Wolność daru

November 29, 2016 5:00 am

Wolność jest nie tylko wolnością od przymusu zrobienia czegoś, ale także wolnością do zrobienia czegoś. Nasza wolna wola nie jest całkiem „wolna”, bo jej natura jest taka, że dąży do większego dobra. Czasem, gdy rozum jej nie wspiera, może wybrać coś, co tak naprawdę nie jest dobre dla mnie/dla nas, ale generalnie jej wolność nie jest wolnością „od”, ale wolnością „do”.

W kroku trzecim mówimy, że zamiast być „roszczeniowcem”, możemy stać się darem z siebie. I dodajemy: wolnym, twórczym i radosnym.

Wolność jest pierwszym warunkiem tego daru. Czynię go nie pod przymusem, nie jako narzędzie do uzyskania jakiejś korzyści, ale w sposób całkowicie wolny, bez podtekstów. Wolny i kropka.

Każdy, kto się w te obszary wybrał, wie już doskonale, że to dopiero jest zadanie! To nie przychodzi łatwo, to kosztuje wiele, ale za to ile przynosi prawdziwej radości. Przypominał nam bł. Paweł VI: „Kto prawdziwie kocha swego współmałżonka, nie kocha go za to, co od niego otrzymuje, ale dla niego samego, szczęśliwy, że może go ubogacić darem z samego siebie” (HV 9)

ks. Jarosław Szymczak

 

jatymy-dar-z-siebie

Nowy Rok!!!

November 27, 2016 10:03 am

Po nowym roku szkolnym i akademickim przyszedł czas na kolejny nowy rok, tym razem – kościelny. Rozpoczyna go radosne oczekiwanie na przyjście Pana Jezusa, czas wędrówki do Świętej Rodziny i czas dla nas na nowy entuzjazm w podejściu do pracy nad rozwojem relacji. 🙂 Nie trzeba czekać z postanowieniami noworocznymi aż do 31 grudnia; można zacząć już teraz.

Piszę „nowy entuzjazm”, bo to w dużej mierze zależy to ode mnie, czy wstanę rozliczając wszystkich dookoła z tego, co dla nich robię, a niewiele otrzymuję w zamian, czy też szczęśliwy, że mogę ich obdarować samym sobą i tym, kim jestem. Czy powiem: „dzień dobry, Panie Boże 🙂 !!!!” czy też: „Dobry Panie Boże, znowu dzień… 🙁 ”

Tak wiele zależy w naszych relacjach od sposobu, w jaki odnosimy się do siebie nawzajem. Skrótowy telefon, bo jestem na spotkaniu czy na zakupach, naprawiam telefonem pełnym radości, że jesteśmy dla siebie; dni zabiegane wypełniam choć jednym momentem niespiesznym, a w ustaleniach dotyczących dzieci – pamiętam, że dzieci są “nasze” (a nie “moje), zaś my jesteśmy razem ich rodzicami (nie zaś “mamy dzieci”).

To przejawy elementarnego szacunku nie tylko do siebie samych, ale też do siebie nawzajem i do naszego małżeństwa. Jeśli my go nie będziemy szanowali, kto zrobi to za nas?

ks. Jarosław

Pierwsza "Dwójka" w Kolumbii

November 7, 2016 11:59 am

Pierwsza „Jedynka” w Kolumbii odbyła się 10 maja 2015. Jej absolwenci weszli do grona naszych par trenerskich w Kolumbii, a w ten weekend uczestniczyli w Programie 2: MY+RODZINA, po raz pierwszy zorganizowanym w Ameryce Południowej. Spotkaliśmy się w gronie ośmiu pierwszych par trenerskich z roku 2015, choć obecnie w Kolumbii jest już tych par kilkanaście. Z ogromnym zaangażowaniem poprowadzili dwie „Jedynki”, szkolenie dla nowych par trenerskich i wreszcie sami mogli uczestniczyć w kolejnym dla siebie Programie. Warsztaty prowadzili dla nich Juan Manuel i Marychu – nasi trenerzy z Meksyku i opiekunowie Programów tamże.

Już po pierwszych warsztatach było widać, jak wiele już się zmieniło w życiu par. Czas na dialog małżeński był wykorzystany w całości, uczestnictwo w warsztatach wzorcowe, a posiłki – tylko okazją do tego, żeby najpierw pomyśleć o innych, a dopiero potem o sobie. Widać jakie przynoszą efekty proste kroki z Programu 1, stosowane w życiu i przepracowywane (czasem nawet z wielkim trudem) .

Jeden z uczestników pod koniec pierwszego dnia podzielił się ze mną szczęściem, jakim było dla niego doświadczenie rozmów. Trudne tematy, a jednak jak bardzo różnił się ich dialog od ich pierwszego Programu JA+TY=MY. Jak bardzo brakowało wtedy łagodności, szacunku, daru z siebie czy zwykłych rytuałów. Dziś, gdy stają się częścią ich życia, przynoszą od razu owoce.

Z żalem żegnam się z pełną ciepła i serdeczności Kolumbią. Za tydzień Program 2 w Meksyku. Dziękuję za wsparcie, za modlitwę i towarzyszenie.

Z modlitwą pełną wdzięczności

ks. Jarosław

„Nie ma większej miłości, jak życie swoje dać…" (J 15, 13)

November 6, 2016 12:20 pm

I nie trzeba myśleć od razu o śmierci, skoro tak wygląda w praktyce małżeńskie powołanie—oddać swoje życie drugiej osobie, otrzymanej od Pana Boga jako powołanie. A potem razem naszym dzieciom, które mają przygotować na drogę daru z siebie w konkrecie ich powołania, szanując ich wybory (czasem tak trudne dla rodziców) czy czas jaki potrzebują na swoje dojrzewanie.

Myślę także o tych słowach w kontekście wczorajszej rocznicy naszej Fundacji. Jeszcze nie okrągła, ale już poważna—istniejemy 19 lat (wygląda na to, że będziemy mogli trochę poświętować w przyszłym roku).

Myślę o coraz bardziej rosnącym środowisku, jakie powstało wokół naszej działalności. O tak wielu, którzy dali także jakoś swoje życie, by pomagać innym. Te wszystkie Programy, które mogły się odbyć dzięki parom trenerskim, te wszystkie wysłane maile z zaproszeniem do dalszej pracy, do zadań domowych, na kolejny Program, na spotkanie Małżeńskiej Przystani. Te wszystkie szkolenia dla kolejnych par trenerskich albo żeby podnieść swoje kompetencje. Ile miłości zastało włożonej w wystrój sal, przerwy kawowe czy w zorganizowanie posiłku albo opieki nad dziećmi.

Życie dane dla dobra innych jako znak wdzięczności za odkrycie na nowo swojego małżeństwa, które jest drogą mojego powołania.

I tak się cieszę wszystkimi „lajkami” i komentarzami pod tekstami Autorów naszej Przystani, że ich dzielenie się swoim życiem, doświadczeniem czy trudnościami, pomaga innym, inspiruje i przywraca nadzieję, że można żyć lepiej, z większą radością i z misją.

Dziękuję, że jesteście z nami już tyle lat. Dziękuję za Wasze wsparcie i za Waszą modlitwę. Nasz Zespół jest bardzo skromny, zwłaszcza względem ciągle rosnących potrzeb, ale jesteśmy szczęśliwi, że możemy się dzielić dobrem, które sami otrzymaliśmy i że możemy razem tworzyć świat, który jest przyjazny rodzinie.

Z modlitwą pełną wdzięczności

ks. Jarosław

Uroczystość Wszystkich Świętych

November 1, 2016 5:00 am

Spędzana daleko od kraju i od swoich najbliższych, w otoczeniu, które mocno zapożyczyło Halloween od sąsiadów z północy, zmusza do sięgnięcia głębiej w przeżycia tych dni.

Nikt tu nie odwiedza cmentarza w te dni—nie ma takiego zwyczaju—choć wiele rodzin każdej niedzieli wybiera się „odwiedzić” swoich bliskich na cmentarzach. Przed końcem roku kościelnego musimy się zmierzyć ze świadomością, że nasze życie się na ziemi kiedyś się skończy. Pamiętamy więc najpierw o wszystkich, którzy już od nas odeszli i liczą na naszą za nich modlitwę, a następnie, o tych, którzy przeżyli swoje życie niezwykle wartościowo i już dziś są z nami jako święci.

Oni też jakoś powodują, że pojęcie domu trochę się rozciąga, bo wszyscy tu kochają św. Jana Pawła i dzięki temu wiedzą, gdzie jest Polska; kochają Miłosierdzie Boże i znają św. Faustynę, a sporo jest i takich, którzy czczą św. Maksymiliana Kolbe. Dzięki naszym świętym, mogę przeżywać ten czas bardziej związany duchowo ze swoimi, którzy  są najbliżej w sercu, choć daleko.

W duchowej łączności z Wami

ks. Jarosław 

Nowy start

October 31, 2016 9:51 am

Każde zakończenie Programu jest z jednej strony podobne, z drugiej zawsze bardzo indywidualne.

Podoba mi się w Ameryce Łacińskiej pewien luz w przeżywaniu czasu. Jest denerwujący, kiedy nie można zacząć punktualnie, ale za to zdejmuje z barków obciążenie, kiedy coś się przedłuża.

Nie wiem, czy nasze pary trenerskie straszyły uczestników moją skromną osobą, ale przez cały Program byliśmy bardzo “correct” z czasem. Może im tłumaczyli, że jako Europejczyk mam inne podejście do czasu, może ciągłe przypominanie i informacja od trenerów, że “już czas”, a może wszystko razem spowodowało, że udało nam się utrzymać dyscyplinę czasową – co było o tyle ważne, że trzeba było przenosić się z miejsca na miejsce w kompleksie szkoły. A to zawsze stanowi dodatkowe wyzwanie.

Ale za to na zakończenie mogliśmy dać upust mentalności latino i kompletnie nie przejmować się czasem. Był więc występ prawdziwego magika (uczestnika Programu, który jest tu dość znany ze swoich występów dla bizensu). Zaprezentował dwie sztuczki, idealnie wpisujące się w Program i wyraźnie zainspirowane nim. Mieliśmy aukcję dwóch butelek z Programu – zostały wylicytowane za 110 000 COP (pesos kolumbijskich) – i długie świadectwa. A potem równie długą Mszę św. z odnowieniem przyrzeczeń małżeńskich i czas na wspólne świętowanie, choć już gronie najbardziej zaangażowanych w tę edycję Programu. Wracaliśmy do świadectw, do warsztatów, do najciekawszych punktów, ciesząc się jeszcze raz z dobra, które się wydarzyło.

A na dnie serca była szczególna wdzięczność dla tych wszystkich, którzy z daleka w tym wszystkim uczestniczyli przez modlitwę i wsparcie, przez długie maile przygotowujące to wszystko, przez tłumaczenia i dbałość o szczegóły czy nowe zadania domowe.

Z serdeczną modlitwą pełną wdzięczności

Fr. Jay 

Trzecia edycja Programu "JA+TY=MY" w Bogocie

October 30, 2016 10:08 am

Z ogromną radością uczestniczyłem w spotkaniu w piątek z grupą odpowiedzialną za Program w ten weekend. Z radością, bo to już trzecia edycja i kolejna para po Annie Marii i Pablo podjęła się zorganizowania całego Programu. Cieszyłem się też dlatego, że zaangażowało się wiele par, nie tylko trenerskich, ale także uczestników poprzedniej edycji, którzy przyszli nas wesprzeć. Jak np. jedna młoda para, który pojawiła się w sobotni ranek, żeby zatroszczyć się o muzykę i śpiew na Mszy św.

Zmieniliśmy miejsce na Program. Tym razem poszliśmy do szkoły—Colegio Santa Maria. I tylko pozazdrościć takiego miejsca na nasz Program. Mamy wszystko—piękną kaplicę, która spokojnie mogłaby służyć za kościół w małej parafii, audytorium z bardzo wygodnymi siedziskami (dało się nawet na nich zdrzemnąć—choć raczej wykładowcy w czasie przerwy między sesjami, a nie uczestnikom 😉 ), klasy, które w łatwy sposób można było przerobić na sale warsztatowe oraz zaplecze kuchenne i dwie jadalnie (jedna poszła na nasze potrzeby).

I co ważniejsze mamy tu „swoich” ludzi—począwszy od Sandry i Camilo, naszych organizatorów, których córeczka tu się uczy, poprzez Paulę (razem z Fernando nasza para trenerska), która tu uczy, aż po Carolinę (para trenerska z Mattem), której mama odpowiada za catering w tej właśnie szkole. Dyrekcja potraktowała nas bardzo po ludzku, bo za dużo lepsze warunki płacimy dużo mniej niż w poprzednim miejscu. To też konkretny sposób wspierania rodziny.

Dziś ostatnie dwa tematy, dzielenie i Msza św. na zakończenie. Wczoraj w nocy padaliśmy już wszyscy, choć nasz Zespół dostał wsparcie od wielu osób z poprzedniej edycji. I udało nam się utrzymać w ramach czasowych, co jest samo w sobie niezłym osiągnięciem. 🙂

Z pamięcią o Was

Fr. Jay

img_0494

img_0485

 

img_0479

img_0476

img_0473

img_0470

img_0467

img_0461

img_0459

img_0458

img_0456

img_0455

img_0453

img_0452 

Po JA+TY=MY w Hastings

October 25, 2016 12:18 pm

Miejscowość, w której nasz Program 1 odbył się już po raz czwarty, liczy 25 000 mieszkańców i ma dwie katolickie parafie. Katolików jest tu około 10 procent. Gospodarzami Programu byli Blair i Mark, którzy uczestniczyli ostatnio, jako pierwsza para z USA, w Programie 3 w Polsce.

Tym razem z 13 zapisanych dotarło na Program 10 par. Dla naszych par trenerskich Diane i Steve’a oraz Carmen i Boba był tu już kolejny Program 1, choć prowadzili też już Program 2 w Omaha. Rośnie doświadczenie i odkrycie, którym podzieli się na zakończenie, że za każdym razem odkrywają coś zupełnie nowego dla siebie lub ustawiają się inaczej priorytety. Z jaką radością mówili o przemianie, której nie tylko doświadczają na sobie, ale też która jest zauważana przez ich dzieci. One zaś potrafią się podzielić swoimi spostrzeżeniami z rodzicami.

Moją osobistą radością było także to, że ks. Proboszcz Joseph Welsh umożliwił nowemu wikariuszowi w parafii uczestniczyć w całym Programie. Ks. Caleb LaRue z zaangażowaniem uczestniczył w Programie, a na koniec wyznał, że nie tylko przyniosło mu to sporo odpowiedzi na pytania, z którymi sam się zmagał w duszpasterstwie rodzin, ale także znalazł wiele inspiracji dla siebie i swojego powołania.

Program w Hastings był dużą pociechą po Omaha, gdzie nie udało się Programu zorganizować – pomimo ogromnego nakładu pracy, jaki włożyli w to Lisa i Kevin, koordynatorzy naszych Programów w tamtym miejscu. Bywa. Ufam, że jak wszystko, co wartościowe, musi rodzić się w trudach.

Dziękuję wszystkim za pamięć i wsparcie.

Z modlitwą blisko

Fr. Jay

img_6201

img_1504

img_1508

 

Husker's season

October 23, 2016 5:00 am

Sport jest w USA ważny. Nawet bardzo ważny. Nie tylko każda szkoła ma swoje drużyny, ale i każdy uniwersytet. Niektóre dyscypliny są bardziej popularne, inne trochę mniej. Nebraska żyje futbolem. Oczywiście tym amerykańskim. Zamiast piłkę kopać – oni z nią biegają, choć czasem im się zdarza także ją kopnąć. Nie mają bramkarza, bo nie ma jak bronić bramki, skoro jest ileś razy wyższa niż nasza. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii, bo wytłumaczyć zasady jest dość trudno. Ja z każdym meczem trochę bardziej się orientuję, ale ciągle wiem mniej, niż więcej.

W czasie różnych pobytów w USA miałem okazję oglądać zarówno baseball, jak i football. Tym razem tylko football: raz w Lincoln, na uniwersyteckim stadionie, drugi raz w Gibbon, NE na szkolnym stadionie, gdzie grał najmłodszy syn Marka i Blair, naszej pary trenerskiej z Hastings.

I tu przyda nam się sporo wyobraźni. Wyobraźmy sobie rozgrywki między dwoma uniwersytetami. Normalne uniwersytety, jak np. uniwersytet w Toruniu i w Lublinie. Oba wystawiają drużyny. Powiedzmy, że Lublin gra z Toruniem w Toruniu. Pierwsze zdziwienie – że kibice nie jadą. Cały stadion, poza dosłownie kilkoma rzędami, należy do Torunia.

Nebraska jest o 1/3 mniejsza niż Polska (ma 200 000 km kwadratowych, kto pamięta dokładnie ile my mamy? ) i dużo słabej zaludniona, bo ma tylko około 1 700 000 mieszkańców. I mają uniwersytecki stadion w Lincoln, gdzie mieści się University of Nebraska. Na ten mecz przychodzi… zgadnijcie ile osób? Dla porównania, nasz Stadion Narodowy pomieści 55 000 ludzi. Narodowy! A tu mamy uniwersytecki. W mało znanej Nebrasce.

Kiedy zbliża się mecz pojawia się, jak tu się mówi, morze czerwone. Ponieważ kibice przybywają ubrani w czerwone koszulki, szaliki i czapki. Jest więc czerwono kompletnie. Jestem jedynym z nielicznych, co nie na czerwono. I na ten mecz przychodzi nie mniej i nie więcej, a dokładnie—jak wyświetlono na ekranach przed meczem—90.371 kibiców. Mecz na poziomie rozgrywki drużyny uniwersytetu w Lublinie przeciw uniwersytetowi w Toruniu!!! I tak jest na każdym meczu od 1962 roku. Wszystkie miejsca zawsze wyprzedane.

Może więc trudno się dziwić, że w sezonie, kiedy grają Huskers trudno jest cokolwiek zorganizować. Wczoraj też grali chłopaki. I w czasie przerwy sporo panów sprawdzało wyniki. Bo w USA sport jest ważny. Nawet bardzo.

Z pamięcią o Was z Programu 1 w Hastings, NE

Fr. Jay

img_0237