Ostatni akcent – Program 1 we Wrocławiu

October 5, 2013 5:00 am

Jak się zapewne nasi wierni Czytelnicy domyślają, w większości moje teksty powstają w przeddzień, pisane z myślą o jutrze, więc już w taki sposób, jakby to było dziś. Zwykle jest to wieczór (to takie miękkie określenie pory zwanej nocą), kiedy już wszystko się uspokaja i można przenieść się wyobraźnią w dzień następny.

Tym razem, lekko zdopingowany przez naszą redakcyjną Koleżankę, która nas wszystkich trzyma „żelazną ręką” jak prawdziwa Naczelna (kto zna Gosię, ten wie, że ta Okruszyna prędzej weźmie trud na siebie niż nim kogoś obarczy, zresztą poczytajcie sobie sami na jej blogu), piszę tekst w Polskim Busie (czy to się nazywa „lokowanie produktu”?).

Korzystając z tego, że podróż trwa długo (6 h) i z tego, że jest wi-fi, więc mam kontakt z całym światem (poszła już korespondencja do Belgii i Meksyku, że o krajowej nie wspomnę), a drogi ciągle jeszcze trochę przed nami, postanowiłem (powiedzmy, że to była moja decyzja ;-)) napisać – jak zwykle – na rozpoczęcie Programu.

I tu od razu wyjaśniam wszystkie wątpliwości: ten Program nie może się znudzić. To coś, na co zawsze czekam z niecierpliwością. Przejrzałem sobie jeszcze raz, na nowo, materiał (dzięki Tomkowi Jabłońskiemu przeniesiony na inną platformę mind mappingu) i liczę chwile do rozpoczęcia. Nie macie pojęcia, jakie to niesamowite spotkać ludzi, którzy są otwarci na przygodę, jaką jest podróż w głąb swojego małżeństwa, żeby stanąć w prawdzie, zachwycić się na nowo tym, co w nas złożone i przypomnieć sobie postawy, od których zaczynali swoje życie, ale po drodze troski, kłopoty i rozmaite problemy wpędziły nas w koleiny utartych reakcji, które nie do końca służą. Nie macie pojęcia, jaki to zaszczyt i radość być częścią tego wydarzenia.

Nasz wspaniały Wrocławski Team pracuje od dwóch tygodni, żeby było to dla wszystkich najpiękniejsze wydarzenie w każdym calu (jak w każdym miejscu, gdzie są Programy, jest też wielu ludzi dobrej woli, pozostających często zupełnie niewidocznymi dla odbiorców). Docierała do mnie tylko korespondencja opisująca wszystkie zakresy, odpowiedzialności i dokonania. W sposób szczególny to nasi Trenerzy sprawiają, że ten Program jest taki bliski normalnych, życiowych potrzeb każdego małżeństwa.
Dziś już jest program. Jesteśmy wszyscy w akcji, a Was prosimy o silne wsparcie.

z modlitwą zawsze za Was także

ks. Jarosław

Program 1

September 28, 2013 11:33 am

Ilekroć mamy prowadzić któryś z Programów, jestem proszony o napisanie wpisu na Przystań.Pewnie będzie można kiedyś policzyć, ile tego już się uzbierało. Zaczyna to być także wyzwaniem dla piszącego, bo ile razy można anonsować ten sam Program, opowiadając o tych samych rzeczach, które się wydarzą.

Dziś przygotowując w głowie wpis, pomyślałem sobie o… sobie. Tyle już lat, te same teksty… Trochę jak występ na scenie z tym samym przedstawieniem. A przecież zupełnie inaczej, choć wiele elementów jest wspólnych.

Wczoraj wieczorem czytałem wszystkie ankiety. Próbowałem sobie wyobrazić te opisywane sytuacje, czasem dramatyczne, tak często bolesne. Przez najbliższe godziny będę miął okazję ich dotknąć, pokazać korzenie, zaproponować strategie rozwiązania. Program ten sam, problemy ludzkie te same, a przecież wszędzie spotkanie z żywym człowiekiem, tęskniącym za małżeńskim szczęściem, które nie wiadomo czemu ich opuściło. A może wiadomo? Ale jak to powiedzieć, by na nowo oboje zechcieli?

Z prośbą o wsparcie dla naszych Par

i prowadzących

ks. Jarosław

 

w ręku Boga

September 24, 2013 1:38 pm

Król perski Dariusz napisał… (Ezdr 6,7)

W nocy ks. Darek przeszedł udaną operację.

To, że Słowo Boże dzisiaj wymienia imię “Dariusz” aż kilkakrotnie, przywodzi mi na myśl, jak bardzo możemy doświadczyć, że “nasze imiona zapisane są w Niebie”. Stąd wiara, że i w największym cierpieniu spoczywamy w ręku Boga, który jest najbliżej i nic nie uchodzi Jego uwadze. Także to, czym nie jesteśmy w stanie podzielić się z nikim innym, co jest tylko naszym osobistym trudnym doświadczeniem.

Sama mam ogromny dług wdzięczności względem ks. Darka. Niedługo po swoich święceniach przyniósł światło Bożej nadziei do ciemnej piwnicy, w której się akurat znalazłam. Pamiętam całą godzinę modlitwy wstawienniczej przed Najświętszym Sakramentem, przyniesionym do pokoju na odległość ręki. I wiarę ks. Darka w dobroć Boga, jego ogromną pogodę ducha – mimo choroby – i gotowość do kapłańskiej służby i pomocy. Takie zetknięcie z osobowością jakby zagarniętą w posiadanie przez łaskę i miłość Pana Boga.

Nie ustawajmy w modlitwie.

M

Ks. Darek

September 23, 2013 10:03 pm

Kiedy ostatnie rodziny opuściły Łomianki, mogliśmy w swoim wisełkowo-łomiankowskim gronie spotkać się i opowiedzieć sobie na spokojnie, jak wiele łask było nam dane doświadczyć w czasie tegorocznych rekolekcji w Wisełce. Dużo czasu dla każdego, kto się dzielił. I wiele radości z bycia ze sobą wreszcie (prawie) całą Wspólnotą. Prawie, bo ktoś musiał zostać w Wisełce (nasza Ewa), zaś ks. Darek, osłabiony tym intensywnym czasem, był z nami w Domu, ale przez głośnik i w odosobnieniu.

Potem to odosobnienie okazało się jeszcze większym, gdy trzeba było udać się do szpitala na oddział ratunkowy, bo organizm się zbuntował i odmówił funkcjonowania. Tam próbowano ulżyć cierpieniom i przygotowywano ks. Darka do koniecznej operacji. Odkładanej przez całą noc i wczorajszy dzień, bo nie było łóżka na chirurgii. SOR jest trudnym miejscem do dochodzenia do siebie. Tam się jest jeszcze bardziej samotnym.

W Domu, w kaplicy Ikony, przed wystawionym Najświętszym Sakramentem przez całą noc i cały dzień trwał ktoś z nas na modlitwie, żeby uprosić ks. Darkowi siły i tak konieczne zdrowie.

Wspierajmy go z całego serca i dziś.

ks. Jarosław

Dałem radę

September 7, 2013 11:45 pm

Tak pewnie byłoby najkrócej. I najbardziej wiernie. Tym razem było wyjątkowo ciężko. Wszystkim nam bardzo dała się we znaki temperatura – 27 stopni. Ostatnie 12 km było po asfalcie i w pełnym słońcu. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Pozostała tylko wola, żeby dobiec do końca.

Niesamowite były spotkania z tymi, których spotkałem w roku ubiegłym. W czasie maratonu jest tak, że każdy biegnie w swoim tempie, więc kogoś doganiasz, ktoś ciebie, jakiś czas biegniecie razem, potem znowu osobno i znowu razem. Największe wrażenie robili na mnie zawodnicy starsi ode mnie. Czasem dużo. Niektórych udało mi się dogonić. Na chwilę.

W tym roku biegłem sam. Nikt z naszej biegowej ekipy nie mógł  pobiec w tym maratonie. Tym bardziej więc byłem wdzięczny mojej siostrze Ani i szwagrowi Pawłowi, którzy w tym samym miejscu co Jacek Kubrak z Wrocławia w zeszłym roku udzielili mi moralnego wsparcia (połączonego z piciem). I co ważniejsze pobiegli kawałek ze mną. A potem powitali na stadionie. Ponieważ biegłem w koloratce, zostałem pięknie powitany w Wolgaście jako ksiądz biegacz. Na szczęście finisz był w dobrym stylu. Zadziałała magia stadionu.

Usedom Marathon 2013

 

Dziękuję wszystkim za wsparcie. Pomagało mi tylko to, że biegłem w łączności z intencją Papieża Franciszka. Gdyby nie ona, pewnie bym sie poddał i końcówkę przeszedł. Pomógł też Stasiu, który po swoim półmaratonie wybiegł mi naprzeciw i przebiegł końcówkę ze mną. Dziękuję. Dziękuje za wszystkich wysłanych z pomocą Aniołów. Do następnego maratonu.

Z wdzięczną modlitwą

ks. Jaroslaw

 

Usedom 2

 

 

Uznam Marathon

September 7, 2013 5:00 am

To dziś. Od 10.30 do … Zobaczymy.

Wczoraj wyjechali księża uczestniczący w szkoleniu, żeby zdążyć na swoje parafie i do swoich zadań. Wygląda na to, że szczęśliwi. Ja bardzo. To był bardzo dobry czas i dobrze to rokuje na przyszłość Programów. Pewnie już wkrótce któregoś z nich spotkacie na kolejnej edycji JA+TY=MY.

Miałem jeszcze kilka chwil dla siebie, żeby się przygotować do jutrzejszego biegu. Szukając intencji, w jakiej chcę go przebiec, pomyślałem o intencji Papieża Franciszka – o pokój dla Syrii. Na pewno będzie to dobra okazja do postu. Ale też i konkretnego wysiłku, który można w to włożyć. Ten maraton bardzo się do tego nadaje, bo jest wspólną inicjatywą Niemców i Polaków – niegdyś wrogów, a dziś coraz lepiej poznających się sąsiadów. I tak pobiegniemy obok siebie, w duchu „rywalizacji”, ale bardzo sportowej. Maraton do końca się biegnie jako przyjaciele we wspólnym trudzie, dopiero sam koniec – to walka o to, kto szybciej.

Jak zawsze przed maratonem (jak to brzmi poważnie!!! ale w końcu to już czwarty w moim życiu) jest wiele obaw: czy dam radę, czy pokonam dystans trochę szybciej niż ostatnio, czy nie będzie kontuzji, jak się będę czuł na ostatnich kilometrach? Ten jest trudny fizycznie, bo sporo górek i nierównego podłoża. Wiem, że trenowałem tyle, ile zwariowany rozkład zajęć pozwalał, ale poczucie niedosytu jest spore. Przebiegłem w ramach przygotowań blisko 520 km, wyruszając na treningi około 60 razy i spędzając na nich czas przeszło 60 godzin. Dużo czy mało? W deszczu, upale, zimnie, zwykle wcześnie rano, sam bądź w jakiejś większej czy mniejszej grupie. Na pewno jest to dobra szkoła samozaparcia. Dziś świętowanie. Miałem biec w ekipie. Ekipa nie dojechała. Zostaję sam. No, nie do końca. Zawsze biegnę z moim Aniołem Stróżem. Jeśli Wasi Aniołowie chcieliby dołączyć choćby na kilka kilometrów, będzie radośniej.

Do usłyszenia po maratonie. Z tarczą lub na tarczy. 😉

ks. Jarosław

Kapłańskie spotkanie w Wisełce

September 4, 2013 5:00 am

Ledwo się skończyło szkolenie w Łomiankach, udaliśmy się do Wisełki na spotkanie z gronem kapłanów, którzy pragną zapoznać się dokładniej z naszymi Programami Rozwoju Relacji Małżeńskich, a dokładnie z Programem 1: Ja + Ty = My. 

Kapłani z Diecezji: Opole, Siedlce, Warszawa – Praga, Warszawa, Bydgoszcz, Szczecin i zakonnicy: Werbista, Klaretyn, Franciszkanin. Każdy z nich już doświadczył w swoim posługiwaniu, że nie ma ważniejszej posługi niż posługa rodzinie. Chcą się uczyć i chcą się dzielić. Jesteśmy więc razem od porannej Jutrzni po późne nocne godziny. Praca, modlitwa, rekreacja, chwile refleksji i gromki śmiech, historie dokonań i porażek. Takiego spotkania jeszcze w Wisełce nie było: prezbiterium nie jest w stanie pomieścić wszystkich celebransów, mimo ciasno ustawionych krzeseł. 

Modlitwa tak wielu rodzin modlących się w tej kaplicy przez całe wakacje przenika nas bardzo. Nie wiemy jeszcze, jakie owoce wyda to kapłańskie spotkanie, ale już teraz oddajemy każdą chwilę i trud, zmęczenie Domowników, którzy od czerwca nieustannie posługują i Łomiankowski „desant”, który przybył z pomocą w tej intencji. I Was, kochane rodziny, proszę o wsparcie – otoczcie Waszą modlitwą tych kapłanów, by ich gorliwe kapłańskie serca rozpaliły się jeszcze większą miłością do rodzin, by wyjechali stąd umocnieni i zapaleni do tej pięknej, choć trudnej posługi. 

Z pamięcią serdeczną o Was

ks. Jarosław (3 dni przed maratonem)

Home, sweet home

August 21, 2013 5:00 am

Po raz pierwszy od dłuuuższego czasu jestem cały czas w Domu. Żadnych wyjazdów do Ognisk (poza wyjazdem w piątek do Poznania, żeby odebrać samochód), żadnych wielkich spraw… Nacieszyć się miejscem, które określa się jako swoje. Moje łóżko, moje biurko, moje krzesło i stoliczek, który stoi przy łóżku. Drobiazgi przecież, a pozwalają się poczuć tak bardzo u siebie. Podobnie też i z kaplicą, gdzie się tyle lat spotykamy na modlitwę. Jak wszystko to pozwala szybko wrócić do siebie.

Wielu spośród nas zaczyna wracać w tym czasie do swoich domów po wakacyjnych podróżach, odwiedzinach u dziadków czy rodziny, po rekolekcjach w Wisełce czy wyprawie na kajaki. Prawie wszyscy mamy miejsce, które nazywamy domem, gdzie jesteśmy u siebie.

A wszystko to jest zaledwie przedsmakiem tego Domu, w którym nas chce mieć Pan Jezus; miejsce, które poszedł nam przygotować.

Dziś modlę się szczególnie za tych, którzy mogą dom utracić, lub do niego ciągle nie mogą się wprowadzić, bo jeszcze niegotowy, za tych, co się o niego modlą, bo żyją jakby w prowizorce przed prawdziwym zamieszkaniem. Niech Święta Rodzina, która miała swój dom, pomoże.

Z pamięcią

ks. Jarosław

Ostatnie chwile w New Orleans

August 15, 2013 5:00 am

Kiedy byłem tu pierwszy raz kilka lat temu, zatrzymałem się u zaprzyjaźnionego brata, Rycerza Kolumba. Teraz była znakomita okazja, żeby się ponownie spotkać. Przewędrowaliśmy, tym razem z jego córką, szmat French Quarter, zatrzymując się na dłuższą chwilę w lokalnym muzeum. Ale był też i czas na kawę w Cafe Du Monde, słynnej ze swoich znakomitych beignets, tak obficie posypanych cukrem pudrem, że trzeba się nieźle nagimnastykować, że nie wyjść na biało.

Cafe du Monde

Ale najciekawsze było spotkanie na słynnej Bourbon Street, którą przecinaliśmy wracając już do hotelu z człowiekiem, który nas serdecznie zaczepił mówiąc, że widok księdza w takim miejscu jest co najmniej dziwny. Zaraz się zresztą przedstawił i wytłumaczył, że przyjechał dopiero co i że jest na wakacjach, i że w „cywilu”, ale tak w ogóle to jest rabinem. Stwierdziliśmy, że właśnie w takim miejscu najbardziej potrzeba obecności Pana Boga.

Jak widać we French Quarter wszystko jest możliwe. Także spotkanie rabina i księdza, wspólnie rozmawiających o bliskości Pana Boga. I tak jak zaczęła się moja podróż w obecności naszych starszych braci w wierze, tak też i symbolicznie się kończy. Tym razem jednak zdecydowanie serdeczniej. Bo czyż można oprzeć się urokowi tego miejsca, gdzie wszystko jest otulone muzyką?

z podróży powrotnej

Fr. Jay

Architektura

ArchitekturaMuzycy

MuzycyKluby

KlubyPreservation Hall

Preservation Hall

 

długa podróż

August 7, 2013 9:56 am

Najpierw 9 godzin lotu do Nowego Jorku. Niewiele spokoju, bo siedziałem obok grupy nastolatków z USA, a ci zachowywali się jak na wycieczce autokarowej, w której nikt inny nie uczestniczy. Nie bardzo więc dało się pospać. Pozostała książka.

Potem błyskawicznie przeszedłem przez Immigration – bez żadnej kolejki i upokarzających pytań, jak ostatnio. Za to postałem oczekując na walizkę, którą odebrałem jako jeden z ostatnich. Bagaż nadaje się dalej zaraz po przejściu przez Customs, więc nie trzeba się więcej o niego martwić. Pozostaje tylko zmienić terminal. Na przesiadkę było 5 godzin, więc starczyło czasu na te wszystkie operacje. Ostatni lot, niecałe 4 godziny, udało mi się w całości przespać. Tuż po północy trafiłem do hotelu.

W samolocie z Warszawy do Nowego Jorku było wyjątkowo dużo naszych starszych Braci w wierze: wielu chłopców w jarmułkach i około 10 bardzo oficjalnie ubranych Żydów, w kapeluszach i długich czarnych płaszczach. Wydawało się, że w tych warunkach sutanna zupełnie ginęła. Okazało się jednak, że została dostrzeżona i doceniona. Taka prosta sprawa jak strój, a jak silnie oddziałuje.

Pamiętam, jak w ostatnich latach moich studiów seminaryjnych, podczas praktyk w jednej parafii, z racji braku plebanii nocowałem u jednej rodziny. Mieszkał z nimi dziadek. Miał w szafie garnitur i koszulę – zestaw na niedzielną Mszę św. Nigdy mu się nie zdarzyło, żeby pójść na Mszę św. nieodpowiednio ubranym. Dzisiaj mniejszą wagę przywiązujemy do odpowiedniego stroju na Mszę św. Ale też i coraz mniej księży podróżuje w sutannie. Czasem widzę, zwłaszcza w USA, jak dzieci pokazują na mnie palcami i pytają się mamy, kto to jest. W takich chwilach cieszę się, że mogę także poza kościołem zainspirować kogoś do ewangelizacji.

z pamięcią o Was

 Fr Jay