„wolna” sobota

November 10, 2012 6:00 am

Co jest ważniejsze, za co się najpierw zabrać?
Może za porządki na strychu ( już dwa lata czekają na realizację…)? Może jednak za dokończenie remontu pokoju córki? Chyba jednak ważniejsze jest zaległe kilkumiesięczne zestawienie w firmie… Nie, jednak co rodzina to rodzina, czyli może remont pokoju maluchów, wszak nowe tapety już leżą na szafie ponad miesiąc… Nie, zdecydowanie ważniejsze jest uszczelnić drzwi i okna, przecież zima za pasem. A może ważniejsze poprawki po malowaniu kuchni? Ale przybory łazienkowe także czekają już  drugi miesiąc na gospodarza z wiertarką. Niech czekają, ważniejsza jest wymiana ledwo trzymającej się starej kabiny prysznicowej. Może jednak najpierw skopać warzywniak, bo jak nagle śnieg przykryje…

Dlaczego tak łatwo umyka, że najważniejsze to wyściskać rano dzieci.  Potem przytuleniem i całusem obudzić i zaprosić na wspólne śniadanie kochaną żonę. Zająć się obowiązkami (i owszem), pamiętając o „proszę, przepraszam, dziękuję”. Wieczorem znaleźć czas dla dzieci, wysłuchać ich historii, przeczytać bajkę, wspólnie się pomodlić. Potem znowu czas dla żony.

W końcu relacje są ważniejsze od zadań, prawda?

Michał

matematyczne rozważania

October 29, 2012 6:23 am

Ile razy w nocy można wstawać do płaczącego dziecka? Jakie jest prawdopodobieństwo punktualnego wyjścia na mszę św. mając małe dzieci i ile jest zmiennych niewiadomych związanych z tą czynnością? Ile razy dziecko obsiusia deskę sedesową zanim nauczy się ją podnosić? Ile razy należy pouczać dziecko by czegoś nie robiło, akceptując jednocześnie, że jeszcze wielokrotnie to uczyni? Itd., itp.

Czy można matematycznie przeanalizować życie rodzinne? Czy byłoby to warte Nobla? Pewnie tak. Intuicja podpowiada mi jednak, że jest to bardzo trudne w odniesieniu do jednego małżeństwa, a co dopiero do wszystkich. Co jest prawidłowością u jednych, nie musi się ani trochę sprawdzać u innych. I tak sam dochodzę, że wszystko ginie gdzieś w nieskończonościach. Czy otarłem się o Nobla? Pewnie nie, raczej o jedną z cech miłości.

Michał

"nic się nie stało"

September 19, 2012 5:00 am

Jest ból odrzuconych, dla których nie starczyło miejsca, żeby mogli stać się tym kimś, kim by byli, gdyby przyszli na świat. Ojciec Miłości i Życia, przyjmując ich do siebie, wytłumaczył im już zapewne, że przyczyna odrzucenia nie tkwiła w nich. Że nie byli odrażający, zbyt skomplikowani i za trudni, groźni, brzydcy i w ten sposób spowinowaceni ze śmietnikiem, na którym się znaleźli, zanim pierwszy oddech.

Jest ból tych, co ich nie przyjęli, bo czegoś zabrakło – wiedzy, odwagi, wsparcia, miłości ze strony otoczenia. Bo znalazł się ktoś, kto zaproponował za drobną odpłatą szybkie rozwiązanie, ale nie dał rękojmi, w której zgodziłby się na siebie wziąć konsekwencje. I nie będzie słuchał rozdzierającego wnętrzności krzyku lat przyszłych. Echa tego pierwszego krzyku, który nie miał szans wybrzmieć na szpitalnej sali. I jeszcze tęsknoty za ciepłem policzka. I tego pytania, kim byłoby, gdyby.

Wielu mówi, że jednego  i drugiego bólu nie ma, że wymyślono go sobie. Fakt, bywa tak wyparty, że można uwierzyć, że nie istnieje.

Ale pro-life nie rodzi się z oderwania od realiów życia. Pro-life wyrasta z bólu jednych i drugich.

Małgosia

po co przychodzi?

September 18, 2012 5:00 am

“Z pewnością dziecko oznacza dla rodziców nowy trud, nowy zasób potrzeb i kosztów. Stąd też pokusa, ażeby go nie było. Pokusa bardzo mocna w niektórych środowiskach społecznych i kulturowych. Czy więc nie jest ono darem? Czy tylko przychodzi zabierać, a nie dawać? (…)

Dziecko obdarowuje sobą rodzinę. Jest darem dla rodzeństwa i dla rodziców. Dar życia staje się równocześnie darem dla samych dawców.” (bł. Jan Paweł II, List do rodzin, 11)

dwa obrazy

September 17, 2012 5:44 am

obraz pierwszy

W trakcie jednego z naszych wykładów, pewien lekarz ginekolog opowiedział dr Hilgersowi taki przypadek:
Zgłosiła się pacjentka z prośbą o przepisanie środków antykoncepcyjnych. Doktor w trakcie rozwijającej się rozmowy informował kobietę o szkodliwości tego typu „terapii”. Pani nie zmieniała jednak zdania, więc lekarz bardzo szczegółowo omawiał temat. Finał był taki, że kobieta przyjęła wszelkie informacje do wiadomości, lecz stwierdziła, że wszystkie z omówionych możliwych skutków ubocznych są lepsze niż dziecko.

obraz drugi

W czasie trwania kursu gościło mnie młode małżeństwo z dwójką małych dzieci. Szeroko otwarli przede mną zarówno drzwi swego domu, jak i swoje serca. Nie tyle może obserwowałem, co uczestniczyłem w zwykłym codziennym życiu: nocne budzenie się i płacz dzieci, choroba jednego z nich, potem matki, codzienna bieganina między szkołą, lekarzem, pracą. Wieczorne rozmowy o tym, jak czasem trudno jest podjąć właściwą decyzję. Troska o dopięcie miesięcznego budżetu. Ot, zwykłe życie. Ileż jednak troski o drugiego, ile wzajemnego daru z siebie!

Z tych dwóch obrazów wybieram ten drugi. Taki świat chcę budować i wierzę, że na tej drodze spotkam Was, czytających te słowa.

P.S.
Widoku gospodarza, krzątającego się rano po kuchni z różańcem w ręku, nigdy nie zapomnę. Bardzo dziękuję także gospodyni za troskę wobec mojej osoby.

Michał

czas start

September 3, 2012 5:03 am

Miał dziś pisać ks. Kapitan “Przystani”, ale po przebiegnięciu maratonu pokonuje kolejne kilometry z jednych zadań duszpasterskich do drugich, pozostając chwilowo poza zasięgiem Redakcji. Nam, gdy tkwimy w blokach startowych roku szkolnego – bardzo potrzebny pozytywny doping i błogosławieństwo. Będziemy przecież już zaraz biegać i nasze maratony, tworzyć przepastne listy wizyt u ortodontów, logopedów i ortopedów, zebrań rodzicielskich i kółek, oraz zdążać na czas, gdy do maratonu dokładają jeszcze bieg przez płotki.

I co ja mam napisać, mama nieidealna; jaką złotą myślą wesprzeć Czytelników, gdy zaraz odzież galowa i wręczanie planów lekcji? Może tak: oby nie przyszło nam do głowy być idealnymi rodzicami idealnych dzieci. W końcu od “samych szóstek” ważniejsza jest zdolność samodzielnego myślenia. Od skarpetek na kancik – wrażliwe serce i głowa pełna marzeń. Od sprytu i chorej ambicji bycia “pierwszym we wszystkim” – ofiarność i niepoddawanie się zniechęceniu.

Przyjdź, Panie Jezu z Twoim Duchem Życia, między martwe dzwonki i nieruchome ławki. W nasze poranne kawy, szukanie kluczyków, kluczy i zawieruszonych czapek. W kompletowanie drugich śniadań. Daj nam poczucie humoru, wyrozumiałość i mądrą miłość.

I przyjdź także w nasze blogopisanie na pomoc rodzinie.

Małgosia

chcemy mieć…

September 1, 2012 5:59 am

Bo my chcemy mieć dziecko, gdy nas będzie na niego stać – powiedziała mi para narzeczonych.

Kiedy nas stać na dziecko? Kiedy tak naprawdę nas na niego nie stać? Czy można w ogóle fakt rodzicielstwa sprowadzić tylko do materialnych kalkulacji?

Dziecko potrzebuje miłości. I może ją otrzymać otoczone dobrodziejstwami tego świata, jak i w połatanym ubraniu. Może także czuć się niekochane tak w bogatym domu, jak i w ubogim mieszkaniu.

Naprawdę nie neguję refleksji nad trudem wychowywania dzieci, także tym finansowym. Sam doświadczam tego tematu utrzymując rodzinę wielodzietną. Stawianie jednak rodzicielstwa już na samym początku w perspektywie „stać mnie czy nie”,  sprowadza dziecko, może nieświadomie, do jeszcze jednego, kolejnego „dobra”, które w życiu pragnę mieć. I ustawiam sobie dowolną kolejność: dom, samochód, jeszcze to, i tamto, a teraz już może przyjść ono –  dziecko.

Czy pierwsze pytanie nie powinno brzmieć: Czy nasza miłość jest otwarta, by przyjąć nowe życie, jeśli Bóg zechce nas nim obdarzyć? Czy mamy miejsce w sercu dla jeszcze kogoś? Gdy odpowiedź zabrzmi „tak”, będzie to na pewno już na starcie większy dar dla dziecka, niż najpiękniej umeblowany i pełen dziecięcych akcesoriów pokoik.

Michał

stół

August 31, 2012 6:23 am

Nie umiem napisać, co powraca na widok tych zielonych pól buraków, połaci kukurydzy, hektarów złotego zboża ciągnących się kilometrami. Pośród nich wysepki gospodarstw, przecież pamiętam dobrze ich geografię, choć mój wewnętrzny GPS ma tak wielkie problemy z lokalizacją przestrzenną. Wiem, że Pomorze i że blisko Toruń.

I wiem, że ta zieleń buraków nikomu nie powie nic z tego, co widzę ja patrząc na nie. Widzę rozmowy przy kolacji, gdy jako dzieciaki niemal spadaliśmy pod stół ze śmiechu. Pod ten stół, przy którym nigdy nie brakło miejsca, nawet gdy dom Cioci pękał w szwach. Stół nakrywany z kuzynką, stół, od którego wstawałam do swojego zadania bycia “Julcią od chleba”, żeby chleb dokrawać, gdy go brakło. Stół, przy którym do ziemniaków podawano sos z niekończących się dowcipów, potoków dobrego humoru. Tym obfitszych, im więcej ciężkiej pracy i im prostsze potrawy do wykarmienia tak wielu, gdy czasy były ciężkie.

I chciało się rodzinie bliskiej i dalekiej gromadzić przy stole o stałych porach, pięć razy dziennie. Tak, właśnie pięć. Przy wczesnym śniadaniu, na kawie, na obiedzie, na kawie i przy kolacji.

Nikt nie jadał sam. Stół nie służył do jedzenia.

Jak dobrze znowu tu być, mimo że kuzynostwo dorosło i każde z nich ma teraz własny stół. Tak samo otwarty na wszelkie dobro. Przez te dni to sprawdzamy. Jak dobrze być wśród drogich sercu ludzi.

Małgosia

nie do nadrobienia

August 29, 2012 6:08 am

Tak. Harce z dzieciakami w Bałtyku już za nami, wycieranie i rozgrzewanie także. Wygląda na to, że po raz pierwszy w historii tegorocznego urlopu uda się zająć miejsce na kocu i pozwolić, by potrudziło się trochę słońce. Przecież wspomnienia procedur z dawnych czasów jeszcze gdzieś się tlą w pamięci: książka, ręcznik na głowie, woda wylewająca się w końcu z zatkanych uszu, leżenie.

“Mamooo, chce mi się siku”. To synek. Niemal zdążyłam rozprostować kończyny. Więc idziemy szukać stosownego miejsca. Wracam i zajmuję miejsce z poczuciem spełnionej misji.

“Mamooo, jestem głodny. Strasznie głodny” (dzięki Ci, Panie, że nareszcie JEST GŁODNY!). Prowiant wyczerpany. Generalnie pora obiadu. I dnie płyną w rytm “Mamooo…” . “Przytul”, “poczytaj”, “chodź, zobacz”. A przecież trzeba podać, zmyć, zmieść, wyprać.

Albo nie. Może nie trzeba. Może da się urządzić zawody z dziećmi w szalonym zamiataniu. Karaoke z miotłą i sprawdzanie echa w wytartych przez dzieci kubkach. A potem przytulić i poczytać. Bo te prośby będą mieć tylko przez kilka lat. Później to my będziemy prosić: “przytul”, “poczytaj”, “chodź, zobacz”. Ale dzieci, wyrosłe z dziecięctwa, będą miały ważniejsze sprawy.

Małgosia

zamki na piasku

August 28, 2012 6:16 am

Budowla z piasku, usypywana, budowana, strojona kamykami i koniecznie wyłowionymi z morza piórkami i piórami rozpada się na pół. Spodziewam się zaraz wielkiej rozpaczy ze strony dzieci, ale ku memu zaskoczeniu słyszę: nie szkodzi, jutro zbudujemy nową.

Są rzeczy, których nie żal, gdy się rozpadną, zwłaszcza, gdy istnieje możliwość ich szybkiego naprawienia. Często nawet jest wtedy perspektywa zrobienia czegoś jeszcze raz, ciesząc się ze wspólnej zabawy. I są to z reguły rzeczy namacalne, realne.

Ale są też takie, o które trzeba walczyć, troszczyć się, pielęgnować. Których nie widać, są kruche, a od których tak wiele zależy. To dobre relacje i uczucia. Łatwo je zepsuć, zranić, zwłaszcza gdy się zapatrzy na “swoje racje”, niekoniecznie właściwe.
Dosia