wzmacniać dobro

April 19, 2016 5:00 am

„Gdy on przybył i zobaczył działanie łaski Bożej, ucieszył się i zachęcał wszystkich, aby całym sercem wytrwali przy Panu; był bowiem człowiekiem dobrym i pełnym Ducha Świętego i wiary.” (Dz 11,23)

O jakże miło jest być docenionym. Jakież to dowartościowujące i mobilizujące, gdy dostrzeżone są nasze starania, choć nie zawsze jest się perfekcyjnym. Udawać przecież na dłuższą metę się nie da.

Ale też dostrzeganie starań innych – jakże ważne. Jak może podnosić, umacniać, zachęcać. Tak jak Barnaba. Nie wytykał błędów, nie narzucał pokut, nie kontrolował skrupulatnie, ale cieszył się i zachęcał. Doceniał starania i widział tę łaskę Bożą, którą Bóg obdarzył ludzi z Antiochii, dzięki której ich przemiana była możliwa. A oni jej nie zmarnowali. Nie zniechęcili się!

Zapewne dodało im to otuchy i sił!

Dobrze by było być jak Barnaba – zachęcać bliskich i ludzi wokoło i wzmacniać dobro.

Dorota

cel

April 12, 2016 8:30 am

Najpierw historyjka, pewnie wszystkim znana.  🙂

Pewien mędrzec zapragnął zrozumieć, co pobudza ludzi do pracy przez całe życie. Poszedł do kamieniołomu i ujrzał tam człowieka pracującego z mozołem kilofem i dłutem.

     – Co robisz? – spytał go.

     Łupię kamienie dla mojego przeklętego pana. Haruję cały dzień za kawałek chleba…

     Po czym, wciąż tak przeklinając, kontynuował pracę.

     Drugiego robotnika mędrzec zapytał o to samo.

     – Pracuję, żeby móc zapłacić za dom i nakarmić dzieci. Jeszcze parę miesięcy i spłacę swoje długi… – odpowiedział tamten.

     Mędrzec znalazł trzeciego robotnika i jego też spytał o to samo. Mężczyzna, odrywając się od pracy, podniósł głowę i mędrzec ujrzał twarz o radosnym i dumnym wyrazie.

     – Czy nie widzisz przyjacielu? – powiedział, wskazując na jeszcze nie ukończony budynek w oddali. – Buduję katedrę!

Pier D’Aubrigy

Niektórych celów, z którymi się zmagamy na co dzień, mamy „po dziurki w nosie”, bo takie męczące, choć niezbędne do funkcjonowania. A osiągnięcie jednego celu nie zawsze gwarantuje sukces, raczej  „przymusza” do zdefiniowania  kolejnego. Pewnie w wielu wypadkach też osiąganie ustalonych celów kojarzy się bardzo pozytywnie; z pełnym poczuciem satysfakcji i samorealizacji.

Ale nie każdy nasz cel jest tym, do którego powinniśmy zmierzać. Wszystkie „nasze” dążenia powinny być jednak podporządkowane temu jednemu:

“Odpowiedział im Jezus: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.” (J 6,35)

Że tak przewrotnie zapytam: jak Ci się podoba projekt Twojej katedry? 😉

on, ona i słowa

April 11, 2016 5:00 am

“Czy kochasz Mnie?” (J 21, 17) – pytał Jezus wczoraj Piotra aż trzy razy (najpierw w wersji “czy miłujesz?”). Proboszcz naszej parafii zauważył, że tak również pytają żony. Jak gdyby jeden raz nie wystarczyło.

Pomyślałam, że w istocie rzeczy tak jest. Że “on” potwierdza czynami to, co “ona” chciałaby usłyszeć słowami. On każdego dnia “czyni” swoje “kocham Cię”, jak idzie do pracy i załatwia kwity, i wynosi śmieci, i myśli, po co tyle gadać. A ona stoi w oknie i czeka, żeby zostawił wszystko “czynienie” i o tym opowiedział, nie widząc świata poza nią. I że to taki pat właściwie, że odbiorcy komunikatów mijają się z ich nadawcami. I jakie to przykre, że ona z jego czynów nie czyta, jak bardzo on ją kocha. A on nie rozumie, dlaczego ona wciąż prosi o słowa i czy to znaczy, że ma się zamienić w piszącego wiersze dandysa, który nie dźwiga swojej męskiej odpowiedzialności za działanie.

Może sprawdza się szczególnie w przypadku kobiet, że “wiara rodzi się ze słuchania”. Dlatego potrzeba to usłyszeć częściej niż jeden raz przy ołtarzu, a potem to już nie. Ale trzeba też, by ona nauczyła się jego języka czynów i przyjmowała je jak prezenty. Może jest też wykonalne, by on przygarnął słowa i próbował się ich nie bać.*

M

*Choć jest zawsze taka ewentualność, że gdy w końcu powie bez powodu: “kocham Cię”, ona odpowie: “Mówisz to tylko po to, by mi sprawić przyjemność”, albo “wcale nie”, żeby w domyśle on to powiedział jeszcze raz – i potwierdza się, że lepiej nic nie mówić! 😉

 

jestem kochany

March 2, 2016 5:00 am

“Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.” Mt 18, 21-22

Czy jesteśmy w stanie przebaczyć samym sobie aż siedemdziesiąt siedem razy? Czy uwierzyliśmy w to,  że Pan Bóg względem nas zachowuje się jak Tato, który przede wszystkim chce zachować z nami jak najbliższą więź (podobnie jak my względem naszych dzieci)? Że przygarnia nas, gdy leżymy; a nawet gdy upadamy, nie odwraca się do nas plecami, bo padamy właśnie w Jego otwarte ramiona? Że słabość wynika z tego, kim jesteśmy?

Bez tej wiary, bez Ojca, który jest sprawiedliwy przez to, że jest miłosierny, nie zdołamy przebaczyć nikomu siedemdziesiąt siedem razy. Nie zdołamy pokochać ludzi w ich słabości, docenić ich wielkich pragnień i zrozumieć ograniczeń. Tylko z Ojcem, który kocha nas najbardziej, gdy jesteśmy najsłabsi, możemy darować innym ich długi i kochać ich bez warunków, takimi, jakimi są. Osieroceni – nie potrafimy, nie jesteśmy w stanie.

M

 

(nie)ogarnianie

February 11, 2016 5:00 am

Patrzę z podziwem na znajomą – bardzo pogodną mamę czwórki malutkich dzieci (w tym: niemowlęcia) w akcji. „Ewa, jak Ty ich wszystkich ogarniasz?” – pytam. „Ja nie ogarniam. Łaska Boża ogarnia” – rzecze Ewa z uśmiechem od ucha do ucha.

Jak bardzo olśniły mnie te słowa i jak dużą ulgę przyniosły. Bo rzeczywiście jest tak, że często mimo najszerszych chęci i najbardziej pracowitych wysiłków nie da się ogarnąć wszystkich spraw, problemów, łez, potrzeb i tęsknot mniejszej czy większej gromadki. Jak często jest tak, że coś się nam wymyka, powoduje bezsilność i frustrację. Na szczęście nad nami jest Boża łaska, co uzupełnia nasze rodzicielskie braki. Co ogarnia nas samych, nasze dzieci i wszystko to, czego nie jesteśmy w stanie ogarnąć 🙂 .

„Zrzuć swą troskę na Pana, a On Cię podtrzyma”. (Ps 55, 23)

Basia

stracić wiarę

February 3, 2016 5:03 am

Czasami potrzeba stracić wiarę. Czasami jest to jedyna droga.

Stracić wiarę w Boga, który jest okrutnikiem, prokuratorem, śledczym, księgowym czy obojętnym starcem. Bez utraty takiej wiary nie ma możliwości przebić się do nas Bóg, który z tymi wszystkimi postaciami, projekcjami zresztą naszych krzywdzicieli czy kiepskich wychowawców, nie ma nic wspólnego.

Jest pierwszym zainteresowanym tym, by nie kojarzyło nam się z Nim nic poza najgłębszą, najbardziej ofiarną, miłosierną, szaloną i delikatną miłością.

m

jak w amerykańskim filmie

January 26, 2016 5:00 am

Załapałam się fragment amerykańskiego filmu, podczas którego przedstawiono scenę fantastycznej relacji ojca i syna. Syn, przed wejściem do szkoły, żegnając się z ojcem, wykonuje kilka ruchów, których nauczył go ojciec a pokazujących jego moc, siłę i poczucie pełnej akceptacji i wzajemnej miłości.

No ale w końcu to amerykański film, więc nie mogło być inaczej.

I zastanawiam się, czy to nutka zazdrości, bo u nas nie zawsze taka sielanka… ? Dlaczego tak często zamiast wsparcia przekazuję niepokój. W nerwach mówione „Pospiesz się, bo się spóźnisz”, choć rzeczywiście prawdziwe, to ani już nie mobilizuje, ale pogłębia rozczarowanie samym sobą. A może w tym momencie sprawdziłaby się odrobina humoru:  „Zagęszczamy ruchy – dzisiaj to my przywitamy dzwonek!”

I dlaczego też, mimo staraniom, mimo wysiłkowi tak często nasze działania nie odpowiadają innym. Czy też z zazdrości dobre rzeczy są niedostrzegane, niezauważane, niedoceniane, natomiast niezwykle łatwo wytyka się (nierzadko wyimaginowane) błędy, poddaje w wątpliwość słuszność działania i jakość intencji, powodując strach, niepewność, pomniejszając poczucie wartości. Żeby się w głowie nie przewróciło!

No i pewnie dlatego z lekką ironią ogląda się te amerykańskie filmy, bo nieprzyzwyczajeni jesteśmy do tego, że można być tak akceptowanym, tak dostrzeżonym, tak docenionym.

Okazuje się, że nic bardziej mylnego: „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia.” (2 Tm 1,7)

Trzeba by włączyć to trzeźwe myślenie i przyjąć tę moc, którą obdarował nas Bóg i zanurzyć się w tej miłości, którą nam okazał. I nie zapominać o tym nigdy, nawet gdy wokoło będą mówili co innego.

Dorota

lęk

January 9, 2016 5:00 am

Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się! (Mt 14, 27)

Powodów do lęku znajdujemy bardzo wiele. Lęki dnia powszedniego. Czy zdążymy. Czy wystarczy. Środków, sił, czasu. Czy kochamy tak jak trzeba i co będzie, jeśli okaże się, że nadal za mało. Lęk przed odrzuceniem. Przed byciem zranionym albo przed skrzywdzeniem innych. Lęk, że nasze wysiłki nie zostaną zauważone czy docenione. Lęk przed utratą – bliskich ludzi, marzeń, dobrego imienia. Lęk o nasz z trudem chroniony wizerunek. Wreszcie również lęk przed Nim. Jak Apostołowie: “ujrzeli Go kroczącego po jeziorze” i “myśleli, że to zjawa”.

To chyba najgorsze, czego by dla nas chciał. Byśmy i tak już sparaliżowani przez rozmaite lęki, bali się także i Jego. Bo przychodzi położyć rękę na Twoim ramieniu. To ręka, która nie cofnie się, gdy będzie Ci trudno albo zwątpisz. Ta sama ręka weźmie Cię pod pachę, gdy się przewrócisz – żebyś znowu wstał i miał siłę iść dalej.

I byż mógł ufać nadziei, że w Nim wszystko będzie w końcu dobrze – nie swoim lękom.

M

papierek lakmusowy

January 4, 2016 5:00 am

…kto postępuje niesprawiedliwie, nie jest z Boga, jak i ten, kto nie miłuje swego brata. (1J 3, 10)

Jan spisał najpiękniejsze i najtrudniejsze papierki lakmusowe pobożności. Poprzekładał ją wprost na “miłość do brata”. Zabezpieczył nas jednocześnie przed “odlotem” na skrzydłach wizji, religijnych odczuć, odprawionych nowenn i wygłoszonych do innych ludzi kazań.

Wielkie to jest wyzwanie: kochać Boga, stając po stronie człowieka. Pan Bóg, jak wiadomo, nie ma wad czy słabości, choć co prawda czasem “nie spełnia naszych oczekiwań”. Kochać Go byłoby naprawdę łatwo. A On bierze w obronę każdego, bo “cokolwiek uczyniliście jednemu… – Mnieście uczynili”.

Również z powodu tego wyzwania pokochałam Programy. Przez tych kilka ostatnich lat, gdy pracując dla Fundacji jestem przy nich na co dzień, nabrałam przekonania, że ich myśl jest właśnie najbliżej Janowego wyobrażenia o miłości Boga. Po tym czasie w końcu (dopiero) jestem w wyczekiwanym długo punkcie, w którym modlę się już tylko o własne nawrócenie (a nie współmałżonka), zaś ilość odkrywanych moim oczom własnych słabości nie maleje, wręcz przeciwnie. Ogromna jest także wdzięczność za mojego męża i dla niego. Właściwie jedno i drugie przyrasta proporcjonalnie.

Cała nadzieja w tym, że On – przyjmuje nas niedoskonałymi i małymi, i nie przestaje uzdrawiać, prowadzić, kochać.

M

dni, których jeszcze nie znamy

January 2, 2016 5:00 am

Huk wielkiej tuby z confetti. Złote papierki lądują na pianinie, sprzęcie grającym, klockach i zabawkach Pawełka, a nawet odsłaniają naszym oczom pajęczynę na ścianie w salonie, stylowo na niej zwisając. Sprzątania na noc, drugi dzień i jeszcze kolejne dni.

Gdy wymiatamy kolejną szufelkę confetti, myślę, że to nie do wiary. Strzału dokonał nasz przyjaciel, który jeszcze półtora roku temu był ciężko chory. Choroba trwała kilkanaście miesięcy i cierpienie całej tej rodziny było ogromne. Gdy przyjeżdżali do nas, nasze rozmowy nie były tak lekkie i pogodne, jak w tegorocznego Sylwestra. Nie było nadziei. Nie było w ich przekonaniu żadnych perspektyw. I mówię, gdyby człowiek mógł w momentach kryzysów przewinąć czas do przodu i zobaczyć wszystko dobro, które przypadnie nam w udziale, nie dałby wiary. Jak to, że zobaczymy Wojtka w szampańskim nastroju do hucznej zabawy.

Mam nadzieję, że te kawałki confetti długo jeszcze będą wyfruwać spod szafek i przypominać o Bożych planach*. Zwłaszcza w chwilach trudniejszych. Choć mam wrażenie, że te chwile są dwa razy trudniejsze właśnie dlatego, że się zamartwiamy, co będzie. Będzie On.

Dobrego Nowego Roku 🙂

M

PS. Przypominaczy nam w domu nie zabraknie, nasz przyjaciel drugą tubę confetti dla swojej pociechy wystrzelił w pokoju naszej córki. 😉