małżeńskie scrabble

September 15, 2016 5:00 am

Każdy chciałby usłyszeć coś miłego.

Dlatego chciałam Wam dzisiaj zaproponować małą grę, która może pomóc w tym, aby znaleźć te miłe słowa dla tej drugiej strony.

Aby się dobrze przygotować do tej rozmowy, przygotujcie, proszę, karteczkę i coś do pisania. W pionie napiszcie dużymi literami imię swojego współmałżonka. A następnie przy każdej literce napiszcie pozytywną cechę, opisującą żonę czy męża, zaczynającą się na tę literę. Nie musi być bardzo dokładnie, można dołożyć do tego odrobinkę humoru np.

A – ambitna
G – genialnie pomysłowa
A – absolutnie dowcipna 😉

Tak opisane imię przybliży współmałżonka i może być inspiracją do miłego dialogu przy porannej kawie albo wieczornej herbacie.

Pięknego odkrywania siebie nawzajem!

Dorota

Otwarta komunikacja

September 14, 2016 5:00 am

Komunikacja jest naszą codziennością. Jak już zauważyli moi poprzednicy w swoich tekstach – istnieje wiele jej definicji, odmian, znaczeń. A wszystko po to, by osoby komunikujące się mogły lepiej się porozumieć i wejść w relację.

Utkwił mi w pamięci fragment artykułu Małgosi o tym, aby „wejść w buty” naszego rozmówcy. Akurat Małgosia pisała o „butach” osoby, która sprawiła nam przykrość, ale myślę, że można tą prawdę odnieść również do innych sytuacji życiowych.

Tak na przykład z naszego rodzinnego podwórka: początek września był czasem adaptacji w przedszkolu naszego najmłodszego synka. Piotruś wraz z innymi trzylatkami uczestniczył w specjalnych zajęciach adaptacyjnych, zorganizowanych przez panie wychowawczynie. Ten czas był bardzo pomocny w przystosowaniu się dzieci do nowego etapu w ich życiu. Panie przedszkolanki starały się najlepiej, jak mogły, złapać wspólny język z maluchami. Pokazywały im salę, wszystkie sprzęty i zabawki, objaśniały jak będzie wyglądał ich dzień, jakie zabawy będą przeprowadzane. Dodatkowo zorganizowały fantastyczne przedstawienie teatralne, w którym pacynki prowadziły dialog. Starszy przedszkolak Misio opowiadał nowicjuszowi, co się dzieje w przedszkolu, jak miło można się tu bawić i poznawać świat, że wcale nie ma się, co bać. Panie wychowawczynie po prostu „weszły w buty” swoich przyszłych podopiecznych, aby się z nimi zaprzyjaźnić i stworzyć relację, dzięki której czas spędzany poza domem będzie dla maluchów przyjemniejszym.

Za przykładem takiej adaptacji = komunikacji między przedszkolakami a wychowawczyniami, myślę, że warto zadbać w naszych małżeńskich dialogach o takie drobne detale, jak znalezienie dogodnego czasu dla obojga na rozmowę, szacunek wypowiedzi, łagodność w stawianiu trudnych pytań, wejście na poziom „proficiency” w słuchaniu współmałżonka itd. Dzięki nim nasze relacje mogą stać się głębsze i jeszcze bliższe.

Aleksandra Czechyra

słuchanie: poziom "proficiency"

September 13, 2016 5:00 am

W niedzielę ks. Jarek pisał o tym, jak bardzo potrzeba tych, co potrafią słuchać. Można powiedzieć, że poziom “beginner” to powstrzymać się od mówienia i przenieść uwagę na drugą osobę, w taki sposób, jakbyśmy opróżnili swoją głowę z pomysłów na kolejne zdania i naprawdę starali się usłyszeć, co on czy ona chce nam powiedzieć. Potem pewnie jest dużo różnych szczebli zaawansowania, ale chciałabym dzisiaj napisać o czymś z rejonów już “proficiency”. Czyli naprawdę zaawansowanych. To wtedy, gdy to, co do nas mówią inni, jest raniące i budzi sprzeciw – jeśli skupimy się tylko na warstwie słownej.

Odkrycie tego dla siebie samej było dla mnie krokiem milowym (dlatego pisałam już kiedyś). Rewelacyjnie ten typ wypowiedzi obrazuje “nienawidzę Cię”, jakie możemy usłyszeć od naszych dzieci. Albo “jesteś najgorszą matką na świecie” i tym podobne laurki, których pewną ilość każdy rodzic zapewne ma na swoim koncie. Jest w tej grupie także cała seria przykrych rzeczy, które mąż może powiedzieć żonie, a żona do męża. I choć nie powinniśmy i nie chcemy sprawiać bólu, ubieramy emocje w słowa często kompletnie niestosowne.

Przez wiele lat zostawałam na ścianie dialogu z tym, co na wierzchu. “Jest mi bardzo przykro, że tak myślisz”. “Dzieci nie powinny się tak odzywać do swoich rodziców”. “Za moich czasów, gdyby ktoś się tak odezwał, dostałby takie manto, że byłby to pierwszy i ostatni raz”. W tym stylu można by kontynuować z dziećmi. Do męża, żony, współpracownika, zdenerwowanego klienta – wchodzi także cala paleta retorsji. “Jak możesz?” “I to słyszę od Ciebie za to wszystko, co dla Ciebie robię?” “Ty… (tu na przykład jakieś nazwy zwierząt hodowlanych).” Albo po prostu foch. Trzask drzwiami.

A przecież wiem po sobie. Ludzie mówią w nerwach rzeczy, które mają skupić naszą uwagę na nich na tyle, by dotarło; przykładając do tego siłę, która wzięta dosłownie (“ona mnie nienawidzi”), mogłaby znokautować nas na amen. A przecież im zależy ostatecznie na tym, byśmy ich zrozumieli, weszli z nimi w bliski kontakt. Dlatego tym, co bardzo szybko prowadzi do zakończenia konfliktu, jest pomoc w nazwaniu emocji, która każe dziecku czy wzburzonemu dorosłemu mówić rzeczy tak nieadekwatne. “Widzę, że jesteś bardzo rozżalona”. “Widzę, że musisz być naprawdę wściekły”. “Coś sprawiło Ci wielką przykrość”. “Jesteś niezadowolony”. I wówczas zdarza się cud: druga strona zaczyna topnieć w błyskawicznym tempie. “Tak, miałem straszny dzień w pracy”. “Mamo, nie lubię, kiedy na mnie tak krzyczysz”. “Nic mi nie wychodzi”. “Przytul mnie”.

Niby to bardzo trudne, bo trzeba przejść ponad uczuciem osobistej przykrości. Z drugiej strony ta ścieżka odrywa od wchodzenia w urazę, rozpamiętywaną potem długo, i powoduje że pocisk tak naprawdę nie robi nam krzywdy. Proste kroki: skupienie uwagi na rozmówcy, dotarcie do tego, co jest pod spodem ubranych w emocję trudnych słów, a potem wypowiedzenie tego, by pomóc mu odnaleźć kontakt z samym sobą. Bezcenne. I nieodzowne w małżeństwie, gdzie – jak pisali poprzednicy – rozmawiamy ze sobą ciągle, ale nie wszystkie te sytuacje można nazwać dialogiem. Metoda “rozszyfrowywania” obraca w dialog to, co mogłoby być początkiem kłótni.

Szyfry wojny

Małgorzata Rybak

Diagram narysowałam na podstawie książki Thomasa Gordona “Wychowanie bez porażek w praktyce”.

Program "sześciu kroków"

September 12, 2016 5:00 am

Piszę te słowa, kiedy jeszcze dochodzą głosy z wielu sal, w których odbył się Program JA+TY=MY. Zajęliśmy każdą wolną przestrzeń naszego Instytutu, a godziny małżeńskie zajęły także całą przestrzeń wokół: wszystkie altanki, ławeczki czy nawet trawniki. Pomieścić 6 grup i zorganizować wszystkie kawiarenki i miejsca na dialog małżeński, dostarczyć posiłki do wszystkich grup było prawdziwym wyzwaniem. Ale wszyscy wiemy, że warto.

Z jaką radością obserwowałem pary, które prowadziły ze sobą dialog, mężów, którzy pospiesznie wychodzili tylko po to, żeby przynieść kubek kawy i trochę słodyczy i natychmiast wracali, żeby nie utracić ani chwili na rozmowę. Wszyscy wiemy, jak ważny jest dialog w rodzinie i czasem jesteśmy przekonani, że przecież ciągle ze sobą rozmawiamy – ale do prawdziwego dialogu dochodzi wówczas, gdy zapewnimy mu okoliczności i to na Programie się udaje.

Takie okazje pokazują, ze dialog, choć stanowi codzienny element małżeńskiej codzienności, jest czymś, co trzeba przeżywać odświętnie, jako moment celebracji małżeńskiej jedności, a nie coś prozaicznego. Łatwiej oczywiście zrobić to „na wyjeździe”, ale za to potem spokojniej wraca do domu i staje się pięknym elementem małżeńskiego życia. Podobnie jak “sześć kroków” z JA+TY=MY, które – wprowadzone do domu – mogą go niezwykle ubogacić.

Choć nasz Instytut nie jest wielki, trzeba się sporo nachodzić, żeby przejść wszystkie sale. No i mnóstwo schodów. Ale w tym roku ich pokonywanie było o wiele przyjemniejsze. A to za sprawą drobnego pomysłu Tosi i Jacka. 🙂

Dziękuję wszystkim parom trenerskim za zaangażowanie i wysiłek. I wszystkim, którzy zajęli się troską o spokojny przebieg wszystkich zajęć. I wam, Kochani, za pamięć w modlitwie. Następny Program JA+TY=MY za dwa tygodnie we Wrocławiu.

Z pamięcią o wszystkich

ks. Jarosław Szymczak

IMG_0851

IMG_0854

 

IMG_0856

IMG_0855

Słuchanie przed mówieniem

September 11, 2016 5:00 am

Jest najprostszym sposobem okazania szacunku. Pokazuję bowiem, że jestem zainteresowany, że to dla mnie ważne i że chcę drugą osobę dobrze usłyszeć.

Podszedłem kiedyś do grona kilku osób, które ze sobą rozmawiały. Znałem niektórych z nich i chciałem posłuchać, o czym rozmawiają. Uprzejmie zrobiono mi miejsce i zacząłem się przysłuchiwać. A ponieważ nie uczestniczyłem od początku tej rozmowy, więc usilnie słuchałem, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, o czym mowa. Rozmowa była dość wartka i ludzie wskakiwali sobie w wątek, żeby podjąć wątek lub wprowadzić jakiś inny aspekt. A ja ciągle słuchałem.

Nagle się zorientowałem, że wszyscy powoli zaczynają kierować do mnie swoje wypowiedzi. Pomyślałem, że starają się włączyć mnie jak najszybciej w rozmowę, ale potem uświadomiłem sobie, że to dlatego, iż byłem jedyną osobą słuchającą. Wszyscy inni tylko czekali, żeby zabrać głos, bo temat był dla nich ważny. Byłem więc jedynym, który nie planował wypowiedzi, tylko oddał się całkowicie słuchaniu. Na zakończenie poproszono mnie, żebym przedstawił swoje stanowisko w tej sprawie, ponieważ uznano, że wysłuchałem wszystkich i mam ogląd całości.

Kiedy decydujemy się słuchać, mamy szansę usłyszeć, co ktoś drugi chce nam powiedzieć. Kiedy chcemy coś powiedzieć, oczekujemy tylko, że ktoś drugi nas usłyszy. Większa będzie radość i owocność ze spotkania, kiedy postawimy najpierw na to pierwsze. Drugie przyjdzie jako owoc. I to w połączeniu z życzliwością i z inicjatywy drugiej osoby.

ks. Jarosław Szymczak

Z intensywnie przeżywanego Programu 1: JA+TY=MY w Łomiankach.

Wojtyła w klockach lego

September 10, 2016 5:00 am

Nastał wrzesień, a wraz z nim czas zadań i powinności. Wchodzę do pokoju średniego (10-letniego) syna, gdzie nadal panują wakacje i wiem, że dalej tak się nie da. Także dlatego, że stężenie kurzu jest tak wielkie jak w muzeum przyrodniczym, gdzie głównymi okazami są gigantyczne roztocza. Syn jest w szkole, więc myślę, że zrobię to szybko: “wypiorę” klocki z pudeł, potem powkładam w nowe, lepsze pudła. Będzie czym oddychać, będzie gdzie robić lekcje. Mimo moich świetnych intencji dostaję jednak burę, jak mogłam bez jego wiedzy grzebać w jego klockach, gdzie wszystko miało swój sens. Przyznam, że miałam taką wątpliwość, ale ostatecznie chciałam szybciej, sprawniej, efektywniej. Mimo to bronię swoich racji.

– No, a jakbyś się, Mamo, czuła, gdyby wydawnictwo coś bez twojej wiedzy pozmieniało w książce, którą pisałaś? – pyta mnie ze łzami spływającymi po policzkach.

– Fatalnie – odpowiadam. – Masz rację. Czułabym się fatalnie.

I tak wygląda Wojtyła pod strzechą, i jego personalizm. Najpierw informacja, potem zgoda woli, a wszystko w podane z życzliwością i cierpliwością. Czy mamy lat 100 czy 40, czy 5, nie lubimy, gdy nas się pomija czy traktuje jak pionki na szachownicy. Podobnie w małżeństwie: nie wypalą decyzje podejmowane za drugiego i komunikowane mu ex cathedra; pomysły, na które musi  się zgodzić, bo przecież ja wiem lepiej. Potrzebna ta sama ścieżka: wytłumaczenie, dlaczego to dla mnie wazne i dla nas mogłoby być dobre, jeśli rzeczywiście mąż czy żona oceni sprawę tak samo – szacunek dla jego i wówczas naszej wspólnej decyzji. Wszystko podane nie jako szantaż i przyparcie do ściany (“jeśli mnie kochasz, to się zgodzisz”), ale z pozostawieniem przestrzeni wolności (“jeśli chcesz, możemy…”) – dlatego że zależy mi na Tobie, bo Ciebie kocham i szanuję.

Dziś sprzątamy klocki, znaczy w zasadzie sam syn, a na JA+TY=MY w Łomiankach małżeństwa będa szukać sposobów na lepszą codzienność. Wspieramy to przedsięwzięcie gorącą modlitwą.

Małgorzata Rybak

Zadra, belka, ślepota

September 9, 2016 5:00 am

Jakże to jest, że widzisz w oku brata małą zadrę, a we własnym oku nie dostrzegasz całej belki? (Łk 6, 41).

To niesamowite, że gdy na blogu poruszamy się wokół dialogu i komunikacji w małżeństwie, padają te właśnie słowa. Jak często pouczam – ale sam nie jestem w porządku. I nie chodzi tu o jakiś ogólny stan uporządkowania, a o dokładnie bardzo wąski obszar, w którym w danym momencie udzielam rady. “Dobrej rady”. Najlepszej. Niejednokrotnie ex cathedra. Czasem naprawdę niewiele mi brakuje, by uwierzyć w nieomylność moich rad, poleceń i wskazań. Jak czuje się druga strona owego, pożal się Boże, “dialogu”, gdy otrzymuje gotową, dołującą receptę na rozwiązanie swoich bolączek i problemów, podprawioną między wierszami sosem pogardy…?

Czy może ślepy prowadzić ślepego? Czy nie wpadną obaj do tego samego dołu? (ŁK 6, 39).

To, co usłyszałem w czasie wykładu o dialogu i komunikacji podczas programu JA+TY=MY – to jak zwykle recepta, metoda, początek drogi. Dlatego codzienne, cotygodniowe rytuały są takie istotne. Tak samo “godzina małżeńska”… I może właśnie dlatego wciąż są nowe edycje programu JA+TY=MY. Kolejna zaczyna się jutro w Łomiankach. Tradycyjnie zachęcam PT Czytelników do modlitwy o potrzebne łaski dla uczestników i wszystkich w jakikolwiek sposób zaangażowanych w Jedynkę…

Andrzej O.

    

 

Bo Ty to nigdy….

September 8, 2016 12:56 pm

– … niczego nie odkładasz na miejsce, a potem jeszcze nie pamiętasz, co z tym zrobiłeś!!! Weź się ogarnij!

No i konflikt gotowy. Pocisk trafił w samo serce, czyniąc tam wielkie spustoszenie i jeszcze większą chęć odwetu. A przecież uświadomienie sobie, że kolejny raz nie ogarnęło się podobnej sprawy, jest wystarczająco przytłaczające.

To prawda, że irytacja z powodu kolejnej zapomnianej rzeczy, sprawy, daty, zgubionego dokumentu może być przeogromna i w końcu chciałoby się uzyskać upragniony efekt, ale takie wykrzyczenie, nie dość, że nie spowoduje nagłego odnalezienia dokumentu, czy cofnięcia czasu, to doprowadzić może tylko do łańcuszka kipiącej złości, „wymiany słownych razów”, które mogą później jeszcze długo boleć.

Bo ile w tym zdaniu kłamstwa oprócz tego, że jedynie to „Ty” jest prawdziwe? Czy na pewno on nigdy niczego nie odkłada na miejsce? Nigdy nie pamięta? Czasami się zdarza, ale łatwo jest generalizować.

Cóż więc począć, gdy scyzoryk się w kieszeni otwiera?

Otóż dobrze jest wypracowywać w sobie umiejętność zamiany komunikatu „Ty” na komunikat „Ja”. Mówić o swoich uczuciach, które nie są do podważenia, a nie skupiać się na wypominkach, na żądaniach,  na wygarnięciu, bo w końcu nadarzyła się okazja.

Lepiej wówczas powiedzieć: „Wkurza mnie to, że nie pamiętasz, gdzie odłożyłeś te dokumenty, bo teraz miotam się po całym domu szukając ich. Chciałabym, żebyś odkładał je w jedno miejsce.”

Co się wówczas dzieje?

Nie można zaprzeczyć uczuciom, które nam towarzyszą (wkurzona jestem). Opisana zostało konkretne zachowanie, które wywołało to uczucie (brak świadomości, gdzie ta druga osoba odłożyła dokumenty, a teraz tracę czas na ich poszukiwania). Określone zostały oczekiwania, co do całej sytuacji (chciałabym, żebyś odkładał dokumenty w jedno miejsce). I druga strona nie może zarzucić tu żadnego kłamstwa. Czasu nie cofnie, ale jest duża szansa, że następnym razem więcej uwagi poświęci na to, gdzie i w jaki sposób zabezpieczyła dokumenty, żeby podobna sytuacja się nie powtórzyła.

Jak dla mnie bardzo trudne, ale bardzo ważne dla dobrej komunikacji. I zawsze warto próbować!

Dorota

Co nas łączy

September 7, 2016 5:00 am

O podstawach udanego małżeństwa napisano setki tysięcy artykułów, książek, felietonów. Jednym z tych fundamentów jest zdecydowanie dialog małżeński – o sposobach komunikowania swoich potrzeb czy radzenia sobie z emocjami podczas rozmowy też napisano czy nakręcono niemało: przypominam sobie szczególnie jedną scenę z serialu „Siódme niebo”, kiedy podczas małżeńskiej kłótni żona zaatakowała męża argumentem nie do obrony „wolisz mieć rację czy żonę?!”.

Podczas Programu JA+TY=MY nie tylko dowiadujemy się i doświadczamy, jak ważny jest nasz dialog – jeśli go zabraknie, zaczną powstawać domysły. Dlaczego więc tak trudno nam znaleźć czas na codzienną (tak, codzienną!) rozmowę z żoną/mężem? Ilu nas tu autorów czy czytelników, na pewno tyle wymówek: bo trzeba zawieźć dzieci na zajęcia, bo przecież trzeba wreszcie zrobić pranie, żebyśmy mieli czyste ubrania, zapakować zmywarkę, żebyśmy mogli jak cywilizowani ludzie jeść przy stole, a nie nad zlewem i wiele innych, bardzo potrzebnych spraw, które trzeba załatwić. Wszystkie są bardzo ważne, robimy je dla dobra całej rodziny, są dobre, więc o co chodzi?

Ostatnio rozmawiałem z księdzem z Ruchu Światło-Życie, który wyjechał ewangelizować na Litwę, ale nie z grupą oazowiczów, a z członkami Odnowy w Duchu Świętym! W branży kościelnej takie mieszanie wspólnot bardzo często jest niezbyt mile widziane; bywa, że jest traktowane  jako podbieranie sobie uczestników, przeciąganie na „swoją stronę” itp. Ten ksiądz po prostu mówi: „niech nas nie dzieli to, co nas łączy”.

I tak samo w małżeństwie – dom, dzieci – to wszystko nas łączy, ale niech przy tym nas przypadkiem nie zacznie dzielić.

Łukasz Czechyra

"To musi być trudne…"

September 6, 2016 5:07 am

O wychowaniu dialogu wewnętrznego zaczął fantastycznie wczoraj ks. Jaroslaw; ja dziś o kolejnej odsłonie tego procesu. Absolwenci Programu JA+TY=MY oraz czytelnicy naszej książki “Raz się żyje” z pewnością przypominają sobie wieloaspektowe korzyści płynące z “Ale to dobrze, bo…” – zdania-klucza, które może naszą negatywną gadaninę zamienić na jej pozytywną wersję. A więc gdy pada deszcz, zamiast się wściekać, że znowu pada, znajdujemy jakieś “to dobrze bo…” – na przykład “bo mogę w końcu użyć nowego parasola”, albo “cudownie będzie napić się kawy w biurze, gdy już się do niego dostanę” itd. (wersji tyle, ile pomysłowości starczy). Po pewnym czasie można zacząć stosować metodę do grubszych wydarzeń losowych, ufając, że Pan Bóg zawija swoje dary w rozmaite opakowania i niektóre z nich mogą się początkowo wydawać nieciekawe. A także do naszych wzajemnych odniesień, gdzie irytujące zachowania czy różnice mogą zaprowadzić nas do odczytania błogosławieństw, jakie z nich dla nas płyną.

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam o podobnej propozycji, która może nas wesprzeć w sytuacjach konfliktowych w domu i w pracy, i pomaga “wejść w buty” osoby, której zachowanie jest dla nas szczególnie trudne czy przykre. To zdanie zaczyna się od “To musi być trudne…” Dla przykładu więc: “Małgosi brak pewności siebie. To musi być trudne dla niej, nie mieć informacji zwrotnej w projekcie grupowym, dlatego się na mnie denerwuje” czy też “Mój mąż jest kinestetykiem. To musi być trudne dla niego, siadać po wejściu do domu ze mną na kanapie po całym dniu siedzenia w biurze”.

Ta praktyka uwalnia nas od szukania “złej intencji” w zachowaniu drugiego i pozwala doświadczyć radości związanej z wyjściem z siebie i błędnego koła odczuwania, że ludzie pewne rzeczy robią głównie po to, by sprawić nam przykrość. Oczywiście metoda nie załatwi wszystkich problemów, ale pomoże nam podejść do nich konstruktywnie – gdy szukamy rozwiązania, a nie grzęźniemy w urazach.

m

*myśl znaleziona TU