bo teraz możemy w praktyce przećwiczyć wszystko czego się nauczyliśmy”. I wtedy staje się cud – pojawia się u niego uśmiech, najpierw tylko w kącikach ust, potem już szeroki. Ja też się uśmiecham i oboje zaczynamy się śmiać i czar znowu do nas wraca. 🙂

Anna Osuchowska

powstrzymać w sobie “wewnętrznego chama”

January 19, 2017 5:00 am

Czasami powstrzymuję w sobie ”wewnętrznego chama”…

Jechałem uberem na spotkanie. Autem kierował na oko 50-60-letni poczciwy pan. Miał mnie zawieźć do centrum; GPS w telefonie dobrze pokazywał mu trasę, ale chciał ją nadrobić i skręcił na skróty… Pomylił uliczki i zamiast na Plac Zamkowy musieliśmy wrócić na most, czyli dodatkowo zrobić parę kilometrów.

Ja spóźniałem się bardziej. Pan lekko zdenerwowany mówił, że to przez przypadek i przytaknąłem, że nie szkodzi. Zawracając z mostu, znów źle skręcił i znów nadrobiliśmy drogi; wylądowaliśmy na Pradze. W dodatku korki – i mineło prawie 15 minut, zanim wróciliśmy na nieszczęsny most i na miejsce spotkania.

W głowie kotłowały mi się myśli, że jestem spóźniony ponad 20 minut, że dodatkowo zrobiliśmy z 7 kilometrów i że będę musiał za to zapłacić. I wystawię za to niską ocenę kierowcy.

Nagle spojrzałem i zobaczyłem w lusterku kierowcy smutne spojrzenie tego starszego pana… Powiedział po chwili spokojnym tonem:

– Niech pan tam zgłosi, że tyle jechałem i wystawi mi niską notę, zasługuję. Taki kawał źle jechaliśmy…

Wyrzuciłem z głowy złe myśli i wyjaśniłem ”sobie”, że przecież on nie chciał jechać źle. Chciał dobrze, każdy się może pomylić. Momentalnie zażartowałem, że przecież każdy się może pomylić i że jak kocha, to poczeka 🙂 Usłyszałem tylko “uff” i zauważyłem delikatny uśmiech ulgi na jego twarzy.

Trochę skłamałem, bo jechałem na spotkanie z Piotrem Fronczewskim, ale na szybko wymyśliłem tę formułkę “kocha to poczeka” 🙂 Opowiedział mi o swoich pierwszych miłościach.

I wiecie co? Dojechaliśmy na miejsce. Mile się pożegnałem, idę do kawiarni, prawię chwytam za klamkę i widzę Pana Kleksa, który też dopiero co wchodzi. Ale wiecie – spotkanie takie, jakby ktoś to reżyserował! Dosłownie weszliśmy w tym samym momencie, w tej samej sekundzie!

Ciesze się, że zdołałem wypędzić z siebie tego wewnętrznego chama i zdołać wyreżyserować życie. Mogłem się zirytować, wystawić panu złą ocenę za przejazd… A może on sobie tak dorabia do emerytury? A może właśnie za ten przejazd straciłby tą pracę… Nie zbiednieję za te nadrobione kilometry i parę złotych, a panu na pewno zrobiło się milej na sercu 🙂

Z Panem Kleksem wypiliśmy esspreso i szykujemy dla Was mały film, bądźcie czujni i reżyserujcie swoje życie jak najlepiej. 🙂

Daniel Rusin

Tekst jest wpisem “Reżysera Życia”, Daniela Rusina, twórcy projektów filmowych i fotograficznych, których wspólny mianownik można określić jako inspirowanie do empatii, życzliwości i szukania zawsze dobra. Ta opowieść z życia fantastycznie opisuje proces codziennego wychowywania dialogu wewnętrznego, o którym także mówi JA+TY=MY. [Redakcja]

Po szkoleniu dla trenerów Programu dla Narzeczonych w Belgii

December 17, 2016 5:00 am

Jestem żoną Arka od 15 lat i mamą Wiktorii, Oscara, Alicji i naszego maleństwa, które noszę jeszcze pod sercem.

W czasie długiego listopadowego weekendu uczestniczyliśmy w kursie na trenerów Programu dla Narzeczonych RADOŚĆ I NADZIEJA, który odbył się dzięki wielkiemu zaangażowaniu Asi i Tomka. Mieliśmy wspaniałych prowadzących: Tosię i Jacka, którzy uczyli, wyłapywali niedociągnięcia i wspierali, a w wolnych chwilach rozmawiali z naszymi dziećmi.

W kursie uczestniczyły 4 zaprzyjaźnione małżeństwa z Ogniska Brukselskiego. Było intensywnie, a jednocześnie wspaniale. Próbowaliśmy wczuć się w role narzeczonych, by lepiej zrozumieć intencję całego kursu. Każda sesja i każdy warsztat przynosił nowe doświadczenie i nowe narzędzia do pracy nad sobą. A wydawało się nam, że już tyle wiemy (bo przecież jesteśmy już po Programie 5)  i że że przecież mamy uczyć się, jak uczyć innych, a nie na nowo odkrywać siebie nawzajem. Wracaliśmy wspomnieniami do tych beztroskich chwil, uświadamiając sobie, że nie za bardzo myśleliśmy 17 lat temu, co będzie po ślubie. Ile byśmy dali aby móc wtedy uczestniczyć właśnie w takim kursie jak “Radość i Nadzieja”.

Zaufaliśmy Panu Bogu i dajemy się prowadzić Jego ścieżkami, wierząc, że nas nie bez powodu powołał teraz do posługi małżonkom i narzeczonym. Tak jak pisze bł. Paweł VI w encyklice Humanae vitae 26 : “… nowa i niezwykle doniosła forma apostolatu, w której równi usługują równym. Wtedy bowiem sami małżonkowie podejmują zdania apostolskie względem innych małżonków, pełniąc rolę ich przewodników. Wśród tylu form chrześcijańskiego apostolatu ta wydaje się obecnie najpotrzebniejsza.”

Aneta Siemionek

img_0657

img_0643

img_0639

img_0635

dsc_0416

dsc_0398

dsc_0392

dsc_0390

O przełamywaniu "pata" w relacjach

October 8, 2016 5:00 am

Podoba mi się wyrażenie “mądrzejszy musi ustąpić” albo “ktoś musi być mądrzejszy”. Przynajmniej w relacjach w rodzinie czy między przyjaciółmi lub znajomymi.

Jest spór. Kłótnia. Czasem ciche dni. Potem jedna ze stron zaczyna okazywać dobro drugiej, bo wie, że jak go nie okaże, to nie będzie lepiej. Mówi przepraszam. Pisze. Dzwoni. Robi prezent. Przytula. I powoli topnieje żal. I znowu wszystko wraca do normy.

Fajne jest to, że mądrzejszy, który ustępuje, to w praktyce ten, który okazuje więcej dobra. Mądrość nie jest więc rozumiana jako posiadanie racji czy wykorzystanie inteligencji, żeby wyjść na swoje. Mądry to ten, który jest szybciej dobry.

ks. Wojciech Węgrzyniak, Kraków

Co to znaczy kogoś kochać?

May 11, 2016 5:00 am

Jak już wcześniej mówiłem, zakochanie to doświadczenie raczej egoistyczne. Ale jeśli się kogoś kocha, to robi się to dla niego, a nie dla siebie. Sama miłość jednak nie wystarczy, trzeba jeszcze umieć przełożyć ją na pełne miłości działanie.

Załóżmy, że kocham jakąś kobietę: czuję to, tęsknię za nią i chciałbym z nią być. To uczucie jest dla mnie wspaniałe, ale dla niej nie znaczy nic, dopóki nie przełożę go na jakieś wyrażające miłość czyny. To znaczy, muszę tak wobec niej postępować, żeby rzeczywiście odczuła, że ją kocham. A więc wracam do domu, a ona akurat jest w nie najlepszym nastroju. Mój sposób okazywania miłości nakazuje mi zostawić ją w spokoju i dać jej odpocząć. Ale ona jest tym rozczarowana, ponieważ według jej wyobrażeń, mężczyzna, który naprawdę kocha kobietę, w takiej sytuacji podchodzi do niej i pyta, co się stało. Z pewnością da mi to do zrozumienia agresywnym tonem, bo czuje się opuszczona. Zapewne oskarży mnie o to, że się o nią nie troszczę. Może dojść do kłótni, ale na koniec będziemy o sobie wiedzieć trochę więcej. Czyli nasza kłótnia okaże się owocna: od tej pory będę wiedział, że moja ukochana nie chce być pozostawiana sama ze sobą, kiedy znajduje się w takim nastroju. I pierwsze dziesięć lat związku upłynie nam na tym, żeby uczyć się takich rzeczy o sobie, a zarazem odkrywać, jak kochać tę drugą osobę, żeby mogła czuć się przez mnie kochana, jednocześnie nie rezygnując z tego, kim sam jestem.

Z dziećmi ma miejsce dokładnie ten sam proces. Gdy rodzi nam się dziecko, w ogóle go jeszcze nie znamy. Nie wiemy, jak będzie nas kochać i jak będzie chciało być kochane. Bo dzieci także chcą być kochane na różne sposoby, nie każde tak samo. Kiedy więc widzę, że jakiś ojciec zranił swojego syna czy córkę, a potem mówi: ,,Zrobiłem to tylko dlatego, że go kocham’’, to chciałbym zwrócić mu uwagę na fakt, że wprawdzie jego miłość jest bez zarzutu, ale jego postępowanie nie zostanie przyjęte przez dziecko jako miłość. Traktując je dalej w ten sposób, spowoduje, że będzie ono od niego uciekać, ponieważ nie doświadczy w tej relacji miłości. Musi więc tak zmienić swoje postępowanie, żeby miało ono także wartość dla syna czy córki i dało się uznać za dowód miłości. Jednak także w tym wypadku nie trzeba czuć się winnym, jeśli popełniamy błędy, bo skąd mamy wiedzieć, jakiej miłości potrzebuje nasze dziecko. Dzieci są bardzo różne i każde pragnie być kochane w inny sposób (…)

Jesper Juul “Zamiast wychowania”. Całość fragmentu do przeczytania TU. Dziękuję Justynie, absolwentce JA+TY=MY za zarekomendowanie tekstu. Zachwycił mnie w stopniu najwyższym. M

Sto razy

February 4, 2016 5:00 am
Niedzielne popołudnie, jak zwykle od dwóch lat, przeznaczone jest na jazdę konną. Wchodzimy do stajni. Córka dowiaduje się, który koń został jej na dzień dzisiejszy  przydzielony i idzie go osiodłać.
Koń jest wysoki …ona niska…
Koń pewny siebie … ona nie…
Nie radzi sobie.
Po stajni chodzi dziewczyna, niewiele starsza od córki. Widzę, jak przechodząc obok nas odwraca głowę w drugą stronę. Poproszona o pomoc początkowo wręcz ignoruje prośbę. Poproszona ponownie – odburkuje coś pod nosem – nawet nie wiemy co. Dopiero moja prośba okazuje się skuteczna. Przychodzi i pomaga, robiąc to nerwowo i niechętnie, a na odchodnym słyszymy: “sto razy już Ci to pokazywałam. Nauczyłabyś się wreszcie.”
Przykazań jest tylko dziesięć.
Żyjąc na tym świecie od czterdziestu lat, od trzydziestu świadomie uczę się żyć zgodnie z nimi.
Wciąż mi nie wychodzi.
Wciąż Bóg, jak ta dziewczyna w stajni, ma ze mną pełne ręce roboty. I też mógłby mi odburknąć sto razy Ci to mówiłem… nauczyłabyś się wreszcie….
Ale Pan Bóg cierpliwie, za każdym razem podchodzi do mnie i wciąż na nowo uczy ciągle tych samych rzeczy.  Stawiając na mojej drodze swoich wysłanników wciąż mnie upomina, pokazuje przykłady swojej mocy, dobroci, miłości i miłosierdzia. Zajmuje się mną bez cienia zniecierpliwienia, nie odwraca głowy…
Nawet kiedy ja nie mam śmiałości prosić, On wychodzi mi naprzeciw.

Dziękujcie Bogu, niebiosa,
bo Jego łaska na wieki
(Ps. 136; 26)

Monika

 

Rok Miłosierdzia

January 27, 2016 5:00 am

Biorąc do rąk “Gościa Niedzielnego” nr 2, od razu na okładce widzę zdanie, które mnie wciąga. “O Bożym Miłosierdziu nie można mówić w oderwaniu od grzechu. Miłosierdzie Boga jest lekarstwem na grzech człowieka”…  I nagle złapałam się na tym, że mając na myśli Rok Miłosierdzia, myślę o samych przyjemnościach. O tym, że Pan Bóg, zobligowany Rokiem Miłosierdzia, będzie owo miłosierdzie na nas wylewał zupełnie bez naszego wysiłku, a tutaj nagle widzę bardzo konkretnie wskazane powiązanie miłosierdzia z grzechem… moim grzechem. Czytam więc wstęp Ks. Marka Gancarczyka “Na dobry początek” (str.3): “żeby otrzymać przebaczenie, trzeba wiedzieć, że się zgrzeszyło, żałować popełnionego grzechu, a potem trzeba jeszcze wiedzieć, że miłosierdzia można  szukać u Boga.”

Zrobiłam sobie szybki rachunek sumienia.

Co też ja myślałam… i czy w ogóle się nad tym zastanawiałam… co z tym rokiem miłosierdzia zrobić? Przecież przeczytałam “Dzienniczek” Siostry Faustyny, byłam w Łagiewnikach, Koronkę odmawiam niekoniecznie regularnie, ale odmawiam… czyli nic do zrobienia nie mam…
Nic bardziej mylnego.

“Obywatele tego świata uważają, że nie grzeszą, więc nie widzą powodu do żalu, a tym bardziej do proszenia Boga o wybaczenie. Na tym polega zasadniczy problem. Współczesny człowiek utracił poczucie grzechu.” Czy ja nie jestem w tej grupie?

Rok Miłosierdzia się zaczyna… u jego progu życzę nam wszystkim łaski ujrzenia własnego grzechu, pokory w przyjęciu tego rozeznania i żarliwości w modlitwie o Boże Miłosierdzie.

Monika