WCF VI, dzień drugi

May 26, 2012 8:20 am

Wczoraj było bardzo uroczyście. Od oficjalnych przemówień w przepięknej Sali Kongresowej Palacio del Congreso (budowla na planie prostokąta, na którym rozmieszczone zostały jego sale) po uroczysty koncert na zakończenie dnia z długą owacją na stojąco na koniec i oczywiście znakomitym bisem.

Przed południem sesje plenarne, po południu panelowe, równolegle w 5 salach. Co z jednej strony pozwala na pokazanie wielu tematów omawianych przez specjalistów dosłownie z całego świata, a z drugiej każe dokonywać trudnego wyboru, bo nie można być równocześnie wszędzie.

Przerwy to nieustanne spotkania z ludźmi. Tymi znanymi już z poprzednich kongresów (co u Ciebie?, jak sytuacja rodziny w Twoim kraju?) i całkiem nowymi z wymienianiem się wizytówkami (których plik rośnie i przypomina mi, że trzeba wreszcie pomyśleć o swoich własnych), zapraszaniem do odwiedzenia lub już z konkretnymi zamówieniami na udział w ich różnych przedsięwzięciach.

I duża dyscyplina czasowa, oprócz drobnego opóźnienia na początku, zrozumiałego samego z siebie, już nie mówiąc o tym, że przecież jesteśmy w Hiszpanii 😉

Dyscyplina, która pozwala mówcom na przemawianie przez 10 minut, a potem jest sygnał, który jednoznacznie uświadamia, że właśnie przekroczyłeś czas. Dyscyplina, która wczoraj/dzisiaj spędziła mi sen z powiek, bo do późna w nocy ćwiczyłem swoje dzisiejsze wystąpienie usiłując skrócić swój tekst o 2 min. Na chwilę obecną wybrałem szybsze mówienie, co wyjdzie, zobaczymy. W każdym razie proszę dziś o wsparcie. Polak w Madrycie, ksiądz, o niepłodności, po angielsku, wobec 3.000 uczestników. Nie wiem, czy zwykłe westchnienie wystarczy 🙂

Hasta mañana.

X Jarosław

Od Redakcji: Wystąpienie będzie można oglądać dziś na żywo w ramach sesji 11:00-12:00 (ok. 11:20) na oficjalnej stronie Kongresu.

Program na dziś: TU

World Congress of Families in Madrid

May 25, 2012 8:33 am

Dziwna organizacja. Organizuje kongersy w wielu krajach i dla tysięcy osób. A  na początku była idea jedego człowieka – Allana Carlsona.

Dziś jest tylko jeden menadżer – Larry Jacobs, a spotkania, które odbywały się do tej pory co kilka lat, zaczynają nabierać coraz większego tempa. Ich regionalne odsłony (Londyn, Nigeria, Łotwa i Moskwa) zaczynają powielać inne miasta i też nabierają cyklicznego wymiaru.

Była Praga, Genewa, Meksyk, Warszawa, Amsterdam, dziś Madryt, jutro Sydney, pojutrze Moskwa….

Jest to możliwe, bo temat łączy wszystkich, którym na sercu leży dobro rodziny. Wszystkie te kongresy to praca wielu wolontariuszy z wielu organizacji.

Dziś początek. Zarejestrowało się blisko 3000 uczestników. Przybędą liderzy organizacji zajmujących się pracą z rodzinami, ludzie czynu i nauki, politycy i parlamentarzyści by dzielić się informacjami i ideami, by łączyć się i planować strategie. Ludzie różnych wyznań, z różnych krajów, kultur, których łączy jedno – troska o stan rodziny w świecie współczesnym.

Bez rodziny nie ma przyszłości ani świat, ani Kościół. Każdy nasz wysiłek, by jej pomóc być sobą, to budowanie przyszłości dla nas.

Nie ma Ciebie dziś w Madrycie. Ale masz swoją rodzinę lub gdzieś niedaleko Ciebie. Połącz się z nami i zrób coś konkretnego dla rodziny. Razem możemy zawojować świat.

X Jarosław

wybierz życie – jak w Madrycie

May 24, 2012 7:00 am

“Odwagi! Trzeba bowiem, żebyś i w Rzymie świadczył o Mnie tak, jak dawałeś o Mnie świadectwo w Jerozolimie” (Dz 23, 11)

Tym razem nasz redakcyjny X Jarosław Szymczak podróżuje do Madrytu, gdzie już jutro zacznie się długo przygotowywany i oczekiwany World Congress of Families – szósta edycja. Będą goście z całego świata, będzie o rodzinie w tym świecie – która często niewiele znaczy dla wielkiej polityki. A przecież tak wiele darów i umiejętności każdy z nas zawdzięcza własnej rodzinie! Niestety czasami “spadkiem” są również obciążenia i problemy. Więc nie ma nic ważniejszego. Dla małych dzieci – rodzina to cały świat, jej brak – koniec tego świata.

Dziś prosimy Czytelników szczególnie o modlitwę w intencji Kongresu, a zwłaszcza za Kapitana “Przystani”, który będzie w Madrycie mówił o stawaniu się rodzicami i przeszkodach w tym procesie. Liczymy na Wasze wsparcie.

Już czekamy na korespondencję z Madrytu.

Zespół Przystani

Zaproszenie

May 23, 2012 7:00 am

Był dzień skupienia. Była i adoracja. Kaplica nie za duża. Światła jakby za mało. Nagłośnienia brak. Wiele rodzin i jeszcze więcej dzieci. Szum, hałas. Ławki skrzypiące przy każdej zmianie pozycji. Jedne dzieci modliły się, inne chodziły po kaplicy, jeszcze inne zdecydowanie prosiły o zmianę miejsca pobytu. Jeden chłopczyk ze spokojem zwiedzał prezbiterium z wystawionym Najświętszym Sakramentem. Wyciszenia w sercach dorosłych tyle, na ile każdego stać. Zapewne pragnienie ciszy większe niż można go doświadczać w rzeczywistości. I pośród tego ON, sam Bóg.

I zrodziła się we mnie myśl: czyż nie takie jest nasze życie? Czy nie tak wygląda codzienność każdej rodziny? Chciało by się powiedzieć: chaos w tysiącach odmian. I tylko od nas zależy, aby pośród tego chaosu mógł przechadzać się On. Nie lubi się wpraszać. Pragnie być chciany, zaproszony.

Bądź z nami, Panie.

Michał

Uzbrojeni mocą z wysoka

May 21, 2012 7:56 am

Ktoś z naszych stałych Czytelników powiedział mi, że wpisy ks. Jarosława są „najmniej pobożne”, więc dziś, dla odmiany, odrobinę pobożniej. 😉

Wczoraj przeżywaliśmy wszyscy Wniebowstąpienie Pańskie. Dla mnie to święto od lat kojarzy się ze słowami Pana Jezusa, że pożyteczne jest dla nas Jego odejście, bo otrzymamy wtedy innego Pocieszyciela (J 14). Zaczyna się więc dla nas szczególny czas oczekiwania.

Na Kogo czekam? Spośród tak wielu Jego tytułów, w jakim przyjdzie On do mnie? Jak czekam?

A ja modlę się za Was, Kochani z Przystani, byście na nowo otrzymali Jego moc, która niech się objawia w Waszych małżeństwach i rodzinach, w Waszych walkach ze słabościami, lękami i obawami.

Podnieśmy głowy, jesteśmy uzbrojeni do walki o nasze małżeństwa i rodziny. Otwórzmy się na Jego moc. Niech działa w nas jak działał w Apostołach i w swoich świętych. Si isti, cur non ego? Jeśli oni mogli, to dlaczego nie ja?

X Jarosław

Co wystarcza dzieciom?

May 18, 2012 7:00 am

„..pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy” (J 14, 8)

Słowo to przypomina mi się często w kontekście mojej relacji z dziećmi. Łączy się z myślą bł. Jana Pawła II: „miłość rodzicielska ma się stać dla dzieci widzialnym znakiem (…) miłości Boga”.* „Widzę” to Słowo na ustach czwórki naszych dzieci, bo w tym prostym, krótkim zdaniu spotyka się moje pragnienie (by pokazać im Ojca) z ich głęboką potrzebą doświadczania miłości.

Pokazać dzieciom miłość Ojca – tak, by mogły ją zobaczyć, usłyszeć, poczuć – przez moje własne słowa, zachowanie, sposób odnoszenia się do nich. Umieć przekazać coś z Jego czułości, ogromnej cierpliwości, radości płynącej z samego faktu, że są, z dostępności, stałości w miłości, z dawania niezliczonych nowych szans, z szacunku dla wolności… Ale też walczyć o ich prawdziwe dobro. Więc stawianie granic, mówienie „nie”, więc trudne rozmowy o błędach.

Nie sądzę, by dzieci zapamiętywały z dzieciństwa markę ubrań, które noszą lub to, jak drogimi zabawkami się bawią. Zapamiętają jednak na pewno otrzymaną miłość.

Basia

* Familiaris consortio 14

Posiłki po amerykańsku

April 22, 2012 5:00 am

Idziecie do restauracji. Długa kolejka. Dostajesz urządzenie, które „przywoła” ciebie, jak będzie już wolne miejsce dla was. Lub składasz zamówienie w restauracji (pośledniejszego gatunku) przy kasie i dostajesz to samo urządzenie, które powie ci, kiedy możesz już odebrać to, co zamówiłeś.

Siedzimy w kilkanaście osób ciesząc się, że ten szalony tydzień powoli się kończy. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Co chwilę czyjeś urządzenie zaczyna wibrować i świecić, więc znika ta osoba na chwilę, by zaraz wrócić i cieszyć się swoim zamówieniem.

Mimo, że nie jest to moja pierwsza wizyta w USA, ciągle na nowo patrzę ze zdumieniem, ile to osób przychodzi do barów i restauracji. Dla nas to ciągle coś w rodzaju luksusu czy ekstrawagancji, tutaj to life style. Przychodzi się często, by cieszyć się spędzanym wspólnie czasem przy posiłku. Przychodzą całe rodziny z dziećmi, przychodzą małżonkowie.

Chciałbym, żeby i u nas było to możliwe. Żeby wyprawa do restauracji nie była strasznym atakiem na rodzinny budżet. Żeby żony mogły cieszyć się, że ktoś dba o nie, przygotowuje dla nich posiłek, a one mogły się radować byciem razem ze swoimi. Żeby rodziny umiały się bardziej troszczyć o czas dla siebie tylko. Na szczęście w naszych rodzinach lubimy celebrować wszystkie ku temu okazje. To dobrze, bo…  mamy znów okazję, żeby się spotkać i pobyć ze sobą. Ot tak. Dla siebie. Bo nie ma większej radości, jak być z tymi, których się kocha.

X Jarosław

Współczesna łacina

April 19, 2012 8:17 am

Niesamowity czas. Ludzie z kilkudziesięciu stanów i kilkunastu krajów, różnych akcentów i języków. Przyjechali na tydzień, by uczyć się języka ciała, płodności. By uczyć się jak towarzyszyć małżonkom w procesie stawania się rodzicami. By pomóc im zrozumieć piękny i trudny dar płodności, która w ich konkretnym małżeństwie tak różnie się przejawia (od „wystarczy, że się do mnie przytuli i już znowu jestem w ciąży” po „dlaczego nas Pan Bóg tak strasznie pokarał, że przez tyle lat staramy się i nie możemy zostać rodzicami”).

Wykładają ludzie, którzy całe swoje życie towarzyszą innym. Często tym porzuconym przez in vitro, oszukanym przez wygodę antykoncepcji, przez wiele lat czekającym na cud narodzin.

Jedyny problem to to, że wszystko jest przekazywane po angielsku z amerykańską wymową.

Przechodząc pomiędzy kursantami spotykam ludzi z Polinezji, Francji, Niemiec, Polski, Ukrainy, Ekwadoru, Meksyku, Kanady… że nie wspomnę o gościu z Bronxu czy południowej, meksykańskiej Arizony.

Rozmawiamy ze sobą, siedząc przy stole w czasie lunchu, nie przejmując się za bardzo wymową, akcentem, zasobem słów. Rozmawiamy ze sobą, bo mamy o czym. Ci ludzie tutaj nie są przypadkowi. Mogli się wcześniej nie znać, ale mówią tym samym językiem, żyją tymi samymi wartościami.

Czy to angielski stał się współczesną łaciną, czy raczej to miłość i troska, szacunek i respekt dla godności drugiego człowieka?

„Choćbym mówił językami ludzi i aniołów….”

Ale bez angielskiego też trudno…

Może więc dziś porozmawiaj ze swoją żoną po angielsku i włóż w to całe swoje serce i miłość i troskę jaką dla niej masz. A jeśli czytasz tego bloga po angielsku, bo polskiego, czy niemieckiego nie znasz, to…. spróbuj to pokazać. Wiem, że dasz radę.

X Jarosław

ZOO w Omaha

April 17, 2012 5:00 am

Wreszcie znalazłem chwilę czasu, żeby mimo strasznie napiętego programu wybrać się na kilka godzin do słynnego w USA ZOO. Jak wiele rzeczy w USA, także i ZOO musi być wielkie (co najmniej) lub największe (tak brzmi zdecydowanie lepiej). I dlatego w Omaha ZOO: “posiada największy na świecie pawilon bagien i pawilon życia nocnego (nocturnal exhibit), największą na świecie zadaszoną dżunglę (Lied Jungle), największy na świecie pawilon pustynny, oraz największą na świecie przeszkloną kopułę geodezyjną.”

Wszystko to robi duuuże wrażenie. Zwłaszcza nocturnal exhibit – pierwszy raz coś takiego widziałem i czułem (bo wszystko było jak naturze – i wygląd i zapach i temperatura).

Ale chyba najbardziej podobało mi się u orangutanów. Poczułem się jak w domu. „Ojciec” siedział w głębokiej zadumie, „matka” zbierała po całym wybiegu porozrzucane skrawki materiałów, puste miski, wanienki i inne drobiazgi, przynosiła do małej sadzawki i to wszystko „prała” a dzieciaki w innej części nakrywały się kawałkiem materiału wielkości porządnego obrusa i turlały się po podłodze, gubiąc materiał przy kolejnych obrotach. Widok normalnej rodziny. Brakowało co prawda do tej normalności pilota w jednej ręce a puszki z czymś dobrym w drugiej, ale i tak widok „pana domu” nie budził wątpliwości, kto tu jest mężczyzną.

A jednak nie do końca normalnej, bo ona nie krzyczała na niego, że sobie tak siedzi i nic nie robi, i jej nie pomaga, dzieciom nie dostało się, że bawią się obrusem, a „mąż” wcale nie proszony pięknie zsunął się po linach, żeby być bliżej „żony” zajętej praniem i patrzył na nią z gałęzi tuż nad nią.

Może warto w niedzielę pójść do ZOO? I zrobić reset do ustawień…

życiowa rola

March 17, 2012 8:42 pm

Gdyby Kapitan X* miał wbudowany tachometr, ów pokazywałby już wynik, który zawstydziłby pracownika międzynarodowej firmy spedycyjnej. Nie chodzi przecież jednak o rekordy. Ważne, co z tych podróży zostaje w miejscach, gdzie był.

Dziś po spotkaniu rodzin we Wrocławiu moglibyśmy wszyscy zapełnić tom grubości książki telefonicznej jednego województwa, ale chcę wrócić myślą do jednego porównania, które mi zapadło już dawno temu i wraca, ilekroć odpalam komputer. Gdy uruchamiają się kolejne programy, przypominam sobie, jak Kapitan X porównał ten proces do uświadamiania sobie co rano, kim jestem. Więc po pierwsze: dzieckiem Bożym. Kobietą. Żoną. Matką. Córką. Nauczycielką. Przyjaciółką. Odnajduję swoją tożsamość najpierw w relacji do Tego, co mnie woła po imieniu, a potem – do kolejnych Ważnych Osób.

W niektóre role wchodzi się łatwo, w inne trudniej. Biorąc pod uwagę, że można robić dobrze jedynie to, co się kocha, byłoby idealnie, by w najważniejszych obszarach życia mieć odrobinę pasji. Nie kocha się tego, w czym człowiek wypada słabo czy ma poczucie braku kompetencji: nieraz już przewidywany brak sukcesu powoduje odruch ucieczki. I dlatego bardzo jesteśmy wdzięczni tym, co nas zapisali na warsztaty o wychowywaniu dzieci, gdy zaczęliśmy doświadczać z Mężem w tej dziedzinie spektakularnych porażek. Nabywanie nowych umiejętności sprawia, że czujemy się pewniej jako rodzice, a spełnianie tej roli daje więcej radości, gdy nie jest się samemu jak dziecko we mgle.

Nie bójmy się sięgać po niezbędne aktualizacje do naszych życiowych ról. Żebyśmy się za nie brali twórczo i z wiarą.

Małgosia

*Kapitan X = Ks. Jarosław Szymczak