Wszyscy jesteśmy Rangersami

May 14, 2012 9:14 am

Kiedyś zabrałem na obóz wędrowny w Bieszczady grupę młodzieży. Wszyscy żądni przygód, wszyscy sprawni, gotowi na przejście całych Bieszczad. Okazało się jednak na szlakach, że są różni Rangersi.

Pierwszą grupę stanowili Power Rangers. Oni pokonywali szlaki prawie biegiem. Pierwsi na szczytach, pierwsi na postojach, pierwsi w domu.

Drugą grupą byli Power & Romantic Rangers. Oni szli szybko, ale w przeciwieństwie do 1-szej grupy, potrafili się zatrzymać i podziwiać widoki, zachwycić się jakimś okazem przyrody lub formacją skał.

Trzecią zaś Romantic Rangers. Oni się generalnie zachwycali. Trudno było ich ruszyć z miejsca. Urodzeni kontemplatycy. W czasie tamtej wyprawy jako wódz naczelny musiałem być wszędzie. Z przodu, żeby zatrzymać Powersów, z tyłu, żeby podgonić Romantic, a goniąc między nimi stanąć na chwilę przy grupie środkowej.

W sobotę byłem z Ogniskiem Chojnickim na spływie Brdą. Już nie jako szef. Tylko załogant.

I mogłem wreszcie sam być Rangersem. I to w dodatku tym Romantic.

Życzę Wam wszystkim pięknego tygodnia. I pamiętajcie: wszyscy jesteśmy Rangersami. 😉

X Jarosław

Powrót do normalności?

May 7, 2012 7:52 am

Jesteśmy po dłuuuugim weekendzie. Pewnie wielu udało się go spędzić w gronie rodzinnym. Dziś powrót do normalności. Bierzemy się do pracy, żeby w niedalekiej perspektywie, w niedalekiej przyszłości, znów pojechać całą rodzinką na wakacje.

Co z tego tygodnia chciałbym powtórzyć, czego uniknąć?

I co jest dla mnie normalnością? Bycie razem z rodziną czy bycie w pracy?

X Jarosław

Św. Józef, Rzemieślnik

May 1, 2012 6:00 am

Wzór i patron ludzi, którzy własną pracą zdobywają środki do życia. Pracę zawodową łączył z troską o Świętą Rodzinę, którą Bóg powierzył jego opiece.

Cudowny święty. Bez wielkich cudów, bez wielkich przemówień, bez rozgłosu. Człowiek największej spójności. Bez przechyłu w jedną, czy w drugą stronę.

Dziś w każdej większej firmie mówi się, obserwuje i martwi o work-life balance. Idźcie do Józefa. On wam powie. W końcu słynie z tego know-how. 😉

X Jarosław

Home, sweet home…

April 26, 2012 6:00 am

Jak dobrze jest mieć miejsce, które można nazwać domem. Nawet jeśli się potrafi wszędzie czuć jak w domu ;-), to jednak taki punkt na mapie musi być. Gdy się ma oparcie w Domu, to się nim jakoś żyje gdziekolwiek się jest. I w żadnych trudnościach nie jest się samemu. I nawet nie trzeba do tego skypa, żeby prosić o modlitwę, bo wiadomo, że moi domownicy codziennie się modlą za każdą osobę, która jest poza domem w jakimś szczególnym zadaniu, każdego dnia mają godzinną adorację i wspólnotową Mszę św., w której przez modlitwę odnajduje się łączność ze wszystkimi, którzy ten Dom stanowią.

Podróż powrotna trwała dłuuugo. Nie obyło się też bez typowych podróżniczych przygód, jak awaria samochodu, którym mieliśmy jechać na lotnisko i trzeba było ratować się taryfą, awaria samolotu, którym mieliśmy lecieć (w końcu podmienili go na jakiś zastępczy), awaria systemu przeładunkowego bagaży, które nie doleciały razem z nami, i długie czekanie na samolot w Amsterdamie, bo nasz planowy nie chciał czekać na nas i odleciał planowo. A nam został przedostatni lot do Warszawy i przymusowe czekanie na lotnisku kilka godzin.

To dobrze, że ta podroż taka długa, bo można spokojnie podziękować, za wszelkie dobro otrzymane i doświadczone. I że można się było podzielić z nieznanymi sobie wcześniej, ale tak bliskimi przez wiarę osobami, doświadczeniem wiary i nieskończonej miłości Pana Boga. Być nie tylko nauczycielem, czy pasterzem, ale też i bratem, który staje obok z podziwem, widząc ich wiarę i pobożność i walkę o wierność Bogu. „Będę na wieki sławił łaski Pana”!

Ale też i w Amsterdamie na lotnisku dzięki temu, że sporo tam trzeba było czekać, można było poczuć się już jak u siebie i usłyszeć wreszcie nasz taki własny, domowy, swojski wręcz komentarz na widok księdza w sutannie w pewnym miejscu: „wychodzę, bo mam alergię na koloratkę”. Co mi jeszcze bardziej przypomina uniwersalną prawdę, „nemo prophet in patria sua”. Co oczywiście nie oznacza, że trzeba częściej wyjeżdżać, tylko że i u nas ciągle jest coś do zrobienia. Więc dziś już od 8 rano na wykładach.

X Jarosław

Sutanna

April 23, 2012 5:00 am

 

W Stanach bardzo często ludzie zwracają się do księdza nawet w miejscach „nieksiężowskich” – takich jak sklep, urząd, kawiarnia czy lotnisko – zwrotem “Father”.  Tak reagują na widok księdza w koloratce. Czasem nawet przechodząc obok, czy mijając na ciągnących się kilometrami amerykańskich lotniskach, skłonią głowę wypowiadając tylko to jedno słowo: Father.

Rzadko zdarza się im zobaczyć księdza w sutannie. I wtedy reakcje bywają jeszcze ciekawsze. Te są z przedwczoraj i wczoraj.

Jeden mężczyzna (później w rozmowie okazało się, że jest to wielokrotny zwycięzca turniejów golfa) podszedł do mnie w aptece i zapytał się, jak się nazywa TO, co ja noszę, bo on TO pamięta z dzieciństwa, ale zapomniał jak się TO nazywało. Trzeba było jeszcze przeliterować. A on zapisał sobie na kartce.

Ponieważ hotelowej kawy nie dało się pić, więc starałem się zawsze podjechać do niedaleko usytuowanej kawiarni z bardzo dobrą kawą (oczywiście nie w celach smakowych, tylko społecznych 😉  żeby pozostać skupionym i nie spać na wykładach, czy nie daj Boże przy spowiedziach). Przy drzwiach otworzyłem uprzejmie jakiejś pani drzwi, która podziękowała podwójnie, raz mówiąc “thank you, Father” (będąc zdziwioną troszkę, że ktoś tu jeszcze kobiecie otwiera drzwi), a potem mówiąc do obsługującego nas pana, że ona płaci za kawę księdza (zdziwionego, że coś takiego może się zdarzyć).

Innym razem podeszła pani z przepraszającym uśmiechem i pytaniem, skąd ja jestem i czy nie jakimś zakonnikiem, bo w sutannie. (To się akurat zdarzyło mi już kilka razy w czasie tego pobytu). Trochę pomaga informacja, że jestem z Polski.  A Polska, to tutaj bł. Jan Paweł II i … św. Faustyna z Jej Divine Mercy.

Tak mnie przywitał i pożegnał jednocześnie na lotnisku w dniu przylotu człowiek sprawdzający nasze dokumenty przy przechodzeniu przez bramki bezpieczeństwa: “Szczęśliwego świętowania święta Miłosierdzia Bożego”, które wypadało w nadchodzącą niedzielę.

W tym roku minie 30 lat odkąd ją otrzymałem. I ciągle bardzo lubię w niej chodzić. I miło jest bardzo, kiedy dzięki temu ludzie się uśmiechają. Lubię oglądać świat przez pryzmat serdecznego uśmiechu na powitanie. Więc people, keep smiling. Gdzieś tam ktoś czeka, żeby się do niego serdecznie uśmiechnąć. 🙂

 X Jarosław

 

Posiłki po amerykańsku

April 22, 2012 5:00 am

Idziecie do restauracji. Długa kolejka. Dostajesz urządzenie, które „przywoła” ciebie, jak będzie już wolne miejsce dla was. Lub składasz zamówienie w restauracji (pośledniejszego gatunku) przy kasie i dostajesz to samo urządzenie, które powie ci, kiedy możesz już odebrać to, co zamówiłeś.

Siedzimy w kilkanaście osób ciesząc się, że ten szalony tydzień powoli się kończy. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Co chwilę czyjeś urządzenie zaczyna wibrować i świecić, więc znika ta osoba na chwilę, by zaraz wrócić i cieszyć się swoim zamówieniem.

Mimo, że nie jest to moja pierwsza wizyta w USA, ciągle na nowo patrzę ze zdumieniem, ile to osób przychodzi do barów i restauracji. Dla nas to ciągle coś w rodzaju luksusu czy ekstrawagancji, tutaj to life style. Przychodzi się często, by cieszyć się spędzanym wspólnie czasem przy posiłku. Przychodzą całe rodziny z dziećmi, przychodzą małżonkowie.

Chciałbym, żeby i u nas było to możliwe. Żeby wyprawa do restauracji nie była strasznym atakiem na rodzinny budżet. Żeby żony mogły cieszyć się, że ktoś dba o nie, przygotowuje dla nich posiłek, a one mogły się radować byciem razem ze swoimi. Żeby rodziny umiały się bardziej troszczyć o czas dla siebie tylko. Na szczęście w naszych rodzinach lubimy celebrować wszystkie ku temu okazje. To dobrze, bo…  mamy znów okazję, żeby się spotkać i pobyć ze sobą. Ot tak. Dla siebie. Bo nie ma większej radości, jak być z tymi, których się kocha.

X Jarosław

Creighton Model FertilityCare System

April 21, 2012 9:17 am

Kojarzymy Model Craightona jako pomoc w leczeniu niepłodności. Ale CREIGHTON MODEL FertilityCare™ System – to coś więcej. To troska o prawdę życia całego człowieka. To troska o jego dziś i o jego jutro. Troska o jego zdrowie w połączeniu z prawdą jego powołania. Zdrowie jest potrzebne nie tylko kobiecie, która chce zostać mamą. Potrzebuje jej także kobieta konsekrowana, babcia, panna i mama piątki dzieci.

Troska o zdrowie kobiety, to także troska o rzetelne poznanie wiedzy o jej płciowości. Patrzę z podziwem na wykładowców. To są nie tylko niezwykle kompetentni fachowcy w swojej dziedzinie, ale też i ludzie ogromnego szacunku dla innych. To właśnie przez ten szacunek dla ludzkiej osoby ten kurs trwa tak długo (13 miesięcy) i kończy się bardzo trudnym egzaminem.

Tylko wtedy można ludziom przynieść nadzieję, gdy jest oparta na prawdzie i rzetelnej wiedzy.

Patrzę więc z nie mniejszym podziwem na słuchaczy. Byłem z nimi przez cały tydzień. Słuchałem ich spowiedzi, opowieści o trudnościach, jakich doświadczają od  swoich kolegów po fachu. Modliłem się razem z nimi i siedzieliśmy razem przy stole w czasie posiłków. Ludzie rożnych języków i miejsc zamieszkania. Stali mi się bardzo bliscy, bo dzielimy te same wartości. Byliśmy jak jedna wielka rodzina.

Dziś mieli swój, choć jeszcze nie finalny, to przecież także bardzo poważny egzamin. Wczoraj siedzieli do bardzo późna w różnych konfiguracjach przy stolikach wszystkich sal wykładowych. Niemka uczy się razem z Polką, Pablo, Kubańczyk razem ze swoją żoną, grono z Meksyku i Ameryki Łacińskiej powtarza wiedzę posiłkując się hiszpańskim, lekarze jeszcze raz przeglądają strony kilkusetstronicowej książki dr Hilgersa. Uczą się niby do egzaminu, ale tak naprawdę, każdy z nich ma przed oczyma swoich pacjentów czy klientów. Tam czeka na pomoc kobieta, która cierpi z powodu niepłodności kilkanaście lat, tam jest dziewczyna, która cierpi z powodu nadmiernego krwawienia, tam jest żona, która cierpi z powodu PMS (a przez to i jej mąż).

Za chwilę pożegnalna Msza św. Tak bardzo chciałbym im powiedzieć, że ich podziwiam i że ten włożony trud odnajdą w wieczności.

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. (Mt 25,40)

X Jarosław

Moje wczoraj dzisiaj

April 20, 2012 9:13 am

Chodzi po Warszawie (a może i szerzej) reklama czegoś (nie mam zielonego pojęcia, czego), co jest opisane prowokacyjnie: “Jutro to dzisiaj, tylko, że jutro.” To słowa Sławomira Mrożka.

A co by się stało, gdyby to odwrócić?

Wczoraj to dzisiaj, tylko, że wczoraj? Przeszłość za nami, trzeba żyć dniem dzisiejszym. Czemu chcę wracać do wczoraj?

Ponieważ cały ten tydzień spędzam z lekarzami i instruktorami Modelu Creightona i NaProTechnology, którzy oprócz całego dnia pełnego wykładów i spotkań studyjnych w małych grupach, wieczorami spotykają się ze swoimi Superwizorami, żeby szczegółowo pochylić się nad każdą prowadzoną przez nich osobą.

Spotkania dla ludzi pracujących na Modelu – trudne, bo pokazujące wszystkie błędy, które popełnili. A zawsze jest trudno zmierzyć się ze swoimi wpadkami (przecież staraliśmy się zrobić wszystko jak najlepiej). Tu nie ma tłumaczenia, że nie wiedziałem, że to mnie nie dotyczy, bo stopień szczegółowości zapisu w Modelu Craightona jest sam w sobie imponujący.

A przecież, choć trudno jest spotkać się z kimś, kto pokazuje Ci Twoje błędy, to właśnie dzięki skorygowanemu wczoraj, dzisiaj możesz być lepszym. Historia docet. Także moich wpadek, błędów, słów wypowiedzianych lub niewypowiedzianych. Pod warunkiem, że spotkamy się z „Superwizjerem”, któremu na mnie lepszym bardzo zależy.

X Jarosław

Współczesna łacina

April 19, 2012 8:17 am

Niesamowity czas. Ludzie z kilkudziesięciu stanów i kilkunastu krajów, różnych akcentów i języków. Przyjechali na tydzień, by uczyć się języka ciała, płodności. By uczyć się jak towarzyszyć małżonkom w procesie stawania się rodzicami. By pomóc im zrozumieć piękny i trudny dar płodności, która w ich konkretnym małżeństwie tak różnie się przejawia (od „wystarczy, że się do mnie przytuli i już znowu jestem w ciąży” po „dlaczego nas Pan Bóg tak strasznie pokarał, że przez tyle lat staramy się i nie możemy zostać rodzicami”).

Wykładają ludzie, którzy całe swoje życie towarzyszą innym. Często tym porzuconym przez in vitro, oszukanym przez wygodę antykoncepcji, przez wiele lat czekającym na cud narodzin.

Jedyny problem to to, że wszystko jest przekazywane po angielsku z amerykańską wymową.

Przechodząc pomiędzy kursantami spotykam ludzi z Polinezji, Francji, Niemiec, Polski, Ukrainy, Ekwadoru, Meksyku, Kanady… że nie wspomnę o gościu z Bronxu czy południowej, meksykańskiej Arizony.

Rozmawiamy ze sobą, siedząc przy stole w czasie lunchu, nie przejmując się za bardzo wymową, akcentem, zasobem słów. Rozmawiamy ze sobą, bo mamy o czym. Ci ludzie tutaj nie są przypadkowi. Mogli się wcześniej nie znać, ale mówią tym samym językiem, żyją tymi samymi wartościami.

Czy to angielski stał się współczesną łaciną, czy raczej to miłość i troska, szacunek i respekt dla godności drugiego człowieka?

„Choćbym mówił językami ludzi i aniołów….”

Ale bez angielskiego też trudno…

Może więc dziś porozmawiaj ze swoją żoną po angielsku i włóż w to całe swoje serce i miłość i troskę jaką dla niej masz. A jeśli czytasz tego bloga po angielsku, bo polskiego, czy niemieckiego nie znasz, to…. spróbuj to pokazać. Wiem, że dasz radę.

X Jarosław

Pokoloruj mój świat…

April 18, 2012 9:24 am

Kilka lat temu spotkałem w USA akcję chronienia nastolatek przed niechcianą ciążą. Polegało to na tym, że młodziutkim nastolatkom nakładano na cały dzień „ośmiomiesięczną ciążę”, żeby jej uświadomić jak to ciężko jest być ciężarną. Z akcentem na to ostatnie. Żaden owoc miłości, żaden oczekiwany z miłością nowy członek naszej rodziny. Tylko ciężar. Uciążliwy. Który chce się zrzucić.

Lekarstwem miała być antykoncepcja. Połykasz, popijasz i jest cudownie lekko.

Więc jest coraz mniej dzieci. A widok kobiety noszącej pod sercem dziecko, coraz rzadszy.

Skoro więc już jestem tą szczęściarą, to warto to pokazać. Przyszła więc moda na pokazywanie swojego pełnego dzieckiem brzucha. Organizuje się sesje fotograficzne rosnącego brzucha mamy w kolejnych fazach (dziś to 2/3 fotograficznego biznesu; pozostała 1/3 to dalej śluby), odlewy gipsowe, które potem można powiesić lub postawić u siebie w domu (z pomalowaniem, udekorowaniem na błysk 900 USD), sesje artystycznego malowania farbami we wzory, którymi np. będzie ozdobiona sypialnia dziecka.

Czy to tylko moda, czy jakieś wielkie wołanie o szacunek dla macierzyństwa, o szacunek do życia? Czy kobiety zredukowane do dostarczania mężczyznom przyjemności chcą się nacieszyć naturalnym przeznaczeniem swojego ciała? Czy może dalej dziecko jest tylko środkiem do uzyskania czegoś dla siebie? I dalej nie chodzi o dziecko tylko o mnie? Jak dla mnie, bez względu na odpowiedź, jest to trochę szokujące. Jak myślisz?

X Jarosław