Dachau – siedemdziesiąt lat później…

May 1, 2015 5:00 am

Przedwczoraj ks. Jarek pięknie i prosto opisał zdarzenia z różnych lat, które dzięki Bożej Opatrzności zaistniały 29 kwietnia. Ale historia tworzy się stale, stale też bierzemy udział w historycznych wydarzeniach… I choć dzisiaj jest pierwszy dzień maja, miesiąca poświęconego Matce Bożej, w którym szczególnie ją honorujmy nabożeństwami majowymi, to jednak w tym dniu wspominamy św. Józefa – Robotnika, czasem mówiło się Rzemieślnika – jako patrona ludzi pracy.

Św. Józef wiele razy był przywoływany w blogowych wpisach. Patron pracujących, a zarazem patron bytu rodzinnego, można by rzec ze staropolska: “patron ładu materialnego i duchowego rodziny”. Św. Józef czczony w kaliskim wizerunku uznawany jest za sprawcę cudownego ocalenia polskich księży uwięzionych w Dachau.

Byłem tam przedwczoraj, miałem ogromną łaskę uczestniczyć we mszy świętej sprawowanej na terenie obozu. Widziałem zrekonstruowany barak obozowy – prawdziwe nie zostały zachowane. Pobyt w Dachau to dla mnie lekcja ogromnej pokory, dotknięcie niewyobrażalnej tajemnicy boskiej i ludzkiej godności, miłości i miłosierdzia. Idąc przez teren obozu myślałem o tym, że ci, którzy przestali być ludźmi a stali się jedynie numerami, dla których jedyną drogą wyjścia z obozu miał być komin krematorium – po wojnie potrafili przebaczyć swoim katom, potrafili podać im rękę, spojrzeć w oczy… Nie mieli w sobie żądzy zemsty i odwetu.

Słyszałem o tych faktach wiele razy, czytałem o tym. Ale dopiero tam, “na tym wielkim polu, na którym zmagało się pragnienie życia i pragnienie śmierci” (jak mówił w Dachau Prymas Wyszyński we wrześniu 1978) zrozumiałem, jak wielkie owoce wydaje praktyczne stosowanie miłosierdzia, przebaczenia i pojednania. Z tego niewyobrażalnego upodlenia wyrasta ogromne dobro, z którego także ja i moja rodzina czerpie “pełnymi garściami”. 1780 polskich księży, upodlonych ponad granice ludzkiej wyobraźni, z których połowa zginęła – dziś w milczeniu, tak jak milczący św. Józef, uczy mnie, że tylko miłość zwycięża i że jedynie ja sam mogę pozbawić się własnej godności…

Ostatni uwolniony ksiądz-więzień Dachau zmarł dwa lata temu. Wielu polskich księży w tym roku pielgrzymujących do Dachau to wychowankowie więzionych kapłanów.

W ten weekend w Hastings, w Nebrasce, odbywa się kolejny program JA+TY=MY. Szczególnie pamiętajmy o małżonkach, trenerach, prowadzącym – przed Panem, Bogiem Miłości, Życia i Miłosierdzia…

Andrzej O.

Dzień pełen rocznic…

April 29, 2015 3:52 pm

Niewiele jest takich dat, jak ta dzisiejsza – 29 kwietnia. Data zwykła, żadna tam wyjątkowa; ani pierwszy ani ostatni, taki dzień tuż przed końcem miesiąca. Ale dla wielu spośród nas stała się datą ważną, którą staramy się uroczyście obchodzić. Szczególnie wtedy, kiedy staje się  okrągła i uświadamia nam, ile to już czasu minęło.

70 lat temu – 29 kwietnia 1945 roku został wyzwolony przez amerykańskich żołnierzy obóz koncentracyjny w Dachau, a wśród wielu ocalonych znalazł się także nasz ś.p. Założyciel, ks. Abp Kazimierz Majdański – wówczas kleryk.  Stało się to na skutek wielkiej modlitwy uwięzionych do św. Józefa Kaliskiego, proszonego o ocalenie, bo trzeba ratować życie rodzinne w Polsce, tak doświadczonej wojną.

40 lat temu – 29 kwietnia 1975 roku, po wielu latach starań i troski, żeby wypowiedziane wtedy prośby znalazły jakieś bardzo konkretne wypełnienie, powstał Instytut Studiów nad Rodziną w Łomiankach; wtedy jeszcze jako część Akademii Teologii Katolickiej, dziś już samodzielny wydział Studiów nad Rodziną Uniwersytetu Kardnyała Stefana Wyszyńskiego. Ponownie to, co niemożliwe do wyobrażenia, stało się możliwe za przyczyną św. Józefa Kaliskiego, o to także usilnie proszonego.

20 lat temu byli więźniowie Dachau uznali, że ośrodek naukowy w Łomiankach jest tym Dziełem Miłosierdzia, którego powołanie ślubowali św. Józefowi w swoim akcie zawierzenia w Dachau.  29 kwietnia został także ustanowiony przez Episkopat Polski Dniem Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego.

8 lat temu – 29 kwietnia 2007 odszedł do wieczności ks. Abp Kazimierz Majdański, po wielu latach wytrwałej pracy dla rodzin.

Prywatnie – mój ś.p. Tato urodził się także 29 kwietnia, 1933 roku.

Dziś świętujemy w tylu różnych miejscach: w naszych domach w Łomiankach i Wisełce, jest nasza delegacja w Dachau, jesteśmy także w sercach i pamięci tych, którzy się z nami identyfikują. I ja także – nadal jeszcze z Omaha – jestem razem z Wami, żeby dziś dziękować za ten wielki dar dla nas wszystkich. Dzięki dziełu życia Abp Majdańskiego tak wiele się dokonało także w nas.

Ks. Jarosław

 

Nasze rocznice

April 29, 2014 8:52 am

Kalendarz to nie tylko dni, ale też wydarzenia, które za nimi się kryją.

Niepozorna data – 29 kwietnia, normalny dzień jakich pełno w roku, choć u mnie w domu dzień wyjątkowy, bo to dzień urodzin mojego śp. Taty. Od związania się z Łomiankami ten dzień stał się historią, która zaczęła się długo przed nami i do której tak wielu z nas zostało zaproszonych. Najpierw to dzień wyzwolenia z obozu w Dachau (1945), który stał się w naszej Ojczyźnie Dniem Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego. Obchodzony uroczyście w Sanktuarium Św. Józefa w Kaliszu, bo to Jego interwencji zawdzięczamy to wyzwolenie. To także data powstania Instytutu Studiów nad Rodziną ATK (1975); dziś Wydział Studiów nad Rodziną UKSW. W tym także dniu, Założyciel Instytutu i Wspólnoty Świętej Rodziny, śp. Abp Kazimierz Majdański przeszedł do domu Ojca. Pan Bóg ocalił jego życie w Dachau 29 kwietnia 1945 i powołał do siebie tego samego dnia w 2007 roku.

Stał się więc ten dzień okazją do pielgrzymek wdzięczności do św. Józefa w Kaliszu przez wiele lat. Przyjeżdżaliśmy mu dziękować za to, że tak jak opiekował się Synem Bożym i troszczył o Jego życie, tak też troszczy się o życie w Kościele, że ocalił naszego Ojca, przyczynił się do powstania Instytutu i opiekuje się nami przez te wszystkie lata.

W tym roku pielgrzymujemy ze szczególną intencją: powierzamy Jego trosce życie naszego chorego brata ks. Dariusza. Św. Józef wie, co to znaczy chronić zagrożone życie. Wiec mu to życie szczególnie powierzamy. Ufamy także, że będzie tam też szczególnie obecny św. Jan Paweł II, który znał nasz Instytut i wielokrotnie mu błogosławił, a teraz jako Patron Rodzin jest jeszcze bliżej obecny.

Cieszę się na spotkanie i tam w Kaliszu, i w Łomiankach i z tego, że nawet z bardzo daleko można być z modlitwą blisko.

Przez wiele lat wiernie jeździłem na nasze kaliskie spotkania. I te rodzinne, i te męskie tylko. Dziś je wspominam szczególnie, bo jestem daleko i nie będę obecny fizycznie. Przypominają się nasze podróże pociągami, przesiadki w Łodzi i długie przemarsze. Nasze rozmowy i wspólne modlitwy. Czasem dołączali do nas synowie i mogliśmy wspólnie dzielić się wiarą i historią.

Dziś jestem tam razem z Wami sercem i modlitwą. Pamiętajcie też o mnie, proszę.

z bliską w sercu modlitwą

ks. Jarosław

Meksyk

April 30, 2013 10:02 am

Po krótkiej podróży na lotnisko z domu Audrey i Brada i krótkim locie z St. Louis do Chicago, teraz przeszło czterogodzinny lot do Meksyku. To już drugi raz (poprzednio w 2009 r.) wybieram się do tego kraju, gdzie podobnie jak w naszej Ojczyźnie króluje Matka Boża. Patronka Ameryki.

Tym razem powodem podróży jest spotkanie z małżeństwami i realizacja naszego Programu Ja +Ty =My. Po raz pierwszy w kraju Ameryki łacińskiej. Co oznacza, że może być inaczej niż w Niemczech, niż w Anglii, inaczej niż w USA. Na czym to inaczej może polegać, mogę się tylko domyślać.

Wiele spokoju wnosi do tej podróży data jej rozpoczęcia: 29 kwietnia. Dla nas data bardzo ważna: wyzwolenie z Dachau naszego Założyciela ks. Abp. Kazimierza Majdańskiego (1945), powstanie naszego Instytutu/Wydziału Studiów nad Rodziną (1975), śmierć Założyciela (2007)… Wczoraj odbyła się pielgrzymka wdzięczności do Kalisza, gdzie króluje św. Józef, głowa Najświętszej Rodziny.

Z pewną nieśmiałością próbuję myśleć o tej podróży jako kontynuacji tej historii rozpoczętej w Dachau. Gdyby nie ona, nie byłoby mojego powołania i nie byłoby tego Programu, który jest owocem naszego charyzmatu. Choć towarzyszy tej podróży wiele pytań i niepewności, ostatecznie w sercu jest pokój i radość. Nie jestem sam.

Dios los bendiga

Padre Jota

GuadalupeZ wizytą u Matki Bożej z Guadalupe

paczka dla Pustelnika

January 21, 2013 5:00 am

A więc Kapitan “Przystani” wyjeżdża na swoje sam na sam z Tym, który trzyma nas wszystkich w swoim ręku.

Wielu z nas zawdzięcza mu wiele – z jego czasu, dyspozycyjności, gotowości dzielenia się doświadczeniem, prowadzenia, towarzyszenia. Nieustannie w drodze, w podróży, wołany do wszystkich zapaleń płuc i awarii, wzywany telefonami i kilometrami wiadomości tekstowych. Odsypiający w pociągach noce zarwane tym, czego dzień nie był w stanie pomieścić, gdy wychodził ostatni penitent. Bo dla człowieka zawsze musi znaleźć się czas.

Czy to nie wspaniałe, że przez najbliższe dwa tygodnie możemy się jakoś zrewanżować modlitwą, która uprosi łaski potrzebne na czas Pustelni? 🙂

pustelnia

Wspierajmy go na końcu świata. Z drugiej strony – wystarczy zajść przed Najświętszy Sakrament, żeby było całkiem blisko.

Redakcja (=to, co z niej na najbliższe dwa tygodnie zostało 😉 )

Pożegnałem Matkę Chrzestną

November 19, 2012 5:00 am

Po wielu miesiącach powolnego umierania odeszła do wieczności moja Matka Chrzestna, siostra mojej Mamy. Ta, która trzymała mnie do Chrztu św., teraz została odprowadzona przez swojego chrześniaka do miejsca wiecznego spoczynku. Rytm sakramentów.  Rytm Kościoła, który odsłania Liturgią sens każdego etapu naszego życia.

Pamiętam ten grób od dziecka. Przychodziliśmy tu pomodlić się za moją Babcię, potem Dziadka, jeszcze później za jego siostrę. Dziś do tego grona dołącza ich córka. Przy grobie spotyka się rodzina. Ostatni raz widziałem moją siostrę i braci ciotecznych na ślubie mojej siostry. Dziś, 12 lat później uczę się na nowo imion ich dzieci i pierwszej wnuczki. Cieszymy się ze spotkania, choć w tle jest świadomość okoliczności. Wydaje się  jednak, ze Cioci nasza radość wcale nie przeszkadza. Jest w śmierci bowiem także radość wieczności, radość spotkania z Panem Jezusem, radość życia spełnionego…

Dziś przyszła wiadomość, ze odeszła też do wieczności Mama Męża naszej blogowej Dosi.

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie. A światłość wiekuista niech im świeci. Kiedyś się spotkamy w Niebie. Do zobaczenia.

xj

St Louis, Missouri – początki FertilityCare Centers

October 19, 2012 3:19 pm

Jest rok 1974. Dr Thomas W. Hilgers po studiach medycznych przybywa tu ze swoją żoną Susan na staż w szpitalu St. Mary. Na 4 lata.

Pewnego dnia 1974 roku przyjmuje zaproszenie od organizacji Pielęgniarki Za Życiem stanu Missouri (swoją drogą, to ciekawe, kiedy musieliśmy zacząć rozróżniać, ze ten lekarz czy ta pielęgniarka jest pro-life, a tamci to już nie; a może tak trzeba to zacząć nazywać w obie strony: lekarz za życiem, lekarz przeciw życiu, bo chyba nie ma pozycji lekarz obojętny wobec życia? ). Do której to grupy należały Ann Prebil i Diane Daly. Poproszony zostaje o wykład na temat ciąży w wyniku gwałtu i szczególnej roli pielęgniarek pro-life.

Rok później dzwoni do Ann z propozycją współpracy na stanowisku Education Coordinator nowego programu for Natural Family Planning przy Uniwersytecie St. Louis. Ann przyjmuje propozycję, godząc początkowo nowe zajęcie z dotychczasowa pracą wykładowcy w szkole dla pielęgniarek.

12.02.1976 odbyło się pierwsze spotkanie robocze nowego programu. Wyglądało trochę tak, jak teraz kurs NaProTechnology. Wzięło w nim udział 6 osób: wspomniana wyżej Sue Hilgers, dr Thomas Hilgers, Ann, Diane i jeszcze jedno małżeństwo, które później się wycofało z projektu.

W czerwcu 1977 dr Thomas Hilgers z Żoną i dwójką synów, Paulem i Stevem, wyjechali do Omaha. Miesiąc później powstało pierwsze FertilityCare Center w St. Louis.

A co wydarzyło się dalej i skąd nazwa Creighton Model of FertilityCare System – w następnych odcinkach.

Fr Jay

 

stół

August 31, 2012 6:23 am

Nie umiem napisać, co powraca na widok tych zielonych pól buraków, połaci kukurydzy, hektarów złotego zboża ciągnących się kilometrami. Pośród nich wysepki gospodarstw, przecież pamiętam dobrze ich geografię, choć mój wewnętrzny GPS ma tak wielkie problemy z lokalizacją przestrzenną. Wiem, że Pomorze i że blisko Toruń.

I wiem, że ta zieleń buraków nikomu nie powie nic z tego, co widzę ja patrząc na nie. Widzę rozmowy przy kolacji, gdy jako dzieciaki niemal spadaliśmy pod stół ze śmiechu. Pod ten stół, przy którym nigdy nie brakło miejsca, nawet gdy dom Cioci pękał w szwach. Stół nakrywany z kuzynką, stół, od którego wstawałam do swojego zadania bycia “Julcią od chleba”, żeby chleb dokrawać, gdy go brakło. Stół, przy którym do ziemniaków podawano sos z niekończących się dowcipów, potoków dobrego humoru. Tym obfitszych, im więcej ciężkiej pracy i im prostsze potrawy do wykarmienia tak wielu, gdy czasy były ciężkie.

I chciało się rodzinie bliskiej i dalekiej gromadzić przy stole o stałych porach, pięć razy dziennie. Tak, właśnie pięć. Przy wczesnym śniadaniu, na kawie, na obiedzie, na kawie i przy kolacji.

Nikt nie jadał sam. Stół nie służył do jedzenia.

Jak dobrze znowu tu być, mimo że kuzynostwo dorosło i każde z nich ma teraz własny stół. Tak samo otwarty na wszelkie dobro. Przez te dni to sprawdzamy. Jak dobrze być wśród drogich sercu ludzi.

Małgosia

Abraham Lincoln,

July 28, 2012 8:45 am

 

mój (od dziś) znajomy, mógł mi poświęcić trochę czasu w swoim przydomowym ogródku, więc rozmawialiśmy z nim i jego żoną o roli wiary i jego osobistej drodze do Boga. (Trochę mi w tym pomogła sutanna, bo zdecydowanie zwróciła uwagę żony Prezydenta, a przez to i jego, co ułatwiło rozmowę).

Potem już trochę czas nas gonił i trzeba było się pożegnać, i to  nie tylko ze mną, ale i z całą rzeszą, która przyszła, żeby posłuchać ostatniego przemówienia przed rozstaniem się z domem i wyjazdem do Waszyngtonu. Cała grupa przeszła na Kapitol, ale ja już nie mogłem, bo goniły mnie inne obowiązki.

Pozostawiłem więc dom Abrahama Lincolna, najbliższe ulice i domy (w takim samym stanie, jak były za jego życia) miasta, w którym spędził 25 lat swojego życia i gdzie pochował jednego ze swoich synów. (Mała podpowiedź – stolica Stanu Illinois).

Muszę przyznać, że Prezydent zaimponował mi wiedzą o sobie samym. 😉 A samo spotkanie i otoczenie pozwoliło mi przenieść się w tamte czasu. Okazuje się, że do tematu MUZEUM BARDZO WAŻNEJ OSOBY można podejść bardzo niekonwencjonalnie.

z pozdrowieniami także od Prezydenta
Fr. Jay 

 

Parada

July 24, 2012 1:43 am

Wygląda na to, że Amerykanie lubią parady (nam się to kojarzy tylko z 1 maja). Teraz w Utah jest ku temu szczególna okazja, bo od szeregu dni i w różnych miejscach świętuje się przybycie do Doliny Salt Lake pierwszych pionierów, którzy pokonali tysiące kilometrów, by się tu osiedlić.

Muszę przyznać, że doświadczenie jest niezwykłe. Wzdłuż głównej ulicy miasta na przestrzeni kilku kilometrów rozkładają się całe rodziny, bądź na krzesłach, bądź na kocach, by uczestniczyć w trwającym przeszło 2 godziny przemarszu.

Jest to okazja, by pokazać wszystko, co służy naszej społeczności (i oczywiście siebie zareklamować). Byli więc i strażacy, i policjanci, burmistrz i władze miasta, miss Utah i różne szpitale oraz służby zdrowia, szkoły podstawowe i średnie oraz uniwersytet, sklepy i różnego rodzaju propozycje spędzania wolnego czasu (od tańca po wycieczki rowerowe), wolontariaty i stare samochody, żołnierze, którzy byli w Iraku i Afganistanie oraz weterani II wojny światowej, szkolne orkiestry i zespół jazzowy. W sumie prawie 70 różnych grup.

Wspaniale było patrzeć, jak starsze już osoby zrywały się entuzjastycznie, bo przechodzi właśnie „moja” szkoła średnia; jak ludzie reagują, pozdrawiając znane przecież sobie środowiska: jesteśmy dumni, z tego, co robimy, chcemy się tą radością podzielić, chcemy was „zarazić” swoim entuzjazmem. A razem cieszymy się z tego, że tu jesteśmy i to dzięki naszym przodkom, którzy tu przybyli i sprawili, że mamy tu swój dom.

Może to i bardzo amerykańskie, ale chciałbym coś takiego przeżyć w moich Łomiankach.

Fr Jay