Zamknięty skarb

September 21, 2016 1:41 pm

Ks. Jarosław pisał wczoraj jak ważne w małżeństwie jest trzymanie się za ręce.

Z moich obserwacji wynika, że za ręce trzymają się generalnie pary młode (jeszcze przed albo zaraz po ślubie) lub starsze (albo jak kto woli – “wcześniej urodzone”). Powód jest banalny: i jedni i drudzy nie mają – jeszcze lub już – dzieci do zaopiekowania, które trzeba czasem nieść na rękach, czasem gonić, a czasem po prostu pomóc im wstać.

To jest w każdej rodzinie normalne i nikt tu złego słowa nie powie. Pamiętam jednak, jak podczas testu sprawdzającego konieczność powtórzenia Programu MY+RODZINA padło pytanie o zamek w sypialni. Proste pytanie – czy macie w sypialni zamek czy też dzieci mogą wejść sobie w każdej (również tej niestosownej) chwili i zająć przestrzeń, tę „małżeńską świątynię” w domu, dla swoich potrzeb?

Nie chodzi oczywiście o to, by korytarz do sypialni był zaminowany, a drzwi opatrzone zamkiem cyfrowym ze zmieniającym się cyklicznie kodem dostępu. Chodzi o to, żeby mieć w domu przestrzeń, gdzie będzie się tylko z Żoną/Mężem. Jest to tak samo ważne jak czas dla siebie, o którym było już pisane wiele (i pewnie wielu mężów chciałoby, żeby te dwie sfery połączyć i zrobić z nich codzienny rytuał 🙂 ).

Sypialnia małżonków to wielki skarb, który czasem trzeba po prostu zamknąć przed innymi, a klucz dać tylko tej jednej osobie, która może go otworzyć.

Łukasz Czechyra

 

 

Para () olimpiada

September 16, 2016 5:00 am

…w Rio  dobiega końca. Oglądałem relację z paraolimpijskich zawodów lekkoatletycznych. W życiu nie sądziłem, że tak mnie to wciągnie. Największe wrażenie zrobił na mnie finał biegu na 100 m mężczyzn z dysfunkcją wzroku. Wiadomo, ze każda dysfunkcja jest trochę inna, ale by wszyscy zawodnicy mieli równe szanse – przepisy paraolimpijskie nakazują start z zasłoniętymi oczami. Każdemu zawodnikowi towarzyszy asystent, który głosem i swoją bliskością pomaga osiągnąć zwycięstwo. Zawodnik i asystent wspólnie trenują, razem przygotowują się do zawodów, muszą złapać wspólny rytm – zwłaszcza na sprinterskich dystansach. W czasie biegu nie trzymają się za ręce, ale wspólnie trzymają kawałek szarfy, linki, by jednak mieć pozawerbalny kontakt. Przepisy także bardzo dokładnie określają maksymalny dystans między zawodnikiem i asystentem, by nie nastąpiła dyskwalifikacja; linię mety pierwszy musi minąć zawodnik – inaczej nie jest klasyfikowany.

Pisałem o “zwykłych” zawodach olimpijskich, pisałem o komplementarności, ostatnio o zadrach i belkach… Do głowy by mi nie przyszło, że biegi na paraolimpiadzie to głęboki przyczynek do dialogu i komunikacji. Asystent nie “ciągnie” zawodnika, nie jest jego “zającem”, pełni rolę służebną, czego najlepszym przykładem jest właśnie zwolnienie przed linią mety, by to paraolimpijczyk osiągnął ją pierwszy.

Od całkiem niedługiego czasu także i asystenci stają wraz ze swoimi podopiecznymi na podium, są dekorowani medalami paraolimpijskimi, razem słuchają hymnów…

Paraolimpiada – to jedno słowo. Ale w tytule świadomie napisałem je z przerwą. Bo jak jest para – dwie Osoby i dobra komunikacja między nimi, to żadna niepełnosprawność, żadna dysfunkcja nie jest w stanie im przeszkodzić. Są “skazane na sukces” 😉 Trzeba tylko treningu, pracy, potu i czasem łez…

Modlitewnej życzliwości PT Czytelników polecam sobotnią Pielgrzymkę Rodzin do Łomianek, do Ikony Świętej Rodziny.

Andrzej O.

 

Trafiona miłością

August 31, 2016 5:00 am

Myśląc nad tematem dzisiejszego wpisu zaczęłam wspominać ostatni okres. Był to czas wakacyjny, pełen wrażeń, ale też błogiego spokoju, wyjazdów, spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Uśmiecham się do siebie, bo jestem wdzięczna Bogu za to, co nam ofiarowuje. Cieszę się, że te chwile mamy zachowane nie tylko w sercu, ale też w kadrze. Nasz rodzinny album bardzo się powiększy 🙂

Ale wracając do tego, co mi na myśl przyszło, gdy szukałam tematu: „Trafiona przez piorun” dr Glorii Polo i ten tytułowy piorun, który nie raz strzela w nasze życie i budzi. Niedawno byli u nas znajomi z Warszawy i tak rozmawiając na różne egzystencjalne tematy, podzielili się wrażeniami po przeczytaniu „Trafionej…” Oczywiście pożyczyłam od nich tę książkę i zaraz zabrałam się do czytania.

To niesamowite doświadczenie kobiety, która doznała uzdrowienia swojego ciała, spalonego przez piorun, ale też uzdrowienia swojej duszy, która już długi czas była w stanie śmierci. Mimo że istnieją różne opinie na temat Glorii czy niektórych treści zawartych w książce – uważam, że to bardzo ważne i potrzebne, by dać świadectwo światu, tak osobiste i duchowe. Autorka bardzo obrazowo przedstawiła, co widziała, co się jej przydarzyło, a także to, co do niej mówił sam Pan Jezus. Te treści budzą z uśpienia, zmuszają do przystanięcia i pomyślenia o swoim życiu.

Mnie osobiście najbardziej trafiło to, jak spójne są te słowa o spotkaniu z Bogiem na końcu swego życia z tym, o czym czytamy aktualnie z moim Mężem w książce przygotowującej nas do oddania się Matce Bożej według św. Ludwika de Montfort. Właśnie ten ostatni czas, poprzedzający nasze zawierzenie, bogaty jest w wiele treści, znaków w różnych momentach naszego dnia, które prowadzą nas do jednego – do głębszego zastanowienia się nad naszym życiem, do spojrzenia we własną duszę i zobaczenia jaki jest jej stan, czym ją karmimy i jakie możemy dać świadectwo innym. To zaskakujące, jak te wszystkie drobiazgi dnia codziennego, zbliżają nas do siebie nawzajem i do naszego Pana.

Ten dzisiejszy temat brzmi jakoś wzniośle, ale tak naprawdę chodzi tu o miłość w szerokim pojęciu 🙂 Bo czytając „Trafioną…” zapragnęłam podzielić się tym świadectwem. Może otworzy komuś oczy i serce.

Ola

Różnice damsko-męskie na wesoło ;-)

August 7, 2016 5:00 am

Jechałem samochodem przez wiele godzin z naszymi amerykańskimi gośćmi (3 panie i jeden pan) zwiedzając okolice Warszawy: Żelazowa Wola (dom urodzenia Fryderyka Chopina), pałac w Nieborowie, Niepokalanów ze św. Maksymilianem i muzeum błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki. Co chwilę powtarzał się ten sam schemat: jedziemy na miejsce, zwiedzamy, wracamy do samochodu i jedziemy w nowe miejsce. I tak cztery razy. Panie siedzą razem i panowie razem. Panowie siedzą i po prostu jadą, a panie rozmawiają. Non stop. Nie słuchałem o czym, bo koncentrowałem się na prowadzeniu samochodu. Czasem z Markiem wymieniliśmy jakieś uwagi na temat tego, co na drodze. Ale generalnie milczeliśmy. Panie natomiast musiały wszystko omówić.

Nasze różnice tylko pokazują, jak bardzo jesteśmy komplementarni, jak bardzo potrzebujemy się nawzajem. Pozostanie w swoim własnym świecie tylko nas ogranicza. Kiedy otwieramy się na nasze różnice, wchodzimy w inne światy, które poszerzają nasze własne. Otwierając się na świat swojego małżonka/małżonki mamy szansę poznać nowe horyzonty, otworzyć się na rzeczywistość, która nas przekracza, ale jednocześnie przyjąć inność swojego ukochanego.

Z pamięcią o Was

Z Programu 3 we Wrocławiu

Ks. Jarosław

Nasza rodzina + społeczeństwo

August 6, 2016 10:29 am

Międzynarodowy Program 3, ktory we Wrocławiu mamy szczęście współprowadzić i współorganizować, jest tematycznie przebogaty. To moment, gdy możemy zorientować się, jaki wpływ na nasze małżeństwo i rodzinę mają media, nasza praca zawodowa i zaangażowanie społeczne; jak pomagają nam relacje z innymi ludźmi wokół nas i jak je mądrze układać, by małżeńskie przymierze otrzymywało to miejsce, jakie mu się naprawdę należy w naszych hierarchiach wartości. To także chwila na przyjrzenie się naszej dobroczynności i odpowiedzialności społecznej – kto i kiedy może na nas liczyć. Przed nami bardzo angażujące dynamiki warsztatowe, które nieraz będą wymagały ruchu i pewnej siły fizycznej, ale także dużo czasu na refleksję osobistą i tradycyjnie – aż 6 godzin w sumie tylko we dwoje.

Prosimy Was dzisiaj o modlitwę za ten wysiłek pracy uczestników (15 par, trzy grupy warsztatowe – jedna anglojęzyczna i dwie dla par pracujacych po polsku), organizatorów z wrocławskiego Centrum Troski o Rodzinę, niezwykle ofiarnie włączających się już od kilku tygodni na rzecz Programu, i prowadzących, w tym ks. Jarka, który w ten weekend będzie miał aż 12 godzin wykładów – po polsku i po angielsku. Szczególnie też prosimy o otoczenie modlitwą właśnie naszych rodzin – jeśli pamietacie sami Wasz udział w Programie czy prowadzenie go jako para trenerska, pozostaje bardzo obecna w sercu troska, by dzieci zostały dobrze zaopiekowane pod naszą nieobecność w domu, a dla nas samych był to czas wzrostu. Nie tylko poprzez pracę i jej fizyczny efekt w postaci przeprowadzonych aktywności programowych, ale także poprzez jakość naszego odnoszenia się do siebie nawzajem (także, gdy element zaskoczenia zniweczy najbardziej misterne plany organizacyjne). 😉

Dziękując Wam i pozdrawiając serdecznie z Wrocławia

Małgosia Rybak

 

trzy słowa

July 31, 2016 5:00 am

Moje myślenie o małżenstwie tak bardzo już skoncetrowało się wokół sześciu kroków Programu “JA+TY=MY”, że przepis Franciszka na szczęście we dwoje, podany z “okna papieskiego” w Krakowie, czytam mocno w ich klimacie. Trzy słowa: “proszę, dziękuję, przepraszam”. I to właśnie w tej kolejności. Nie jako formuła uprzejmej komunikacji, cywilizowanych relacji bilateralnych. Zupełnie nie.

“Proszę” rozrywa panowanie mojego uzurpatorskiego “ego” nad drugim, chroni go przed władzą “ja”, które rości sobie prawa do jego wolnego czasu, dyspozycyjności, decyzji. W porównaniu z roszczeniowym “musisz” i “chcę, żebyś”, czy nawet z imperatywem “zrób to czy tamto” – “proszę” staje w ogromie swojej bezbronności, zdane tylko na dobrą wolę drugiej strony. “Proszę” jest najgłębszym wyrazem łagodności*, bo pyta: “czy możesz, czy jesteś w stanie, czy chcesz?”. Jest z jednej strony tak słabe, że można powiedzieć mu “nie”, rozczarować je odmową. “Proszę” zarazem nie obraża się na skutek odmowy i dlatego otwiera tak ogromną przestrzeń szacunku i wolności, że staje się fundamentem budowania głębokiej, dojrzałej relacji.

“Dziękuję” – to kluczowy dla Programu temat 3. Nowa metoda rachunkowosci w małżeństwie: ile otrzymałem i to zupełnie za darmo? Obyśmy byli skrupulatnymi księgowymi tego, ile dostaliśmy od drugiego: w ciepłych słowach, pełnych ofiarności czynach i także w samych intencjach, gdy “zamiar był dobry“, nawet jeśli coś ograniczyło jego realizację.

I wreszcie “przepraszam”. Franciszek powiedział, że to trudne słowo. Tak, trudne, bo przedstawia nas bez fasady, jako ogromnie kruchych i słabych – gdy potrzebujemy przebaczenia, darowania długu sprawionych przykrości i ograniczeń, których ani dziś, ani jutro nie przeskoczymy, nie zmienimy z dnia na dzień. Zawsze będziemy w potrzebie przebaczenia, niezdolni do miłości na miarę tego, jak na to nasza druga połówka naprawdę zasługuje. Zawsze spragnieni przyjęcia nas mimo naszych słabości. “Przepraszam” to słowo nadziei i ciągle nowego początku.

m

*co ciekawe, posługiwanie się prawdziwymi prośbami zamiast ukrytych roszczeń jest także fundamentem Porozumienia Bez Przemocy

Are You ready to say yes?

July 29, 2016 5:00 am

To pytanie papieża Franciszka w wersji oryginalnej (po angielsku, ale z latynosko-włoskim akcentem) bardzo często słychać w tych dniach w mediach – dżingle, zwiastuny, klipy. Niewątpliwie “podkręcają” one i tak gorącą atmosferę ŚDM w Krakowie, ale można przecież to pytanie wziąć do siebie, można – mimo mnogości wrażeń i wydarzeń – właśnie teraz próbować nad nim się zastanowić.

Are You ready to say yes? Komu mam powiedzieć “tak”? Bogu? Sobie? Współmałżonkowi (przed ołtarzem już było mówione…)? Przyjaciołom? Znajomym? Obcym? Wrogom? Po co, dlaczego mam powiedzieć “tak”? Czy to tylko bezwolne przytaknięcie dla “świętego spokoju”? Jakiej dziedziny, jakiego zakresu dotyczy moje ewentualne “tak”? Czy wystarczy raz powiedzieć, czy trzeba stale powtarzać? Ile czasu jest na odpowiedź i czy można powtórzyć pytanie (to z konkursów i teleturniejów)? Pytanie jedno, proste – a tyle okoliczności. Ale przecież ono tyle razy już było zadawane.

“… czy miłujesz Mnie bardziej niż ci?(…) Kiedy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Kiedy się już jednak zestarzejesz, wtedy wyciągniesz przed siebie swoje ręce, ktoś inny cię przepasze i poprowadzi tam, dokąd sam nie chciałbyś pójść” (J 21, 15. 18).

Are You ready to say yes…?

Andrzej O.

  

Dar z siebie – intuicja teologiczna

July 23, 2016 5:00 am

Pewien znajomy ateista zapytał mnie kiedyś, jak osoba wykształcona może w obecnych czasach wierzyć w Boga. Jego zdaniem wiary w Boga, w Stwórcę i Zbawiciela świata, nie da się utrzymać wobec osiągnięć nauk i nieusuwalnej obecności zła w świecie. Nie przypominam sobie, co dokładnie odpowiedziałem, działo się to bowiem kilkanaście lat temu.  Wskazywałem zapewne na metaforyczność biblijnego opisu stworzenia świata i ograniczenia nauk ścisłych, które w sposób metodyczny pozostawiają poza swoim obszarem zainteresowania niemałą część ludzkiego doświadczenia. Dlatego nie są w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie o sens istnienia świata w ogóle, a człowieka w szczególności. „No dobrze. Skoro tak – podsumował mój znajomy – to dlaczego ten wasz bóg nie stanie przed nami wszystkimi w taki sposób, aby nikt nie miał wątpliwości, o kogo chodzi i nie powie: ‘Oto jestem’.” Zacząłem coś mówić o niepoznawalności Boga, o transcendencji, o ograniczoności naszych władz poznawczych, ale bez większego przekonania. Nasza rozmowa o Bogu na tym się zakończyła, ale we mnie toczyła się nadal. Gdy opuszczałem mieszkanie znajomych schodząc klatką schodową, dopadło mnie moje esprit d’escalier: „Przecież Bóg spełnił dokładnie życzenie mojego znajomego w osobie Jezusa Chrystusa. Przyszedł, stanął i powiedział: ’Jestem’, a myśmy Go ukrzyżowali.” O tym pisze właśnie św. Paweł w liście do Filipian:

On to istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi, a w zewnętrznej postaci uznany za człowieka. Uniżył samego siebie, stając się posłuszny aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. (Flp 2, 6-8)

Wcielenie Syna Bożego jest wyjściem naprzeciw pragnieniu człowieka, również wierzącego, aby doświadczyć takiej bliskości Boga, która nie pozostawia już miejsca na wątpliwości i każe wyznać: „Pan mój i Bóg mój.” Stając się jednym z nas Bóg dostosowuje się do naszych skończonych możliwości poznawczych i objawia swoją nieskończoną naturę. Bóg przyjmuje nasze warunki, i to zarówno w wymiarze egzystencjalnym, wynikające z naszego śmiertelnego losu (ogołocił samego siebie), jaki te wynikające z naszej wolnej decyzji, z naszego odrzucenia Go (uniżył samego siebie, stając się posłuszny aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej). Właśnie w tym ogołoceniu i uniżeniu siebie samego, Bóg odsłania Swoją naturę, którą jest Miłość, polegająca na nieustannym wzajemnym obdarowywaniu się sobą przez Osoby Trójcy Świętej. Ta miłosna natura Boga ukazuje się w skandalu krzyża.

Aby dobrze to zrozumieć trzeba oderwać się od pierwszego wrażenia, które budzi słowo krzyż. Ponieważ obraz krzyża jako szczytowego wyraz miłości Boga do człowieka spontanicznie odsyła do doświadczenia Męki i cierpienia, to niejako samo z siebie bierze się połączenie miłości i cierpienia. Jeśli jednak nie poddamy się temu mimowolnemu skojarzeniu i spojrzymy głębiej, to dostrzeżemy, że istotą krzyża nie jest cierpienie, ale bezwarunkowe, całkowite, wyłączne oddanie się Drugiemu. Cierpienie, choćby najbardziej przytłaczające, miażdżące, dojmujące, mroczące zmysły, nie jest istotą krzyża. Ukrzyżowanie, które stało się obrazem miłości Boga do człowieka, nawet jeśli mieszczące się w Bożej ekonomi zbawienia,  jest wydarzeniem przygodnym, związanym ściśle z miejscem i czasem, w którym się dokonało. Czy gdyby Jezus zginął zrzucony ze skały przez mieszkańców Nazaretu, albo został ukamienowany wraz z nierządnicą, to Boża wola odkupienia zostałby zniweczona? Sądzę, że nie. Krzyż był naszą decyzją, naszą odpowiedzią na Jego dar z Siebie.

Miłość Boga nie zamyka się w wydarzeniu krzyża. Krzyż należy wpisać w nieustanny proces udzielania się Boga człowiekowi, począwszy od stworzenia, poprzez wcielenie, krzyż i eucharystyczną obecność pośród nas. Bóg stoi przed nami i udziela się nam na miarę naszej odpowiedzi, naszej miłości.

Mariusz Rogalski

Uderz w stół –

July 22, 2016 5:00 am

– a noga odleci 😉 Tak ktoś sparafrazował powiedzenie o stole i odzywających się nożycach. Czuję się przywołany do tablicy przedwczorajszym wpisem i sprowokowany do myślenia na temat wszystkich urodzin, imienin i rocznic w kalendarzu. Piszę celowo rozdzielnie gdyż uważam, że nie są one ogromnym gąszczem.

Jeśli ktoś jest dla mnie ważny, bliski, znaczący, głęboki w relacji – to kalendarz nie jest potrzebny, by pamiętać istotne daty – urodziny, imieniny, rocznice. Najczęściej same się one kojarzą i przypominają. To oczywiście moje subiektywne spostrzeżenie 🙂 Gdy myślę o rytuałach – codziennych, tygodniowych, miesięcznych, rocznych – to właśnie w tych ostatnich panuje ład i powtarzająca się co roku sekwencja wydarzeń: rocznica ślubu, imieniny Żony, urodziny Żony, imieniny Syna, urodziny Córki, urodziny Syna, imieniny Córki, i na końcu moje urodziny i imieniny. Żeby było trudniej – a raczej bardziej ciekawie – można do tej sekwencji dołożyć daty chrztu, komunii i bierzmowania członków rodziny. Oczywiście urodziny i imieniny Rodziców i Teściów są poza podstawową sekwencją, ale tworzą własną… Kiedyś ktoś przyniósł do domu tort na swoje urodziny i domownicy spytali go, co to za okazja i dlaczego tort. Jubilat “przyznał się” do swojej uroczystości i nieśmiało powiedział, że jak na poprzednie urodziny przyniósł wuzetki, to urodziny przeszły niezauważone…

Świętowanie rocznic – to okazja do bilansów i podsumowań, do planowania przyszłości. Ale niedawno gdzieś przeczytałem, że to nie rocznice, urodziny, imieniny, święta, początek roku są najważniejszymi dniami w roku. Najważniejszy w roku jest jeden dzień – DZIEŃ DZISIEJSZY. DZIŚ.

Andrzej O.

Złap czas zamiast pokemona

July 21, 2016 10:37 am

Świat oszalał na punkcie nowej gry Pokemon GO. Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał – to aplikacja na smartfona, która wymaga od użytkownika, by chodził i zbierał pokemony. Wykorzystuje mapy i kamerę, więc idziemy sobie po ulicy, gdy nagle wyskakuje nam na telefonie pokemon, którego trzeba złapać. Ludzie oszaleli – biegają po mieście, wyskakują z samochodów, bo na mapie znalazł się właśnie jakiś rzadki okaz pokemona; wchodzą na prywatne posesje; w USA powstała nawet grupa przestępcza, która zwabiała swoje ofiary, podstawiając im wirtualne pokemony. Jeden mężczyzna pochwalił się w sieci zdjęciem, na którym złapał pokemona, podczas gdy jego żona rodziła. Tak, taki świat.

Niektórzy twierdzą, że to może i dobrze, bo zamiast zwykłego „grania” ludzie zażywają trochę ruchu. Ale zobaczmy, w jakim kierunku nas to prowadzi – telefon, który przecież miał służyć przede wszystkim komunikacji, powoduje, że ludzie co prawda biegną w tłumie, ale jednak biegną nie z innymi, ale z własnym smartfonem. Jeśli zwrócą na innych uwagę, to tylko dlatego, że weszli im w drogę. Technika, która miała ułatwiać komunikację, może stanowić poważną przeszkodę w relacjach.

Dobrze sobie zrobić taki „technologiczny rachunek” – ile mamy w domu ekranów (tablet, tv, komputer, smartfon), na których koniecznie musimy coś sprawdzić właśnie wtedy, kiedy Żona/Mąż chce o czymś pogadać. U nas w domu pomógł przypadek/wypadek – zepsuł się laptop. I o dziwo, bez niego świat się nie zawalił (komputer stacjonarny włączamy tylko w przypadku wyższej konieczności, za długo się włącza, żeby tylko zerknąć na coś na chwilę), a my mamy więcej czasu dla siebie. Dlatego laptop, jak był zepsuty, tak leży zepsuty, a nam do jego naprawy zupełnie się nie spieszy.

Łukasz Czechyra