trzeci upadek

March 11, 2016 5:00 am

Na drodze Cię Jezu spotykam
I krzyża ciężkiego dotykam….

Śpiewam razem z dziećmi podczas Drogi Krzyżowej. Mam swój udział w ciężarze Jezusowego krzyża i czy w ogóle mogę coś zrobić, żeby Mu ulżyć? Szymon z Cyreny pomaga nieść ten krzyż, Weronika ociera twarz, Niewiasty płaczą, a ja?

Jezus trzeci raz pod krzyżem upada – skąd miał siłę, żeby się podnieść?

I to jest właśnie ta tajemnica Drogi Krzyżowej – Jezus, Bóg – Człowiek, odnajduje siłę w woli Ojca, wypełniając Jego dzieło. I w ten sposób uczy również, że sama, własnymi siłami nie zdołam się ponieść skutecznie ze swoich upadków. No tak: raz albo dwa razy może mi się udało, napełniłam się wówczas zadowoleniem, że dałam radę, ale przy kolejnym upadku i przy ciężarze mojego własnego krzyża powtarzające upadki zniechęciły do dalszej drogi. Bo własnych sił starcza jakby tylko na to, żeby znowu upaść. Jestem słaba i tylko z Nim, w Nim i dla Niego mogę coś zrobić, dać z siebie, być dla Niego (Flp 4,13).

Więc jestem na Drodze Krzyżowej mojego Pana i daję Mu swoją obecność, daję Mu swoją słabość, daję Mu swoje serce…

Dorota

inaczej

March 10, 2016 5:00 am

“Przygotowałem dla ciebie ten dzień z najczulszą troską i dbałością o szczegóły. Zamiast traktować go jako białą kartkę, którą musisz zapisać, bądź otwarty i czujny; staraj się dostrzec wszystko,  co robię w twoim życiu. To może się wydawać łatwe, ale wymaga głębokiego zaufania opartego na przekonaniu, że Moja droga jest nieskalana.”*

Gdybym tak potrafił przeżywać każdy dzień…

Michał

*Sarah Joung “Jezus mówi do ciebie”, s. 73

różowa niedziela

March 6, 2016 5:00 am

Generalizując 😉 : powodów do radości to zbyt wiele człowiek nie ma.

No chociażby przez to, że ciężko musi pracować. Albo nawet jeszcze bardziej. Zobowiązań wszak całe mnóstwo, a stoliczków w stylu „stoliczku nakryj się” niewymowny deficyt.
Albo ciągłe tarcia – czy to w domu z rodziną, czy to w pracy ze współpracownikami. Komunikacja to przecież jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie.
A nawet gdy już uda się zarobić, umiejętności komunikacyjne wyszkolić, to wówczas okazuje się, że jedyne, co ma, to brak czasu i sił.

No i z czego tu się cieszyć?

A teraz na poważnie.

Owszem, trudności i ciężary dnia codziennego mogą przygniatać. Ale oczekuje się od nas, chrześcijan, takiej pięknej i szczerej radości (pierwsi chrześcijanie przecież tacy byli, pomimo prześladowań). Czy mamy powody do radości?

Pewnie trzeba sobie co jakiś czas na nowo uświadamiać, że jesteśmy umiłowani i przyjęci przez Boga, takimi jakimi jesteśmy. I nigdy nas nie pozbawi swojej miłości. Nawet jeśli nam się wydaje inaczej. I dał nam niezwykły dar Miłości, takiej która nie cofnęła się nawet przed męką. I czeka, aż go przyjmiemy. W Nim jest źródło naszej pociechy!

Więc w tę niedzielę radości, różową niedzielę – Laetare, śpiewajmy razem:

Raduj się, Jerozolimo, zbierzcie się wszyscy, którzy ją kochacie. Cieszcie się, wy, którzy byliście smutni, weselcie się i nasycajcie u źródła waszej pociechy. (Antyfona na wejście)

stracić wiarę

February 3, 2016 5:03 am

Czasami potrzeba stracić wiarę. Czasami jest to jedyna droga.

Stracić wiarę w Boga, który jest okrutnikiem, prokuratorem, śledczym, księgowym czy obojętnym starcem. Bez utraty takiej wiary nie ma możliwości przebić się do nas Bóg, który z tymi wszystkimi postaciami, projekcjami zresztą naszych krzywdzicieli czy kiepskich wychowawców, nie ma nic wspólnego.

Jest pierwszym zainteresowanym tym, by nie kojarzyło nam się z Nim nic poza najgłębszą, najbardziej ofiarną, miłosierną, szaloną i delikatną miłością.

m

nic Cię to nie obchodzi?

January 30, 2016 5:00 am

“…nic Cię to nie obchodzi, że giniemy…?” (Mk 4, 38)

Właściwie to, że “giniemy”, jest nawet drugorzędne; najgorsza jest ta myśl, że “nie obchodzi”. Jakaż to straszna samotność, nie obchodzić nikogo. Jaki ból. Jaki smutek, być na mapie zajętego świata innych ludzi białą plamą. A co dopiero Pana Boga.

Jeśli szatan sieje w sercach zwątpienie, to chyba jest strategia, która najbardziej skutecznie niszczy naszą relację z Ojcem. Przekonać nas, że Go nie obchodzimy. Sprawić, byśmy pływali po powierzchni zdarzeń: jeśli są trudne, to znaczy, że Mu na nas nie zależy. To jakby usunąć z tego, czym jest prawdziwa miłość, owe głębiny poznania i zażyłości, i zostawić tylko pomarszczone fale wzburzonego jeziora, które tak przeraziło uczniów – i nas też przeraża.

A On pragnie, byśmy byli Go pewni: że na głębinach, w przepaściach Jego serca, jesteśmy wyryci tak głęboko, że nic nie obchodzi Go bardziej niż każdy z nas osobno – i razem. Więc może zamiast “nic Cię to nie obchodzi” – spróbować “wiem, że bardzo mnie kochasz i że jesteś blisko”.

M

jak w amerykańskim filmie

January 26, 2016 5:00 am

Załapałam się fragment amerykańskiego filmu, podczas którego przedstawiono scenę fantastycznej relacji ojca i syna. Syn, przed wejściem do szkoły, żegnając się z ojcem, wykonuje kilka ruchów, których nauczył go ojciec a pokazujących jego moc, siłę i poczucie pełnej akceptacji i wzajemnej miłości.

No ale w końcu to amerykański film, więc nie mogło być inaczej.

I zastanawiam się, czy to nutka zazdrości, bo u nas nie zawsze taka sielanka… ? Dlaczego tak często zamiast wsparcia przekazuję niepokój. W nerwach mówione „Pospiesz się, bo się spóźnisz”, choć rzeczywiście prawdziwe, to ani już nie mobilizuje, ale pogłębia rozczarowanie samym sobą. A może w tym momencie sprawdziłaby się odrobina humoru:  „Zagęszczamy ruchy – dzisiaj to my przywitamy dzwonek!”

I dlaczego też, mimo staraniom, mimo wysiłkowi tak często nasze działania nie odpowiadają innym. Czy też z zazdrości dobre rzeczy są niedostrzegane, niezauważane, niedoceniane, natomiast niezwykle łatwo wytyka się (nierzadko wyimaginowane) błędy, poddaje w wątpliwość słuszność działania i jakość intencji, powodując strach, niepewność, pomniejszając poczucie wartości. Żeby się w głowie nie przewróciło!

No i pewnie dlatego z lekką ironią ogląda się te amerykańskie filmy, bo nieprzyzwyczajeni jesteśmy do tego, że można być tak akceptowanym, tak dostrzeżonym, tak docenionym.

Okazuje się, że nic bardziej mylnego: „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia.” (2 Tm 1,7)

Trzeba by włączyć to trzeźwe myślenie i przyjąć tę moc, którą obdarował nas Bóg i zanurzyć się w tej miłości, którą nam okazał. I nie zapominać o tym nigdy, nawet gdy wokoło będą mówili co innego.

Dorota

ciepło zimy

January 19, 2016 5:00 am

„Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat wśród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy.” (Mk 2,23)

Ciekawe, że w środku zimy, gdy zaczyna już doskwierać brak słońca, temperatura powietrza mało zachęcająca do aktywności na zewnątrz, tym bardziej, że wyście z domu, zwłaszcza z przychówkiem i ich okryciami wierzchnimi, graniczy z cudem,  w dzisiejszej ewangelii przenosimy się w sam środek lata, gdzie słońce, ciepło, zbliżające się żniwa, spokój, spacer wśród zbóż, radość z przebywania razem. Może nawet trochę tęskno się robi do tej pory roku, wszak to też czas wakacji, więc i urlop gdzieś już w planach. 🙂 Lecz tymczasem zaszronione szyby w aucie i znów odnotowane spóźnienie w pracy, szkole. 🙁

I chociaż Ewangelista wcale nie skupia się na porze roku a na tym, że Jezus jest panem szabatu, mnie przychodzi refleksja, że Jezus jest panem szabatu i latem, i zimą. Jest panem i zimy, i lata i niezależnie od pory roku chce być moim Panem.

I żeby łatwiej było znosić tę zimną porę roku, to śniegu się troszkę pojawiło, mrozik skuł oczka wodne, łyżwy można wyciągnąć, bałwanki się pojawiły tu i ówdzie. Okazuje się, że tak niewiele może przynieść mnóstwo radości. A jak jeszcze doda się do tego ciepło z kominka, albo chociaż kubek gorącej herbaty czy kakao, ciepły koc, chwilę rozmowy z mężem czy żoną, która wyciszy, albo wręcz odwrotnie – zachęci do działania,  wówczas to jedna z gorętszych pór roku 😉

Bo to, że zima, to wcale nie znaczy, że musi być chłód. Gdy Jezus jest Panem, wówczas wszystko ma odpowiednią temperaturę i jest w odpowiednim czasie.

Dorota

aż tak zaufać

January 12, 2016 5:00 am

„Uprosiłam go u Pana.” (1Sm 1, 20)

Długie lata Anna prosiła Pana o potomka. I uprosiła go!

Nieraz niezwykłej trzeba cierpliwości i zaufania tak pełnego, żeby mimo wszystko czekać na to, co jest dobre i miłe Panu (gdy w prawdzie tak to rozeznajemy).

Pomimo wszelkich trudności, pomimo niedogodności, pomimo pomówień, pomimo własnej słabości…aż tak zaufać!

Pan wspomni na nas!

Dorota

umiłowany, umiłowana

January 10, 2016 5:00 am

Zastanowiło mnie wczoraj, że uczniowie widząc Jezusa myśleli, że to “zjawa” i bali się Go. Pomyślałam, że lękamy się Go tym bardziej wtedy, gdy tracimy z pola widzenia Jego człowieczeństwo. “Zjawa” to ktoś oderwany od rzeczywistości. To taki “Bóg”, który przychodzi nie znając nas ani realiów naszego życia, stawiający niemożliwe do spełnienia wymagania, bezosobowy, kogo my także nie poznaliśmy. Ktoś “obcy”, jakby z kosmosu.

Lęk ustępuje, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że On działa w sposób najbardziej “ludzki” z możliwych. “Ludzki” nie znaczy taki, który myśli tylko kategoriami pragmatycznymi, jak wtedy, gdy mówimy “ludzkie plany”. Jest względem nas “ludzki” – czyli pełen szacunku, cierpliwości, świadomy naszych ograniczeń i zranień, specyfiki naszego powołania. Być dla kogoś “ludzkim” to rozpoznać jego godność, ochronić ją.

W Niedzielę Chrztu Pańskiego, gdy Pan Jezus wchodzi razem z innymi do Jordanu, jakby był każdym najmniejszym z nas, otwiera się niebo i słychać głos Ojca: “Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. I to samo mówi do każdego z nas: “Tyś jest mój syn umiłowany, Tyś jest moją umiłowaną córką, w Tobie mam upodobanie”.

Pewnie ucieszyłby się, gdybyśmy w to uwierzyli, nie odpowiadając w duchu: “ale to nie może być przecież o mnie…”

M

lęk

January 9, 2016 5:00 am

Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się! (Mt 14, 27)

Powodów do lęku znajdujemy bardzo wiele. Lęki dnia powszedniego. Czy zdążymy. Czy wystarczy. Środków, sił, czasu. Czy kochamy tak jak trzeba i co będzie, jeśli okaże się, że nadal za mało. Lęk przed odrzuceniem. Przed byciem zranionym albo przed skrzywdzeniem innych. Lęk, że nasze wysiłki nie zostaną zauważone czy docenione. Lęk przed utratą – bliskich ludzi, marzeń, dobrego imienia. Lęk o nasz z trudem chroniony wizerunek. Wreszcie również lęk przed Nim. Jak Apostołowie: “ujrzeli Go kroczącego po jeziorze” i “myśleli, że to zjawa”.

To chyba najgorsze, czego by dla nas chciał. Byśmy i tak już sparaliżowani przez rozmaite lęki, bali się także i Jego. Bo przychodzi położyć rękę na Twoim ramieniu. To ręka, która nie cofnie się, gdy będzie Ci trudno albo zwątpisz. Ta sama ręka weźmie Cię pod pachę, gdy się przewrócisz – żebyś znowu wstał i miał siłę iść dalej.

I byż mógł ufać nadziei, że w Nim wszystko będzie w końcu dobrze – nie swoim lękom.

M