sztuka wizualna

July 7, 2012 5:40 am

Jadąc autem mijam billboard reklamujący bikini. Michał Anioł nie wyrzeźbiłby lepiej, wszystko na swoim miejscu. Zwłaszcza brzuch, płaski jak deska do prasowania, ogłasza światu ideał ciała bez śladu macierzyństwa. A przecież jest mieszkaniem zbyt ciasnym, by  znaleźć w nim “przestrzeń życiową.”

Powinnam podziękować sklepowi, który zainwestował w reklamę. Bo zaczynam myśleć z wdzięcznością o wszystkich ciążowych rozstępach i o centymetrach w pasie, co mimo reżimu nie skrócą się nigdy do figury nastolatki. Bo wszystkie te znaki na ciele przypominają mi największą tajemnicę mojego życia: że można u siebie dać schronienie komuś, kogo przed chwilą jeszcze nie było.

I myślę, ile kłamstwa w tym wizualnym ideale kobiety, którą by można liczyć na sztuki i sprzedawać w sklepie razem z bikini. I myślę też, o ile byłybyśmy wewnętrznie bardziej wolne i bogate, gdyby nie rozdawano za darmo takich obrazków.

Małgosia

Kocham, więc wymagam.

June 21, 2012 7:30 am

Tak bardzo pragniemy przekazać naszym dzieciom prawdziwy obraz Ojca. Pokazać im Boga bezwarunkowej miłości – dobrego, czułego i miłosiernego. Jednak gdybyśmy tylko przy tych  cechach chcieli pozostać,  nie przekazalibyśmy pełnej prawdy o Nim. Bo nasz Bóg jest Bogiem, który wymaga! I to wcale nie mało!

A więc wbrew wielu współczesnym poglądom na wychowanie – wymagamy, stawiamy granice, w naszym domu są zasady, a posłuszeństwo nadal jest dla nas wartością.

No bo jak inaczej „pokazać” dzieciom Boga, który wymaga właśnie dlatego, że kocha?  Właśnie dlatego, że bardzo Mu zależy na naszym godnym i szczęśliwym życiu?

Jeśli nasz 3-, 5-, czy 11-latek nie spotka się  z wymaganiem posłuszeństwa względem rodziców, to czy jako dorosły człowiek będzie umiał być  posłuszny Bogu? A to przecież posłuszeństwo względem Niego prowadzi do pełni życia. Tej pełni i szczęścia tak bardzo przecież naszym dzieciom życzymy…

Basia i Michał

Różne dłonie,

June 17, 2012 6:27 am

czyli rodzic doskonały:

Rembrandt, Powrót syna marnotrawnego (fragment)

Dwa odcienie nieodwołalnej Miłości.

Miłość bezwarunkowo przyjmująca, czuła, bezinteresowna, niosąca pocieszenie – kojarzona bardziej z miłością matki.

 Miłość stawiająca wymagania, mobilizująca do przekraczania siebie,stanowcza, dodająca odwagi i pewności siebie – kojarzona bardziej z miłością ojca.

Muszą się uzupełniać, jak jedna ręka drugą.

ja jestem, ja czuję

May 31, 2012 8:34 am

“… On uniesie się weselem nad Tobą, odnowi swą miłość, wzniesie okrzyk radości” (So 3, 17)

“Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie” (Łk 1,39-41)

Tak, każdy nowy człowiek, chociaż maleńki jeszcze jak ziarenko, zasługuje na okrzyki radości. Nawet jeśli jest zaskoczeniem dla rodziców, nawet jeśli zastaje swoją mamę niegotową – bycie przyjętym wyraża jego najgłębszą i pierwszą potrzebę. Niezaspokojenie tej potrzeby, jak uczy doświadczenie wielu, to bolesne pęknięcie na całe życie.

Można powiedzieć: czasem to jest zbyt trudne, pozdrawianie nowego życia w sobie. Bo wydaje się, że przychodzi w najgorszym momencie, przy braku wsparcia czy wręcz doświadczeniu przemocy ze strony bliskich. A jednak mały człowiek całym sobą błaga o miłość. By go nie odrzucać. Bo odrzucenie przeżywa boleśnie; napełnia go ono przerażeniem.

I tak wiele zależy od ojców: poczucie bezpieczeństwa kobiety, która staje się matką ich dzieci. Kochana i otoczona opieką będzie ogłaszać światu, że staje się nowy człowiek.

A gdy jest sama jak palec, może pamiętać, że w obronę bierze ją sam Bóg – pierwszy, który czuje z jej bólem opuszczenia, pierwszy, który zachwyca się jej macierzyństwem. I wszystko poukłada.

Małgosia i Dosia

Creighton Model FertilityCare System

April 21, 2012 9:17 am

Kojarzymy Model Craightona jako pomoc w leczeniu niepłodności. Ale CREIGHTON MODEL FertilityCare™ System – to coś więcej. To troska o prawdę życia całego człowieka. To troska o jego dziś i o jego jutro. Troska o jego zdrowie w połączeniu z prawdą jego powołania. Zdrowie jest potrzebne nie tylko kobiecie, która chce zostać mamą. Potrzebuje jej także kobieta konsekrowana, babcia, panna i mama piątki dzieci.

Troska o zdrowie kobiety, to także troska o rzetelne poznanie wiedzy o jej płciowości. Patrzę z podziwem na wykładowców. To są nie tylko niezwykle kompetentni fachowcy w swojej dziedzinie, ale też i ludzie ogromnego szacunku dla innych. To właśnie przez ten szacunek dla ludzkiej osoby ten kurs trwa tak długo (13 miesięcy) i kończy się bardzo trudnym egzaminem.

Tylko wtedy można ludziom przynieść nadzieję, gdy jest oparta na prawdzie i rzetelnej wiedzy.

Patrzę więc z nie mniejszym podziwem na słuchaczy. Byłem z nimi przez cały tydzień. Słuchałem ich spowiedzi, opowieści o trudnościach, jakich doświadczają od  swoich kolegów po fachu. Modliłem się razem z nimi i siedzieliśmy razem przy stole w czasie posiłków. Ludzie rożnych języków i miejsc zamieszkania. Stali mi się bardzo bliscy, bo dzielimy te same wartości. Byliśmy jak jedna wielka rodzina.

Dziś mieli swój, choć jeszcze nie finalny, to przecież także bardzo poważny egzamin. Wczoraj siedzieli do bardzo późna w różnych konfiguracjach przy stolikach wszystkich sal wykładowych. Niemka uczy się razem z Polką, Pablo, Kubańczyk razem ze swoją żoną, grono z Meksyku i Ameryki Łacińskiej powtarza wiedzę posiłkując się hiszpańskim, lekarze jeszcze raz przeglądają strony kilkusetstronicowej książki dr Hilgersa. Uczą się niby do egzaminu, ale tak naprawdę, każdy z nich ma przed oczyma swoich pacjentów czy klientów. Tam czeka na pomoc kobieta, która cierpi z powodu niepłodności kilkanaście lat, tam jest dziewczyna, która cierpi z powodu nadmiernego krwawienia, tam jest żona, która cierpi z powodu PMS (a przez to i jej mąż).

Za chwilę pożegnalna Msza św. Tak bardzo chciałbym im powiedzieć, że ich podziwiam i że ten włożony trud odnajdą w wieczności.

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. (Mt 25,40)

X Jarosław

Moje wczoraj dzisiaj

April 20, 2012 9:13 am

Chodzi po Warszawie (a może i szerzej) reklama czegoś (nie mam zielonego pojęcia, czego), co jest opisane prowokacyjnie: “Jutro to dzisiaj, tylko, że jutro.” To słowa Sławomira Mrożka.

A co by się stało, gdyby to odwrócić?

Wczoraj to dzisiaj, tylko, że wczoraj? Przeszłość za nami, trzeba żyć dniem dzisiejszym. Czemu chcę wracać do wczoraj?

Ponieważ cały ten tydzień spędzam z lekarzami i instruktorami Modelu Creightona i NaProTechnology, którzy oprócz całego dnia pełnego wykładów i spotkań studyjnych w małych grupach, wieczorami spotykają się ze swoimi Superwizorami, żeby szczegółowo pochylić się nad każdą prowadzoną przez nich osobą.

Spotkania dla ludzi pracujących na Modelu – trudne, bo pokazujące wszystkie błędy, które popełnili. A zawsze jest trudno zmierzyć się ze swoimi wpadkami (przecież staraliśmy się zrobić wszystko jak najlepiej). Tu nie ma tłumaczenia, że nie wiedziałem, że to mnie nie dotyczy, bo stopień szczegółowości zapisu w Modelu Craightona jest sam w sobie imponujący.

A przecież, choć trudno jest spotkać się z kimś, kto pokazuje Ci Twoje błędy, to właśnie dzięki skorygowanemu wczoraj, dzisiaj możesz być lepszym. Historia docet. Także moich wpadek, błędów, słów wypowiedzianych lub niewypowiedzianych. Pod warunkiem, że spotkamy się z „Superwizjerem”, któremu na mnie lepszym bardzo zależy.

X Jarosław

Pokoloruj mój świat…

April 18, 2012 9:24 am

Kilka lat temu spotkałem w USA akcję chronienia nastolatek przed niechcianą ciążą. Polegało to na tym, że młodziutkim nastolatkom nakładano na cały dzień „ośmiomiesięczną ciążę”, żeby jej uświadomić jak to ciężko jest być ciężarną. Z akcentem na to ostatnie. Żaden owoc miłości, żaden oczekiwany z miłością nowy członek naszej rodziny. Tylko ciężar. Uciążliwy. Który chce się zrzucić.

Lekarstwem miała być antykoncepcja. Połykasz, popijasz i jest cudownie lekko.

Więc jest coraz mniej dzieci. A widok kobiety noszącej pod sercem dziecko, coraz rzadszy.

Skoro więc już jestem tą szczęściarą, to warto to pokazać. Przyszła więc moda na pokazywanie swojego pełnego dzieckiem brzucha. Organizuje się sesje fotograficzne rosnącego brzucha mamy w kolejnych fazach (dziś to 2/3 fotograficznego biznesu; pozostała 1/3 to dalej śluby), odlewy gipsowe, które potem można powiesić lub postawić u siebie w domu (z pomalowaniem, udekorowaniem na błysk 900 USD), sesje artystycznego malowania farbami we wzory, którymi np. będzie ozdobiona sypialnia dziecka.

Czy to tylko moda, czy jakieś wielkie wołanie o szacunek dla macierzyństwa, o szacunek do życia? Czy kobiety zredukowane do dostarczania mężczyznom przyjemności chcą się nacieszyć naturalnym przeznaczeniem swojego ciała? Czy może dalej dziecko jest tylko środkiem do uzyskania czegoś dla siebie? I dalej nie chodzi o dziecko tylko o mnie? Jak dla mnie, bez względu na odpowiedź, jest to trochę szokujące. Jak myślisz?

X Jarosław

bohaterki

March 24, 2012 6:00 am

Było o bohaterach, to teraz czas na nas. Na szpilkach, w kapciach, na boso w piaskownicy. Mistrzynie metamorfozy.

Walka ze zmęczeniem, walka z kolejną czekoladką, ale najbardziej walka z presją, by nadawać się na trzy okładki czasopisma na raz: Super-żona, Super-mama, Biznesłoman Roku. Superwoman.

Czy muszę być “super”? Na co dzień tylko żongluję*. Podrzucam do góry po kilka piłeczek. Odrabianie lekcji, benzyna po 5,74, rehabilitacja, bułki, brak płynu w spryskiwaczu, nowe słówka, puder sypki, urodziny syna, ryba, trening interpersonalny.

Staram się, żeby nie pospadały w krzaki. Ale bądźmy szczerzy: podrzucam piłeczki, ale nie wszystkie lądują tam, gdzie bym chciała. Na szczęście! Na szczęście nie muszę być super. Ludzie nie lubią tych „super”. Rodzina nie lubi mnie „super”. Wolą, jak się uśmiecham.

Uśmiecham się. We wszystkim chciałabym pamiętać, że nic za wszelką cenę. Że ludzie zawsze przed rzeczami. Że sukces to rzecz względna, czasem ma na imię „naleśnik z serem”. Że nic nie „muszę” poza miłością, a w niej się mieści wiele genialnych rzeczy. Nawet jeśli kosztują – w tym również utratę miejsca na okładce czasopisma.

Małgosia

* „Jak ona to robi?”, Douglas McGrath, USA 2011